piątek, 24 listopada 2017

Garderoba - miejsce na kobiece skarby

Garderoba, to bardzo ważne pomieszczenie w domu. W końcu gdzie mamy przechowywać wszystkie perełki, które upolujemy na zakupach? Kiedyś te pomieszczenia nie były zbyt popularne, toteż w starszych domach ich raczej nie znajdziemy. Teraz, kiedy domy budujemy od podstaw praktycznie w każdym znajdzie się choć kilka metrów, by przeznaczyć je właśnie na garderobę. Na wiosnę razem z narzeczonym ruszamy z budową domu i nie wyobrażam sobie, by garderoby mogło tam zabraknąć. To wspaniałe miejsce do przechowywania ubrań, butów czy dodatków w jednym miejscu. Możemy tam przechowywać odzież z każdej pory roku, bądź chować tam tylko te nieaktualne ubrania. Jeżeli mamy garderobę nie zagracamy innych pomieszczeń masą półek, szaf czy regałów, co powinno spodobać się fanom minimalizmu. Niesie to ze sobą kolejną zaletę, tj. bez zagraconego domu zdecydowanie szybciej go posprzątamy. W XXI wieku wszyscy jesteśmy zabiegami, wciąż za czymś gonimy, a sprzątanie to ostatnia rzecz, na jaką chcemy przeznaczać swoje wolne godziny. Dziś chciałabym zabrać Was na przechadzkę po sklepie meblowym Edinos.
https://www.edinos.pl/wnetrza/garderoba/regaly-i-polki

W garderobie najważniejsza jest funkcjonalność! Powinno być to miejsce, w którym nawet w nocy znajdziemy bluzkę, której właśnie poszukujemy. Wszystko tam powinno mieć swoje miejsce. Powinna dominować tam przejrzystość. Nie da się zaprzeczyć, że w garderobie najważniejszą funkcję pełnią meble. To one pozwolą nam utrzymać wspomniany wcześniej ład. Podczas meblowania garderoby powinniśmy skupić się na kilku podstawowych zasadach. Jeżeli nie chcemy zagracać naszego domu - w garderobie powinniśmy kierować się tym samym tokiem myślenia. Powinno się kupić tyle regałów czy półek, by pomieściły one to, co planujemy tam trzymać. Nie mniej, nie więcej. Zagracona garderoba straci na przejrzystości i sprawi, że po wejściu do niej będziemy przytłoczeni nadmiarem półek czy regałów. W konsekwencji odbije się to na sprawnym poruszaniu, a to z kolei przełoży się na dłuższe wizyty w tym miejscu, a przecież nie o to tu chodzi. W garderobie najlepiej sprawdzają się duże regały niezabudowane, dzięki czemu od razu po wejściu tam gołym okiem widzimy wszystko. Poza tym, na takich półkach możemy poukładać ładne, ozdobne pudełka, które dodadzą trochę przytulności wnętrzu. Jeżeli nie lubicie mieć wszystkiego na widoku, to zabudowane regały też powinny się świetnie sprawdzić. Od jakichś 2 lat niezmiennie podobają mi się białe ściany i meble. Wydaje mi się, że sprawiają, że pomieszczenia są przejrzyste i robią wrażenie czystych, świeżych. Dlatego podobnie jak dom, swoje garderoby (na projekcie mamy dwie) urządzę właśnie w takim stylu. Konstruując dla Was ten wpis przeglądałam ofertę sklepu Edinos https://www.edinos.pl/wnetrza/garderoba/regaly-i-polki i natknęłam się tam na naprawdę świetnie wyglądające meble. Niebywałą ich zaletą jest nowoczesność oraz ciekawa stylistyka. Podoba mi się również to, że znajdziemy tam zarówno meble proste, jak i te bardziej urozmaicone. Dzięki temu każdy znajdzie coś w swoim stylu. Garderoba to nie miejsce, w którym przewija się dużo osób czy gości, ale nie oznacza to, że nie możemy i tam puścić wodzy fantazji i cieszyć swoje oczy pięknym widokiem każdego ranka. Są jednak sytuacje, w których nie każdy może sobie pozwolić na wygospodarowanie oddzielnego pomieszczenia na garderobę. W małych mieszkaniach sypialnia stanowi zazwyczaj takie 2w1, bo mamy tam kącik sypialniany oraz miejsce na ubrania. Powyższe meble idealnie sprawdzą się także tam. Piękne, białe proste szafy będą się pięknie prezentowały gdziekolwiek postawione.

Macie w swoim domu/mieszkaniu garderobę?

Czytaj dalej

czwartek, 23 listopada 2017

Prouve - piękno tkwi w prostocie - perfumy

Otulanie się pięknymi zapachami można by uznać za moje hobby. Każdego dnia używam perfum, w torebce mam też małe i poręczne zapachy. Perfumy trzymam w różnym miejscu. Mam co nie co w swoim pokoju, w łazience czy w korytarzu, by psikać się przed samym wyjściem. Chyba każda kobieta lubi, gdy ciągnie się za nią ładny zapach i ja zdecydowanie do tego grona należę. Od jakiegoś czasu mam okazję używać zapachów marki Prouve. Wybrałam sobie 3 warianty, które wydały mi się dla mnie najbardziej odpowiednie.



Buteleczki, w których mieszczą się zapachy są proste i skromne, ale to właśnie to wyróżnia je na tle większości marek. Oczywiście firmy perfumeryjne prześcigają się w coraz to ciekawszych pomysłach na oryginalne flakoniki. Nie powiem, piękne opakowanie sprawia, że zatrzymuję się koło danego zapachu, jednak to opakowanie proste sprawia, że skupiamy się jedynie nas samym walorem zapachowym, a on w tym przypadku jest najważniejszy. Dodatkowo wymyślne i fikuśne opakowania generują dodatkowe koszty, co podbija cenę produktu. Tu mamy prostotę i minimalizm w jednym wydaniu za jedyne 38 zł/50 ml.


