czwartek, 11 stycznia 2018

Nivea - płyn do demakijażu oczu

Marka Nivea jest mi szczególnie bliska. Pamiętam, że gdy byłam mała, to okrągły, granatowy krem Nivea był moim pierwszym kosmetykiem. Nakładając go na twarz naśladowałam swoją mamę i jej rytuały pielęgnacyjne. Krem ten towarzyszył mi przez wiele młodzieńczych lat i towarzyszy nadal. Cieszę się, że mogę poznawać nowości tej marki i patrzeć, jak się rozwija wprowadzając na rynek coraz to nowsze produkty. Dziś chciałabym opowiedzieć o jednym z nich, a jest nim dwufazowy płyn do demakijażu oczu.


Płyn mieści się w małej, przezroczystej buteleczce, dzięki której widać jego dwufazowość. Olejek ma różowy kolor i wygląda naprawdę uroczo. Po wstrząśnięciu kolor płynu, to pudrowy, mleczny róż. Produkt jest zakręcany, ale ja wolałabym otarcie typu "press" - jest dla mnie wygodniejsze. Jego ogólny rozmiar jest dość mały, ponieważ mieści w sobie 125 ml preparatu. Ten rozmiar określiłabym mianem travel size. Butelka jest poręczna i niewielka, więc idealnie sprawdzi się w podróży.  Taki rozmiar jest bardzo praktyczny, ponieważ nie zajmuje zbyt dużo miejsca w kosmetyczce, ani też nie ciąży.


Nie lubię płynów dwufazowych. Zazwyczaj każde ich użycie kończy się u mnie łzawieniem przez co najmniej kilka godzin. Moje oczy jakoś nie tolerują tej mieszanki. Cieszę się, co więcej, jestem nawet zaskoczona, że w tym przypadku było inaczej. Przed użyciem płynu wstrząsnęłam butelką, by obie konsystencje się połączyły tworząc jedną całość. Naniosłam niewielką ilość płynu na wacik i przyłożyłam do powieki, początkowo nie pocierając, a czekając, by kosmetyki delikatnie się "rozpuściły". Za pierwszy razem miałam na niej cały makijaż powieki, począwszy od cieni, poprzez eyeliner, kończąc na tuszu, także duży kaliber do usunięcia. Po kilku sekundach, potarłam kilka razy i większość makijażu było już na waciku. Powtórzyłam tę czynność jeszcze raz, bo jednak chciałam, by oko zostało dobrze oczyszczone i pozbyłam się kosmetyków w całości.


Na jeden demakijaż dość mocnego makijażu zużyłam naprawę niewielką ilość produktu, co świadczy o jego niebywałej wydajności. Podczas zmywania nie czułam żadnego dyskomfortu związanego z tarciem, bo takowego nie było. Poprzez swoją dwufazowość, olejek ma tłustą konsystencję co wpływa na lepszy poślizg podczas zmywania. Już po kilku sekundach delikatny makijaż zostanie usunięty w mig. Zmycie mocnego makijażu wymaga nieco więcej czasu, ale nie dlatego, że produkt nie daje rady, a dlatego, że po prostu trzeba zmienić wacik, bo kosmetyku do usunięcia jest dużo. Płyn nie podrażnił moich oczu, nie wywołał pieczenia, zaczerwienienia oczu czy łzawienia, co bardzo chwalę. Często po płynach dwufazowych w oczach pojawia się taka "mgła" od tej tłustej fazy - jeśli wiecie, co mam na myśli. Tu też niczego takiego nie było. Płyn jest bezwonny i idealnie spisuje się podczas demakijażu wrażliwych okolic oczu, jakich posiadaczką niewątpliwie jestem. Jeżeli chodzi o oddziaływanie na rzęsy, to spektakularnych zmian nie zauważyłam, ale być może za krótko go używam. Jeżeli coś w tej kwestii się zmieni, to z pewnością zedytuję wpis.

Niebawem Walentynki, a wśród moich znajomych czy bliskich jest wiele singli, którzy bardzo nie lubią tego dnia z wiadomych względów. Widok osób zakochanych niewątpliwie napawa smutkiem, kiedy jest się samotnym. Ale nie musi tak być. Naprzeciw tym smutkom wychodzą większe miasta, które organizują bardzo popularne np. w Stanach, szybkie randki speed-dates.pl/randki/warszawa. Ja już mam swoją drugą połówkę, niebawem męża, więc nie jest to temat mi bliski, jednak chciałam po prostu dać znać, że zawsze jest jakaś opcja.