Zapachy Prouve opierają się tylko na 3 składnikach. Pierwsze perfumy, jakie wybrałam z oferty sklepu to takie, które głównie składają się z zapachu zielonego jabłka, magnolii i ogórka oraz przypisany im jest nr 1. Właśnie ze względu na ten ostatni składnik ten wariant dodałam do koszyka. Uwielbiam ogórkowe nuty w perfumach, a spotykam je zdecydowanie za rzadko. Ogórek jest tu dominującą nutą. Pozostałe składniki, moim zdaniem, stanowią tu jednie tło. Zapach jest świeży, ale i otulający zarazem. Długo utrzymuje się zarówno na ciele, jak i ubraniach, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nie ma wątpliwości, że jest to kompozycja kwiatowo-owocowa z serii casual. Woń jest oryginalna i nieoczywista. Idealna kompozycja na wiosnę i lato.


Drugi wariant perfum składa się z zapachów, takich jak malina, jaśmin oraz miód. Odpowiadają numerowi 27. Producent określa ten zapach, jako kwiatowo-miodowy i jest to bardzo trafne określenie. Jest to zapach dla kobiet pewnych siebie, jest dość mocny i intensywny, jednak wydaje mi się, że będzie sprawdzał się świetnie o każdej porze roku. Pochodzi z kategorii business. Na pierwszy plan wysuwa się tu woń jaśminu, która w otoczeniu maliny nabiera słodkiego wymiaru. Miodu nie czuję zbyt mocno, więc stanowi jedynie tło. Zapach wzbogacony jest również cytryną czy paczulą, co sprawia, że ta mieszanka jest bardzo nietuzinkowa.


Ostatni zapach przypisany jest numerowi  59 na stronie producenta. Składa się z takich zapachów, jak: pomarańcza, wanilia i porzeczka. Ten zapach jest mi najtrudniej opisać. Wydaje mi się, że żaden ze składników nie wysuwa się na pierwszy plan. Wszystko znakomicie się ze sobą komponuje, tworząc zgraną całość. Zapach odbierany jest jako cytrusowo-korzenny i coś w tym jest. Pochodzi z kategorii romance. Wzbogacony o takie składniki, jak ambra, cedr, morela, konwalia czy mandarynka. Producent twierdzi, że pokochacie ten zapach z naturalną uwodzicielskość. Mi z całej trójki podobają się najmniej, ale nie można powiedzieć, że są brzydkie.


Każdy z tych zapachów cechuje się nienaganną trwałością. Jestem pozytywnie zaskoczona tym, jakie te zapachy mają moc. Na ubraniach utrzymują się nawet kilka dni. Na próbę psiknęłam je na sweter i schowałam go do szafy. Drugiego dnia pachniał dość intensywnie, kolejnego słabiej, ale jednak ciągle go czułam. Jak widzicie, za niewielkie pieniądze możemy otrzymać naprawdę godny uwagi produkt, który oczaruje pięknym zapachem, zadowoli trwałością i zaskoczy niewielką ceną. Firma Prouve, poza zapachami dla kobiet, ma w swojej ofercie również zapachy męskie, a także środki chemiczne do utrzymania czystości w każdym domowym pomieszczeniu.

Znacie markę Prouve? Lubicie takie minimalistyczne opakowania perfum?
Czytaj dalej

środa, 22 listopada 2017

Nivea - Care & Hold - pianka i lakier regenerujące do włosów

Produkty do stylizacji włosów są mi w zasadzie obce. Moje włosy nie są wymagające - są proste i w zasadzie poza tym, że denerwują mnie, że się puszą, kiedy jest wilgotno, to w zasadzie nie sprawiają mi żadnych problemów. Kiedy dotarła do mnie paczuszka z produktami do stylizacji włosów Nivea z serii Care&Hold, wiedziałam, że przekażę je do testów mamie. Tak też się stało i od jakiegoś czasu moja mama poznaje się z lakierem oraz pianką.


Oba produkty mają ładne i zgrabne kształty. Są utrzymane w takiej samej, niebieskiej kolorystyce z różowymi i białymi dodatkami. Opakowania są schludne, a szata graficzna miła dla oka. Moja mama rozpoczęła testowanie od pianki. Zacznijmy może od tego, że moja mama ma krótkie, aczkolwiek dość niesforne włosy, dlatego produkty do stylizacji włosów są przez mamę używane na porządku dziennym. Pianka ma ładny zapach - ciężko mi określić czym pachnie, ale woń nie jest nachalna, a bardzo przyjemna. Pianka jest puszysta, świetnie aplikuje się ją na włosy. Nie skleja ich, nie robi na włosach "skorupy". Pomaga ujarzmić włosy i uzyskać ładny skręt, jeżeli odpowiednio ją zaaplikujemy. Wpływa też na zwiększenie objętości włosów. Moc pianki określona jest na 4/6.


Kolejnym produktem jest lakier. Rewelacyjnie się go aplikuje. Spray świetnie rozpyla produkt fajną, delikatną mgiełką. Lakier nie skleja włosów, nie sprawia, że czujemy się, jak w hełmie. Efekt jest naturalny, ale bardzo dobry. Tu postanowiłam pomóc mamie w testach. Nie wykonywałam żadnej fryzury, którą chciałabym utrwalić, ale moje włosy po umyciu, wyschnieciu, i kontakcie z wilgotnym powietrzem bardzo się puszą, co nie wygląda zbyt estetycznie. Kiedy widzę, że moje włosy znacznie odstają, spryskuję je delikatnie lakierem i przygładzam. Efekt jest bardzo zadowalający, bo włosy diametralnie zostają ujarzmione, a efekt ten utrzymuje się praktycznie do końca dnia. Mamy jesień więc nasze włosy non stop narażone są na działanie wiatru, co sprawia, że fryzura nie wygląda tak zachęcająco, jak rano, gdy moja mama ją układa. Lakiery wydaje się być koniecznością. Pozwala utrzymać fryzurę w ryzach i nie pozwala jej się zepsuć. Dobrze sprawdza się w tej roli. Oba produkty spisały się u nas bardzo dobrze. Puszące się włosy już nie są moją zmorą!

Znacie ten duet Nivea? Jak się u Was spisuje? Używacie w ogóle produktów tego typu?

Czytaj dalej

wtorek, 21 listopada 2017

Rosegal - nowości zakupowe

Ostatnio paczki od chińskich przyjaciół napływają do mnie  po kilka na raz i niemal codziennie. Nie powiem, cieszy mnie to. Czytałam na jakichś grupach, że teraz paczki będą strasznie długo "szły", bo zaczyna się powoli okres przedświąteczny. Tymczasem moje paczki listonoszka przyniosła do mnie po 2 tygodniach, co uważam, ze naprawdę świetny wynik! Nie pozostaje mi nic innego, jak pochwalić się Wam kolejnym zamówieniem z Rosegal.



Jestem oczarowana tym zegarkiem. To mój pierwsze złoty zegarek, ale chęć na niego miałam już od ponad roku. Do tej pory jakoś się nie składało. Będzie się on świetnie prezentował w zestawieniu z bardziej eleganckimi stylizacjami. Będę chętnie zakładała go do sukienek czy koszul. Marmurowa tarcza wygląda bardzo fajnie i subtelnie. Pasek jest dość sztywny, ciężko się go zapina, ale taki już jego urok. Niestety wyprzedany.



Te światełka są przepiękne. Serduszek jest tylko 10, ale są dość sporych rozmiarów (5,5 x 5 cm). Długość sznura, to 1,2 m. Pięknie prezentują się, jako dodatek do zdjęć. Dodają ciepła całej kompozycji. Zasilane są dwoma bateriami (duże paluszki AA).


DEKORACJA ŚWIETLNA - LAMPKI KAKTUSY - KLIK

Kto mnie dobrze zna, ten wie, że bardzo lubię motyw kaktusów. Mam różnego rodzaju dekoracje z nimi, podkładki, od niedawna torebkę, a teraz przyszła pora i na małe lampiony. Może zielony, to nie jest mój ulubiony kolor, ale te lampki kupują mnie w całości! Podobnie, jak w przypadku serduszek, jest ich 10. Są dość spore i mają metr długości. Dają piękne, nieco stłumione zielone światło. Zasilane są 2 bateriami AA.


SZARA CZAPKA Z WYHAFTOWANYM RÓŻOWYM PIÓREM - KLIK

 Kiedyś nie nosiłam czapek, bo uważam, że nie są one zbyt "modne". Teraz nie wyobrażam sobie wyjść z domu zimą bez niej na głowie. Jest mi wtedy po prostu cieplej i nie przewiewa mi uszu. Mam swoją ulubioną czapkę, ale powoli zaczyna ona wyglądać mało atrakcyjnie. Skusiłam się na kolejną, w podobnym kolorze. Jest to szara, zwykła czapka, której dodatkiem jest ładne i starannie wyhaftowane różowe piórko. Jest ciepła i nie drapie. Niestety wyprzedane.



Długo zastanawiałam się czy go sobie kupić. Mój styl życia nie jest zbyt obfity w aktywności fizyczne, ale pomyślałam, że możliwość wypróbowania jego wszystkich funkcji może mnie do tej aktywności zachęcić. Nie wiem czy mój zegarek nie jest zepsuty, bo przeczytałam, że do pełnego ładowania powinny mu wystarczyć 2-3 godziny. Mój się tyle ładował, a bateria nadal pokazywała jedną kreskę. Teraz po kilkugodzinnym ładowaniu w ogóle nie mogę go włączyć. Ciężko mi ocenić go. Może jeszcze uda mi się go uruchomić.


SREBRNE KOLCZYKI SERDUSZKA Z DIAMENCIKAMI - KLIK

Na stronie aukcji kolczyki wyglądały na bardziej płaskie. W rzeczywistości są one wypukłe i ładnie odznaczają się na ustach. Fajnie błyszczą, a ich srebrny kolor jest dość jasny. Podobają mi się i cieszę się, że dodałam je do koszyka. Wyglądają pięknie i z pewnością będą pasowały do wielu stylizacji.



LAMPKI ŚWIĄTECZNE - GIRLANDA Z CHOINKAMI - KLIK

Te lampki są najpiękniejsze ze wszystkich, jakie do tej pory zamówiłam. Ogólnie jest to girlanda, na której końcach są dość spore choinki. Lampki są kolorowe, mają takie ciepłe światło i już nie mogę się doczekać, aż zaczepię je w swoim oknie! Mają 8 trybów świecenia.




Poza smartwatchem, który z tego zamówienia był najdroższym zakupem, jestem zadowolona z całości. Raczej nie skuszę się więcej na tak drogą (biorąc pod uwagę pochodzenie) elektronikę, bo wydaje mi się, że to pieniądze wyrzucone w błoto. Przy następnym zamówieniu skupię się na kolejnych lampeczkach czy dodatkach, bo z tych zawsze jestem zadowolona.

Podoba się Wam coś z mojego zamówienia? Kupujecie w sklepie Rosegal?
Czytaj dalej

poniedziałek, 20 listopada 2017

PUDEŁKO PEŁNE NIESPODZIANEK - EDYCJA II - DOZ.PL

Przed chwilą padał u mnie mega wielki i gruby śnieg. Niestety tak szybko, jak spadł, tak równie szybko się roztopił. Szkoda, bo w tym roku, jak nigdy, stęskniłam się za nim. Zdecydowanie bardziej wolę śnieg, niż deszcz. Na pocieszenie przybywam do Was z II edycją Pudełka pełnego Niespodzianek z DOZ.pl. Tym razem jest to edycja świąteczna, którą może otrzymać każdy, kto zrobi zakupy za minimum 250 zł i wybierze opcję wysyłki kurierem DHL lub InPost. Z oferty wyłączone są produkty lecznicze. Jeżeli planujecie większe zakupy, myślę, że warto zrobić je na DOZ.pl i sprawić tym sobie dodatkową, jakże miłą niespodziankę. By nie kupować kota w worku, dziś pokazuję co kryje się pod wieczkiem.


Zawartość tego pudełka jest nieco skromniejsza, jeżeli chodzi o ilość, ale zdecydowanie lepsza, jeśli chodzi o jakość. Znalazły się tu m.in. 2 produkty pełnowymiarowe, a to bardzo fajna wiadomość. Kilka produktów się powtórzyło, ale jest też dużo nowości.


Tym razem poza kosmetycznymi niespodziankami, jest też coś spożywczego, są to zioła, a ściślej ujmując skrzyp polny, który jak wiadomo, jest dobry na włosy.


Drugi produkt pełnowymiarowy, to pianka do mycia twarzy z Tołpy. Kosmetyki tej marki są u mnie bardzo mile widziane. Lubię je, świetnie się u mnie sprawdzają, a dawno ich nie miałam, więc cieszy mnie fakt, że trafiłam akurat na taką niespodziankę.