Używacie kosmetyków Nivea? Znacie ten płyn dwufazowy?
Czytaj dalej

Schwarzkopf - odżywka micelarna oczyszczająca - Repair rescue

Już jakiś czas temu, w moich łazienkowych zbiorach kosmetyków do włosów, pojawiła się totalna nowość i podejrzewam, że będzie to nowość również dla Was. W Shinybox znalazłam dodatkowy produkt, tj. micelarną odżywkę oczyszczającą. Co ciekawe, jest to odżywka, którą powinniśmy używać do mycia włosów pomijając szampon. Muszę przyznać, że sceptycznie do tego produktu podeszłam, ale czy słusznie? O tym za chwilę.


Odżywka micelarna ma, aż 500 ml. Szczerze, to nie lubię tak dużych produktów, ponieważ brak mi systematyczności w zużywaniu. Jest zatem większe prawdopodobieństwo, że szybciej zużyję mniejsze opakowanie i zacznę testować coś nowego. Mimo to bardzo duży plus za pompkę - uwielbiam takie rozwiązania praktycznie we wszystkich kosmetykach. Nabieranie produktu jest proste, możemy ustalić liczbę pompek, która nam najbardziej podpowiada i tę ilość dokładnie powtarzać przy każdym myciu. Produktu tego nie należy stosować codziennie, najlepiej naprzemiennie z szamponem. Konsystencja jest idealna - nie jest rzadka, więc nie przecieknie przez palce, co wpływa na jej wydajność. Jest za to dość gęsta, ale nie sprawia problemów przy nanoszeniu na włosy. Zapach jest przyjemny dla nosa, dość świeży, ale ciężko mi go do czegoś porównać. W każdym razie przypadnie do gustu większości osób (tak myślę). Jeżeli nie, to dobra wiadomość jest taka, że nie utrzymuje się na włosach zbyt długo.


Producent zaleca stosowanie 5-10 pompek na jedno mycie. Ta różnica wynika pewnie z długości włosów użytkowników. Mają włosy do pasa, zdecydowałam się na użycie 10 pompek. Nie używam ich w większej ilości, nie mam takiej potrzeby. Początkowo, po jej zastosowaniu moje ręce, aż rwały się w kierunku szamponu. Czułam, jakby moje włosy były niedomyte. Postanowiłam się przemordować z tym uczuciem i dać jej szansę. Efekty niestety nie były zachwycające. Skalp był dość dobrze oczyszczony, nie powiem, że nie! Jednak efekt pielęgnacji włosów był znikomy. Odżywka przeznaczona jest do włosów zniszczonych - ja niewątpliwie takie mam, jednak ani po pierwszym, ani po kilku kolejnych myciach niewiele się zmieniło. Odżywka micelarna to zapewne innowacyjny i nietuzinkowy produkt, ale nie przypadł mi do gustu. Cena (ok. 60-70 zł) jest dla mnie bardzo wysoka biorąc pod uwagę, że w zasadzie niczego nie zrobiła z moimi włosami.

 Macie jakieś plany na ferie zimowe? Ja ostatnio dostałam zaproszenie od swojej kuzynki z Holandii i szczerze je rozważam. Nigdy nie byłam w tym kraju, a wielu moich znajomych właśnie tam przebywa, więc skoro nadarza się okazja, po prostu grzech z tego nie skorzystać. Kierowca jest ze mnie marny, więc nie biorę pod uwagę, że mogłabym jechać 12h autem na własną rękę, bo źle by się to dla mnie skończyło. Wiem, że za granice kursują np. busy do Niemiec, więc do Holandii też na pewno takie jeżdżą. Transport busem jest z pewnością mniej komfortowy, niż autem, ale dla mnie bardziej bezpieczny (biorąc pod uwagę moje zdolności) i ten wydłużony czas dojazdu mogłabym sobie w większości przespać, czy poczytać książkę. To fajna opcja, co o tym sądzicie?