Dodatkowo 3 szampony do włosów w wersji travel size. Idealne w podróże dwu czy trzydniowe.  Cieszy mnie fakt, że w tej trójce znalazł się szampon do włosów i skóry głowy z łupieżem. U mnie ostatnio ten problem powrócił, testowałam wiele szamponów i odbiło się to na mnie niezbyt korzystnie, więc wypróbuję coś nowego.


Kolejna trójka, to misz masz. Mamy specjalny krem natłuszczający, mini kremik w szklanym słoiczku Vichy oraz krem pielęgnacyjny do twarzy i ciała od pierwszych dni życia.


W pudełku znalazła się również ziołowa płukanka do ust. Tego typu produkty są ważne gdy dbamy o higienę jamy ustnej. Kolejny produkt travel size, który chętnie zabiorę ze sobą na jakiś wyjazd.


Na końcu różnego rodzaju próbki. Mamy tu 3 próbki Herla oraz dwie z Pilomax.


W ostatecznym rozrachunku pudełko wypada w moich oczach bardzo dobrze. Biorąc pod uwagę, że i tak miałabym robić jakieś większe zakupy, to lepiej zrobić je w jednym miejscu i na tym zyskać, niż rozdrabniać i się i kupować na raty, bo jak widać, może poznać dzięki temu fajne produkty. To się po prostu opłaca. Wiem, że gdy pokazywałam Wam pierwszą zawartość pudełka, kilka osób skusiło się na zakupy i z tego co wiem, nie żałują. Poza pudełkiem dostajecie również darmową dostawę kurierem. Dodatkowo możecie korzystać również aplikacji mobilnej Doz.pl - to naprawdę super aplikacja, przede wszystkim, dzięki funkcji pomagającej sprawdzić interakcje między lekami, które przyjmujemy czy przypomnieniach o zażywaniu leków. Super sprawa dla osób, które często są poza domem i korzystają z telefonów - bardzo sprawdza się na co dzień.

Robicie zakupy w DOZ? Co sądzicie o takich dodatkach do zakupów?
Czytaj dalej

piątek, 17 listopada 2017

Manicure hybrydowy - Dolce Vita Nails - ombre

Ostatnio rzadko pokazuję Wam swoje paznokcie, bo jakoś nie było się czym chwalić. Idąc na wesele 21 października powtórzyłam manicure, który już Wam tu pokazywałam, więc uznałam, że nie będę Wam go tu pokazywała po raz drugi. Ostatnio miałam też mały wypadek. Rozcięłam sobie z boku opuszek palca, aż do samego paznokcia, więc ściąganie starego manicure też nie wchodziło w grę. Teraz mój palec się zagoił, a ja wybywam na weekend do Olsztyna, więc jest to czas najwyższy, by odświeżyć manicure.

 

Pierwszy raz pokusiłam się na wykonanie tego typu ombre. Nie łączyłam ze sobą dwóch kolorów na jednej płytce, jak to często mi się zdarzało, a pomalowałam każdy paznokieć na inny kolor i tym samym wyszło fajne przejście od delikatnego różu, po ciemny granat z domieszką fioletu. Zawsze mi się to podobało i miałam pomalować tak paznokcie już wiele razy, ale nie miałam odpowiednich kolorów.  Od jakiegoś czasu je mam, a ich swatche mogliście zobaczyć pod koniec października.


Do powyższej stylizacji użyłam hybryd o numerach: 050, 144, 315, 080 i 152. Robiąc zdjęcie nie pomyślałam, by ułożyć je w takiej kolejności, w jakiej zastosowałam je na paznokciach, ale zaraz postaram się to naprawić i przypisać poszczególne numery lakierów do paznokci. Na kciuk nałożyłam kolor 144, na palec wskazujący kolor 080, na palcu środkowym nałożyłam odcień 315. Na palcu serdecznym widnieje kolor 152, z kolei na najmniejszym  palcu 050. Kiedy tylko naniosłam wszystkie kolory nowości hybrydowych od razu wiedziałam, że te 5 odcieni połączę ze sobą i tak zrobiłam. Czasem mam tak, że zaplanuję sobie jakiś manicure, a podczas malowania wszystko mi się odmienia. Tym razem od początku do końca wiedziałam co robię. Nie namalowałam żadnego zdobienia, ale uważam, że efekt broni się sam. 5 kolorów w jednym manicure, to i tak dużo, bez żadnych dodatków.

Podoba Wam się powyższy manicure? A Wy jakie kolory macie teraz na pazurkach?
Czytaj dalej

Przygotowania do Świąt z Rosegal - moje zakupy

Ostatnio rozszalałam się z zamówieniami z Chin - 11.11. też były promocje, więc wydałam ostatnie grosze na zegarki i inne dodatki. Dziś natomiast chciałam pokazać Wam moje zamówienie z Rosegal. Powoli przygotowuję się do zbliżających się małymi krokami Świat, więc kupiłam już lampki, którymi będę dekorowała dom - uwielbiam to! Skusiłam się też na kilka dodatków i drobiazgów. Zapraszam do oglądania.



TERMOMETR DO MIERZENIA TEMPERATURY CIAŁA, JEDZENIA I W POMIESZCZENIU - KLIK

Nigdy nie miałam elektrycznego termometru. U mnie najpopularniejsze zawsze były termometry rtęciowe, ponieważ wydaje mi się, że są dużo bardziej precyzyjne, niż te elektroniczne. Powyższy termometr jest dość sporych rozmiarów. Działa na baterie (małe paluszki, 2 sztuki). Ma ekran, który podświetla się na różne kolory w zależności od wysokości gorączki. Jej brak - ekran jest zielony, niska gorączka - ekran robi się żółty, a przy wysokiej gorączce - czerwony. Póki co nie mogłam tego jeszcze sprawdzić, bo na szczęście wszyscy są zdrowi. Ogólnie jestem zadowolona z tego zakupu, choć nie jest to w 100% precyzyjny produkt, ponieważ temperatura mierzona kilka razy pod rząd zawsze jest inna, ale różnice się niewielkie. Najczęściej termometr pokazywał 36.3, 36.5, 36,6.



ELEGANCKIE KOLCZYKI WYSADZANE KRYSZTAŁKAMI - KLIK

Mam już jedne takie kolczyki, tylko, że w jaśniejszym kolorze i jestem z nich bardzo zadowolona. Świetnie się noszą, uszy od nich nie czarnieją. Wyglądają na ciężkie, choć w rzeczywistości takie nie są. Po sztucznych kolczykach często bolą mnie uszy - w tych siostrzanych przetańczyłam całą noc, a moje uszy miały się dobrze. Ogólnie są to kolczyki bardzo efektowne, które przykuwają uwagę. Bardzo mi się podobają.


KOŃCÓWKI DO DEKORACJI CIAST CZY BABECZEK - KLIK

Miałam w domu już takie końcówki, ale te zdecydowanie przebijają je swoimi rozmiarami, dlatego świetnie sprawdzą się do dekoracji, np. dużych tortów. Wzory są ładne i już niebawem je wypróbuję, gdy będę dekorowała ciasta świąteczne. Żałuję, że w zestawie nie ma rękawa.


PĘDZLE MARMUROWE DO MAKIJAŻU - KLIK

Nie zamówiłam tych pędzli do malowania, wbrew pozorom. Zamówiłam je jako dodatki do zdjęć. Mam obecnie masę pędzli, którymi się maluję, więc kolejne są zbędne. Poza tym, nie wydają mi się one zbyt wygodne do malowania, ponieważ są dość małe. Podkradłam jedynie pędzelek do brwi, który fajnie się spisuje.  W skład zestawu wchodzi 10 pędzli - 5 do makijażu twarzy oraz 5 do makijażu oczu.


ŚWIATEŁKA ŚWIĄTECZNE - SZNUR GWIAZDEK - KLIK

Te światełka są po prosu przepiękne. Żałuję, że nie są przeznaczone na dwór, a tylko do użytku w domu, bo już widziałabym je na mojej wielkiej choince na podwórku.  Lampki są w białym-ciepłym kolorze. Jest ich 100 sztuk i mają 10 m. długości oraz 8 trybów świecenia.. Ja najbardziej lubię tryb jednostajny. Małe gwiazdki są tak urocze, że w zasadzie gdziekolwiek je powieszę na pewno będą prezentowały się pięknie.




LAMPKI ŚWIĄTECZNE - KURTYNA PŁATKÓW ŚNIEGU - KLIK

Te lampki dotarły do mnie w kiepskim stanie. Śnieżynek w zasadzie nie jest dużo, bo tylko po jednej na każdy jeden "zwis" kurtyny, a 3-4 przyszły ułamane. Do tego całość przyszła tak poplątana, że trochę zajmie mi uporządkowanie tych światełek. Teraz jednak chyba nie mam do tego głowy. Podobnie, jak poprzednie światełka, te są tylko do wieszania w domu, ponieważ nie jest wodoodporny. Ma 3,5 metra długości.



Tak przedstawia się moje zamówienie z Rosegal. Ogólnie jestem zadowolona. Żałuję tylko tych lampek śnieżynek, ale postaram się przykleić ułamane elementy i nie powinno być tego widać. Światełka działają na wtyczkach europejskich, więc nie musicie się martwić o żadne przejściówki, czy coś. W zestawie dołączone są również adapterowe wtyczki US. Niebawem pokażę Wam kolejne zamówienie, tam również będzie trochę światełek i lampionów. Czekam tylko, aż dotrze do mnie w całości.

A Wy co ostatnio zamawiałyście z chińskich stron? A może stronicie od zakupów tam?
Czytaj dalej

środa, 15 listopada 2017

BUNA - KOSMETYKI NATURALNE Z ALOESEM

Kosmetyki naturalne stają się coraz bardziej pożądanymi przez konsumentki produktami. Nie ma się czemu dziwić. Kobiety są coraz bardziej świadome, jak wiele dobrego niesie ze sobą naturalna pielęgnacja. Będąc w drogeriach widzę, jak wiele kobiet analizuje składy kosmetyków widniejących na półkach - ja również zaczęłam zwracać na to uwagę. Nie powiem, że używam wyłącznie kosmetyków naturalnych, bo to nie prawda, jednak prawdą jest to, że w mojej pielęgnacji z każdym miesiącem jest ich coraz więcej. Dziś chciałabym przedstawić Wam fajne trio marki Buna - z zielnika babuni. 


BUNA - KREM DO SKÓRY SUCHEJ I WRAŻLIWEJ NA DZIEŃ I NA NOC - ALOES 

W pierwszej kolejności chciałabym zacząć od kremu do skóry suchej i wrażliwej. Uprzednio zapakowany jest w kartonowe pudełeczko, na którym widnieje wiele cennych informacji, jak np. kilka słów o marce, aloesie, sposób użycia, rezultaty czy rada, która brzmi "Pij dużo wody dla zdrowia i urody". Krem mieści się w ciemnozielonym, plastikowym opakowaniu na zakrętkę.Wizualnie prezentuje się ładnie. Do tego na opakowaniu widnieje grafika aloesu, co od razu zdradza nam, co jest głównym składnikiem tych produktów. Do opisu zastosowano ciekawą czcionkę. W środku znajdziemy zabezpieczenie w postaci sreberka - u mnie jest ono zawsze mile widziane. Konsystencja kremu jest w sam raz - ani rzadka, ani gęsta. Dobrze się rozsmarowuje, szybko wchłania (ja nanosiłam dość cienką warstwę) i nie pozostawia żadnego lepkiego, czy tłustego filmu. Niewątpliwym walorem tego produktu jest jego piękny, słodki i zarazem orzeźwiający aloesowy zapach z jakimś dodatkiem - ciężko rozgryźć mi co to mogłoby być, jednak wiem jedno, że razem tworzy piękną całość. Kremuję się zazwyczaj na noc, rano często nie mam na to czasu. Przy systematycznym stosowaniu moja skóra jest nawilżona, pozbawiona suchych skórek i gładka w dotyku. Jako osoba posiadająca skórę wrażliwą nie doznałam żadnego dyskomfortu związanego z używaniem produktu. Krem ten kupimy za ok. 12 zł / 50 ml, więc biorąc pod uwagę dość dobrą wydajność i fajny skład wydaje mi się, że nie jest to wygórowana cena, a wręcz przeciwnie.