Używałyście odżywki micelarnej Schwarzkopf? Może u Was spisała się lepiej?
Czytaj dalej

środa, 10 stycznia 2018

Celia art - kosmetyki kolorowe do makijażu

Odkąd nieco bardziej zaczęłam interesować się makijażem i techniką jego wykonywania, testowanie kosmetyków kolorowych stało się niemal moim hobby. Bardzo lubię poznawać nowości, szczególnie jeżeli chodzi o pomadki do ust, bo ich używam każdego dnia. Dziś chciałam Wam opowiedzieć trochę o nowościach kolorowych marki Celia, w której skład wchodzą: fluidy, pomadki matowe w sztyfcie, kredce, tusz do rzęs oraz kredki.


CELIA ART - NUDE - MATUJĄCE FLUIDY KORYGUJĄCE - ODCIENIE 01 ECRU i 02 NATURALNY

Fluidy mieszczą się w plastikowych tubkach. Wykonane są one z miękkiego plastiku, więc wydobywanie produktu jest banalnie proste. Zamknięcie na zakrętkę, typowe dla takich opakowań. Szata graficzna dość kolorowa, ale ładna. Oba fluidy są w pojemności 30 ml. Zapach nie jest zbyt zachęcający, ale jest na tyle delikatny, że nie przeszkadza. W kolekcji mam dwa najjaśniejsze odcienie, tj. ecru oraz naturalny. Mimo jasnej karnacji oba kolory są dla mnie odpowiednie, ponieważ dobrze stapiają się z moim naturalnym kolorem cery. Produkty fajnie ujednolicają kolor skóry i sprawiają, że wygląda ona ładniej, promienniej. Krycie nie jest za mocne. Uważam, że są to produkty idealne do używania na co dzień. Dobrze matują moją tłustą w niektórych miejscach skórę. Kosztują niewiele, bo jedynie 8 zł / szt.



CELIA ART - POMADKI MATOWE O ODŻYWCZEJ FORMULE - KOLORY 02 ORAZ 03

 Pomadki tej marki nie są mi obce. Miałam już przyjemność kiedyś je testować i zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, więc byłam dobrej myśli podczas używania tych nowych. Warto zacząć od ich wyglądu, bo jest naprawdę ładny i elegancki. Pomadki mieszczą się w jakby metalowych opakowaniach w kolorze szampańskiego złota. Uprzednio zapakowane są w papierowe opakowania Zapach pomadek jest bajeczny - ciężko mi opisać, czym pachną, ale zapach ten jest niezwykle kuszący. Trochę jak jakiś owocowy budyń - no bajka! Trafiły do mnie dwa kolory, tj. 02, który dla mnie wpada w różowe tony oraz 03, któremu bliżej do brązu. Pierwszy raz mam problem ze sprecyzowaniem kolorów. W każdym razie, wydaje mi się, że są to produkty uniwersalne. Pomadki są niby matowe, ale nie jest to taki wysuszający mat - wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że pomadki fajnie nawilżają i dbają o nasze usta. Nie podkreślają suchych skórek, co przy matach jest częstą zmorą kobiet. Kolory są intensywne, dobrze napigmentowane. Nie zastygają na ustach, więc trwałość nie jest powalająca, ale spokojnie trzymają się na ustach kilka godzin. Jestem z nich bardzo zadowolona i używam ich niemalże codziennie. Dostępne są w 6 kolorach. Kosztują ok. 10 zł.


CELIA ART - POMADKI W KREDCE CHUBBY LIPSTICK - ODCIENIE 13 ORAZ 15

Kolejnym typem pomadek z kolekcji Celia Art są pomadki w kredce. Nie jest to mój ulubiony rodzaj pomadek, ale przed użyciem nigdy niczego nie skreślam. Pomadka w odcieniu 3 jest bardzo w moim stylu, ponieważ jest to ciemniejszy, brudny róż z domieszką brązu. Z kolei odcień 15, to odcień czerwony, który u mnie na ustach gości niebywale rzadko. Mimo to, odcień ten jest bardzo soczysty i krwisty. Na początku napisałam, że rzadko używam pomadek w kredce. Dzieje się tak dlatego, że aplikowanie ich na ustach jest dla mnie bardziej pracochłonne, bo operujemy dużo mniejszą powierzchnią samej pomadki. Mimo to, aplikowanie jest bardzo wygodne. Pomadka fajnie się rozprowadza dzięki swojej kremowej konsystencji. Kosmetyki te są dobrze napigmentowane, ładnie i szybko pokrywają całe usta. Zapach nie jest zbyt zachęcający i za to minus. Pomadki są wysuwane, więc jeżeli zużyjemy odpowiednią ilość, możemy wysunąć resztę. Kosztują ok. 10 zł.