BUNA - PŁYN MICELARNY DO SKÓRY SUCHEJ I WRAŻLIWEJ - ALOES 

Ostatnio mam to szczęście, że ciągle trafiam na fajne płyny micelarne. Kiedyś było tak, że mało który nie wywoływał u mnie pieczenia czy zaczerwienienia. Teraz takie sytuacje są u mnie sprawami jednostkowymi i sporadycznymi, dlatego z miłą chęcią przedstawiam Wam płyn micelarny do skóry suchej i wrażliwej Buna. Mieści się on w dość sporej butelce, która kolorystycznie i graficznie jest niemal identyczna, jak krem. Zamknięcie typu "press" jest moim ulubionym przy płynach micelarnych, więc cieszę się, że tu właśnie takie rozwiązanie zastosowano. Zapach identyczny, jak przy kremie - aloesowy z jakąś słodką, jakby pudrową nutką. Płyn świetnie radzi sobie ze zmyciem makijażu twarzy czy oczu. Tusz do rzęs, cienie, eyeliner czy szminka nie stanowią dla niego większego wyzwania. Zmywa wszystko do pełnej czystości, a dzięki zawartości ekstraktu z aloesu, wody jaśminowej czy alantoiny w składzie świetnie łagodzą ewentualne podrażnienia. Płyn micelarny kosztuje niecałe 11 zł za 380 ml, więc uważam, że to idealna cena.



BUNA - ŻELOWA MASECZKA ŁAGODZĄCA - ALOES
Ostatnim produktem z serii aloesowej jaki mam, jest żelowa maseczka łagodząca. Mieści się ona w plastikowej, miękkiej tubie, dzięki czemu łatwo wydobywa się produkt ze środka. Będzie tak do samego końca - zdecydowanie. Żel posiada zamknięcie na "klik", co też jest wygodnym rozwiązaniem. Szata graficzna idealnie zgrywa się z pozostałymi produktami z serii. Zapach ten sam, jak w przypadku pozostałych dwóch produktów. Konsystencja jest żelowa, bezbarwna i szybko się rozsmarowuje oraz wchłania. W kontakcie ze skórą twarzy jest bardzo przyjemna, bo na początku delikatnie chłodna. Na drugim miejscu w składzie, zaraz po wodzie, znajdziemy ekstrakt z aloesu, dalej ekstrakt z babki lancetowatej, mocznik czy kwas hialuronowy. Po przeczytaniu tego składu miałam pewność, że żel świetnie nawilży moją twarz i tak w rzeczywistości było. Twarz była gładka i delikatna w dotyku. Przez pewien czas miałam tak, że co chwilę dotykałam policzków, bo tak podobał mi się ten efekt. Żelową maseczkę nanosi się na twarz i pozostawia do wyschnięcia (ok. 15 minut) - nadmiar ściera się wacikiem. Maseczki się nie zmywa, co dla mnie jest wspaniałą wiadomością. Można ją stosować pod makijaż. Żelową maseczkę kupimy za niecałe 9 zł / 70 ml, więc cena jest bardzo zachęcająca.





Bardzo się cieszę, że poznałam produkty marki Buna, które reklamują się jako wielopokoleniowa tradycja zielarska we współczesnym wydaniu, która odrywa tajemnice urody naszych babek i prababek. Kosmetyki te świetnie się u mnie sprawdziły, były wygodne w użyciu, przyniosły upragnione i obiecane przez producenta efekty, a do tego kosztują naprawdę niewiele, więc myślę, że każda z Was powinna ich spróbować, bo warto.

Który produkt z tej trójki podoba się Wam najbardziej?
Czytaj dalej

poniedziałek, 13 listopada 2017

Enilome - płyn micelarny i maseczka oczyszczająca z glinką

Dermokosmetyki są ostatnio bardzo popularne i coraz częściej spotykam się z ich recenzjami chociażby na wielu blogach. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ produkty te słyną z dobrego i delikatnego działania, które nie zaszkodzi wrażliwej skórze swoich użytkowników. Ja zdecydowanie do takich wrażliwców należę, dlatego z miłą chęcią podzielę się z Wami swoimi odczuciami z testowania produktów Enilome. Zacznijmy od tego, że seria dermokosmetyków Enilome dostępna na DOZ.pl została zaprojektowana przez specjalistów dla kompleksowej i skutecznej pielęgnacji każdego rodzaju skóry, szczególnie wrażliwej, skłonnej do podrażnień i rumienia. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu specjalistów Enilome preparaty spełniają oczekiwania nawet najbardziej wymagających klientów. To nowoczesne podejście do pielęgnacji wrażliwej skóry, zapewniające jej komfort i doskonały wygląd każdego dnia.


ENILOME - PŁYN MICELARNY DO DEMAKIJAŻU TWARZY I OCZU

Ostatnio testuję tyle płynów i preparatów do demakijażu twarzy, że teraz szukam prawdziwej perełki. Czy płyn micelarny Enilome można określić właśnie takim mianem? Zacznijmy najpierw od opisu, a potem wysuniemy te wnioski. Płyn ma dużą pojemność, ponieważ jest to, aż 410 ml. Mieści się w ładnej, prostej i schludnej butelce. Na niej naklejona nalepka, która sprawia, że butelka wygląda na matową. Mimo to zużycie produktu jest wciąż widoczne, co i Wy możecie zaobserwować. Zawsze robię zdjęcia produktów zanim zacznę je testować. Tu wykonanie zdjęć się wydłużyło, dlatego sesję zrobiłam dopiero w połowie testowania. Na opakowaniu wiele cennych informacji, a sama szata graficzna skromna, ale mi się to podoba. Z tyłu możemy przeczytać o zastosowaniu, działaniu, efektach czy sposobie użycia. Płyn jest oczywiście przezroczysty i nie ma zapachu, co spodoba się większości osób. Przeznaczony jest do demakijażu zarówno całej twarzy, jak i oczu, więc od samego początku miałam pewność, że będzie to produkt delikatny i tak w istocie było. Pierwszy demakijaż, jak i każde kolejne przeszły bez najmniejszej komplikacji. Płyn świetnie radzi sobie z usunięciem makijażu całej twarzy. W mig usuwa maskarę z nawet mocno podkreślonych tuszem rzęs. Płyn nie podrażnił zarówno twarzy, jak i oczu, nie wywołał pieczenia czy innego dyskomfortu. Za tak dużą pojemność zapłacimy ok. 16 zł, więc uważam, że jest to niewiele. Ostatecznie produkt pisał się u mnie świetnie i spełnił moje oczekiwania. Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to jedynie do otwierania butelki, bo idzie to dość opornie, ale można się przyzwyczaić. Gdyby ktoś był ciekawy, producentem tych kosmetyków jest bardzo dobrze znane większości Laboratorium Kosmetyczne Floslek.


ENILOME - DERMOPURIVUM - MASECZKA OCZYSZCZAJĄCA Z GLINKĄ

Produkt ten zaciekawił mnie od samego początku. Lubię maseczki oczyszczające, więc z miłą chęcią zabrałam się do testowania. Maseczka oczyszczająca z glinką Enilome mieści się w podłużnej tubce, która skrywa w sobie 50 ml. produktu. Zapakowana jest w kartonik. W środku dodatkowo zamknięcie na "klik" zabezpieczone jest plombą. Bardzo mi się to podoba, ponieważ wiem, że nikt przede mną tego nie otwierał. Konsystencja jest gęsta o ziemistym zabarwieniu, która po rozsmarowaniu pozostawia twarz w podobnym (choć nie tak mocnym, jak w opakowaniu) kolorze. Maseczka mimo glinki nie zastyga, dzięki czemu nie powoduje dyskomfortu w postaci ściągnięcia twarzy, co mi się podoba. Zapach neutralny - niby bezwonna, ale ma w sobie niezbyt zachęcającą nutę. Na twarz prawie niewyczuwalny. Aplikuje się ją łatwo, konsystencję przyjemnie się rozsmarowuje. Po posmarowaniu wszystkich miejsc (twarz, szyja, dekolt) należy pozostawić ją na nich przez 10-15 minut. Po tym czasie zmyć. Efektami jestem pozytywnie zaskoczona. Może nie borykam się ze zbyt mocnym świeceniem twarzy, ale po stosowaniu tej maseczki zauważyłam, że nie świeci się ona prawie wcale, więc to pozwala mi twierdzić, że maseczka ta redukuje sebum. Dodatkowo sprawia, że twarz jest przyjemna i miła w dotyku, co wpływa dobrze, na jej wizualny wygląd. Teraz, jesienią, potrzebuję mocnego nawilżenia i wygładzenia, ponieważ borykam się ciągle z odstającymi suchymi skórkami. Dzięki tej maseczce mój problem został zażegnany. Używałam jej 1-2 razy w tygodniu i uważam, że jest to bardzo wydajny produkt. Niewielka ilość wystarczy by pokryć tak duży obszar ciała i twarzy. Cena tej maseczki, to ok. 12 zł, więc wydaje mi się, że stosunkowo niedużo.


Maska Enilome pozytywnie mnie zaskoczyła. Są to bardzo pożądane dermokosmetyki, które nie przerażają swoją wysoką  wygórowaną ceną. Wręcz przeciwnie! Oba produkty świetnie się u mnie spisały, a marka Enilome w swojej serii ma znacznie więcej produktów, więc myślę, że prędzej czy później skuszę się na inne produkty. DOZ.pl miało akcję, o której Wam pisałam, że do zamówień przekraczających kwotę 250 zł dołączali pudełko pełne niespodzianek. Tamta edycja już się skończyła, ale teraz jest druga, świąteczna, więc jeżeli planujecie większe zakupy, to polecam je zaplanować właśnie tam. Darmowa wysyłka oraz dodatkowy upominek szczególnie do tego zachęcają.

Znacie markę Enilome? Używacie dermokosmetyków?
Czytaj dalej

piątek, 10 listopada 2017

W zdrowym ciele zdrowy duch, czyli kilka słów o mojej diecie

Ludzie dzielą się na dwa rodzaje: na tych, którzy jedzą bez opamiętania i nie tyją oraz na tych, którym przybywają kilogramy od samego patrzenia na słodycze. Ja niestety zaliczam się do tego drugiego typu i przybranie na wadze to u mnie bardzo szybki proces. Zawsze zazdrościłam tym naturalnie szczupłym kobietom, które nie muszą robić zbyt wiele, by wyglądać idealnie. Ja by wyglądać choć odrobinę lepiej, muszę naprawdę się napracować i w końcu postanowiłam to zrobić. Decyzja o przejściu na dietę zapadła spontanicznie, tego samego dnia, od którego postanowiłam wprowadzić pewne zmiany w swoim życiu. Wiele osób, które nigdy nie widziały mnie na żywo (głównie blogerki) na wieść o moim odchudzaniu dziwią się i twierdzą, że niby z czego ja się chcę odchudzać. Prawda jest taka, że nieskromnie mówiąc, jestem dość fotogeniczna i patrząc na swoje zdjęcia sama nie wierzę, że rzeczywistość jest trochę inna - przykro inna. W czerwcu wychodzę za mąż, więc najwyższa pora by w końcu się za siebie wziąć. 21 sierpnia przeszłam na dietę. W zasadzie nie było to nic specjalnego, ani mocno restrykcyjnego.


Standardowo, zaczęłam pić wodę i wyeliminowałam słodkie czy gazowane napoje. Przestałam jeść słodycze i inne tuczące przekąski (w tym cukier, np. do herbaty). Wprowadziłam do swojego jadłospisu więcej warzyw i owoców, a porzuciłam dania smażone i ciężkie. Nie jem również białego pieczywa, tylko te pełnoziarniste. To samo tyczy się makaronów. Odrzuciłam sól - czasem tylko zdarza mi się jej użyć, ale są to śladowe ilości, bo np. pieprz czosnkowy, który uwielbiam ma jej trochę w składzie. Dodatkowo zwiększyłam liczbę posiłków (do 4 dziennie - 5 nie dałam rady) oraz zaczęłam je spożywać systematycznie. Takim oto sposobem na dzień dzisiejszy, czyli po ok. 2 miesiącach i 2 tygodniach diety (bez aktywności fizycznej) moja waga pokazuje -11 kg. Jestem dumna z tego wyniku, bo nigdy jeszcze nie udało mi się wytrwać w diecie tak długo i z takim efektem. Martwi mnie jednak to, że od 2 tygodni praktycznie waga nie ruszyła z miejsca. Za każdym razem pokazuje to samo, choć moje nawyki żywieniowe wcale się nie zmieniły. Uznałam, że najwyższa pora, by dążenie do poprawnej sylwetki wzbogacić o ćwiczenia czy inne aktywności. Od 3 dni każdego wieczoru wybieram się na ok. 3 km spacer. Może to nie daje jakichś mega wielkich efektów, ale... Z pewnością pozytywnie wpłynie na moją kondycję i sprawi, ze choć trochę mój siedzący tryb życia się odmieni.


3 lata temu kupiłam orbitrek. Jakoś nie mogłam się przemóc do ćwiczenia na nim. Na filmikach wyglądało to na banalne, ale w rzeczywistości 10 minut "jazdy", to był mój rekord życiowy (haha). Zniechęciłam się na jakiś czas, na orbitreku osiadał się kurz, a "rączki" były moimi wieszakami. Po rozmowie z koleżanką, która doradziła mi spróbować ćwiczyć na nim oglądając jakiś film czy serial, bądź słuchając muzyki, postanowiłam mu dać drugą szansę i nie żałuję. Oczywiście pierwsza jazda z filmem nie była jakaś mega długa, ale zdecydowanie mniej skupiałam się na samej jeździe i nie myślałam o tym, jak bardzo bolą mnie nogi, jak wcześniej. Przejechany dystans coraz bardziej się wydłużał, a ja miałam coraz większego banana na twarzy. Skoro orbitrek ciągle stoi w salonie, dziś chętnie się na nim przejadę. Mam nadzieję, że wejdzie mi to w krew, a waga w końcu poszybuje w dół. 


Jeżeli zastanawiacie się nad zakupem orbitreka, to mogę go wam polecić. Oczywiście można iść na siłownię, ale w moim przypadku, to nie jest takie proste, ponieważ do najbliższej mam 22 km - dojazdy generują koszty, do tego trzeba wykupić karnet, więc prostszym rozwiązaniem wydaje się zainwestowanie we własny sprzęt i móc dzięki temu korzystać z niego o każdej porze. Jeżeli podobnie, jak ja, nie jesteście ze sportem za pan brat, polecam zakup mniejszego i tańszego sprzętu. Wyhaczyłam całkiem fajne "maszyny" na Hop-sport.pl. Niektóre modele są obecnie nawet w promocji. Jeżeli jesteście już sportowymi freakami, możecie inwestować w lepsze sprzęty, które oczywiście tam znajdziecie. Podobno dobra dieta, to 70% sukcesu w walce o utratę kilogramów. Wygląda na to, że ja swoje 70% już wykorzystałam, więc pora też uruchomić pozostałe 30%. Mam nadzieję, że niebawem napiszę podobny post i będę mogła się Wam pochwalić kolejnymi kilogramami, które wyparowały.

 Czy są tu osoby, które podobnie jak ja ciągle przechodzą na diety? Lubicie aktywność fizyczną? Korzystacie z bieżni czy orbitreka?
Czytaj dalej

czwartek, 9 listopada 2017

Plakaty PIXERS jako oryginalne dodatki urozmaicajce każde wnętrze

Kocham plakaty na ścianach! W swoim pokoju nie preferuję obrazów - te są już dla mnie dość... Staroświeckie. Zdjęcia też nie koniecznie mi się podobają (szczególnie te małe) - wydaje mi się, że od tego są albumy do zdjęć. Fotografie są bardzo kolorowe, często też w różnych stylach i wprowadzają według mnie dość sporo chaosu do pomieszczenia (wyjątek stanowią tu wielkie zdjęcia - te chętnie widziałabym na swojej ścianie). Najbardziej podobają mi się plakaty. Tych w swoim pokoju mam, aż 4. kojarzą się one głównie z dekoracją pokoju czy sypialni, jednak prawda jest taka, że plakaty Pixers występują w bardzo wielu ciekawych odsłonach, że pasują po prostu wszędzie. Dziś chciałabym pokazać Wam propozycje plakatowe do różnych pomieszczeń. 


PLAKATY DO SALONU

W zależności od stylu w jakim urządzimy mieszkanie, będzie tam pasowało coś innego. Ja już wiem w jakich klimatach będzie mój dom, dlatego takie plakaty, jak najbardziej się w mój gust i ten klimat wpisują. Szare, białe i surowe wnętrze zostaje tu rozjaśnione za pomocą różowych kolorów. Bardzo lubię też geometryczne wzory, więc te plakaty tak czy inaczej wpisują się w mój gust.


PLAKATY DO SYPIALNI

Jeżeli myślę o plakatach do sypialni, to kojarzą mi się one głównie z plakatami motywacyjnymi. Dlaczego? Z prostego względu. Motywujące hasła fajnie na nas działają, więc fajnie jest patrzeć na nie kiedy się zasypia i wtedy, kiedy się człowiek budzi. Z dobrym nastawieniem milej zaczyna się dzień.


 PLAKATY DO KUCHNI

Jeśli mam być szczera, to ja najchętniej wszędzie powiesiłabym cytaty, bądź jakieś skromne grafiki. W kuchni chętnie widziałabym plakaty przedstawiające np. gramatury, jednak wiem, że wiele osób woli coś takiego, jak zaprezentowałam wyżej. A skąd to wiem? Np. z odwiedzin u rodziny.  


PLAKATY DO POKOJU DZIECIĘCEGO

Jak wiadomo, tu powinny królować kolory, kształty, mnogość wzorów czy postaci. Plakaty do pokoju dziecięcego właśnie takie powinny być. Wywoływać uśmiechy na małych buźkach. Ostatnio bardzo popularne stały się plakaty np. z modlitwami, które wiedza się nad łóżeczkiem dziecka czy metryczki. Te pomysły bardzo wpisują się w mój gust, bo są oryginalne i niepowtarzalne. Z powyższych plakatów moje serducho skradł ten w liski - przeuroczy!

W plakatach, szczególnie tych z cytatami czy hasłami motywacyjnymi najfajniejsze jest to, że są proste i wpiszą się niemal w każde wnętrze, a to ważne. Ciekawie też prezentują się różne kompozycje plakatowe, w których skład wchodzi od kilku do nawet kilkunastu plakatów (większych lub mniejszych). Za pomocą takiej kompozycji można stworzyć coś nietuzinkowego i oryginalnego.

A Wy wieszacie w swoim domu plakaty?
Czytaj dalej