CELIA ART - TUSZ DO RZĘS 3 W 1 STYMULUJĄCA WZROST RZĘS

Wygląd maskary spodobał mi się od początku. Jest ono srebrne, fajnie odbija światło. Napisy i dodatki mają kolor fioletowy, który ze srebrem fajnie się komponuje. W środku mamy silikonową szczoteczkę - takie lubię najbardziej. Żałuję, że nie jest ona zaokrąglona, bo do takich jestem najbardziej przyzwyczajona. Na szczoteczkę nabiera się odpowiednia ilość tuszu, jednak szczoteczka jest na tyle długa, że najwięcej nabiera się go na sam koniec, co jest trochę uciążliwe. Tusz ma ładny, czarny kolor. Aplikacja nie sprawia problemów. Rzęsy są ładnie rozdzielone, a bałam się, że będą one posklejane. Rzęsy są subtelnie wydłużone, ale bez szaleństw. Są też ładnie podkręcone. Przydałoby się jeszcze fajne pogrubienie i byłabym bardzo zadowolona. Tego jednak nie ma, więc tusz oceniam, jako dobry i codzienny. Kosztuje on tylko 10 zł, więc też ciężko wymagać cudów.


CELIA ART - CZARNA KONTURÓWKA DO OCZU

Konturówek nie używałam od lat - kreski robię za pomocą eyelinera w płynie i ta opcja jest dla mnie najwygodniejsza.  Konturówką posłużyłam się do opisania numerami swatchów pomadek i podczas tej czynności zauważyłam, że ten produkt ma potencjał. Po pierwsze ma intensywny, czarny kolor. Gryf jest miękki, więc fanie się ją aplikuje, a co najważniejsze konturówka ta jest mega trwała. Ciężko ją zmyć micelem, a więc narysowana nią kreska utrzymuje się naprawdę długo. Konturówka jest w kredce, więc trzeba ją temperować.



CELIA ART - AUTOMATYCZNA KONTURÓWKA DO OCZU - GRAFITOWA

Konturówki automatyczne przemawiają do mnie zdecydowanie bardziej, niż te w kredce, jeżeli chodzi o opakowanie. Zdecydowanie bardziej lubię wykręcić kredkę z opakowania, niż tą temperować, bo temperówki są u mnie produktem deficytowym. W paczce znalazłam konturówkę o grafitowym kolorze, więc jest to nic innego, jak ciemny ocień szarości. Niestety nie widzę zastosowania tego koloru w swoim makijażu. Mimo to, mogę powiedzieć, że produkt ten ma fajną konsystencję, którą dobrze się aplikuje. Użyłam jej kilka razy, ale zdecydowanie bardziej na powiece wolę czarne kolory.


Jak widzicie, dotarła do mnie moc kolorówki. Jedne produkty są naprawdę godne uwagi, inne spisały się nieco gorzej, jednak biorąc pod uwagę półkę cenową tych kosmetyków, ogólna ocena jest bardzo dobra. Wymagać jest bardzo łatwo, ale w ogólnej ocenie muszę pod uwagę wziąć wszystkie aspekty, a głównym jest stosunek jakości do ceny i w tym porównaniu kosmetyki te wypadają bardzo dobrze. Najbardziej z tej gromadki polecam Wam pomadki w sztyfcie - zakochacie się w tym zapachu i konsystencji, gwarantuję.

Ostatnio  coraz mniej motywacji mam na to, by pisać. Bardzo lubię to robić, ale po tylu dniach wolnego, dopadła mnie jakaś niemoc. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się ruszyć z kopyta. Ostatnio myślałam na zakupieniem gadżetów reklamowych. Skupiłabym się głównie na długopisach, może czymś słodkim, jak krówki,  albo vlepach, które mogłabym dołączać np. do paczek, które wygrywacie u mnie w rozdaniach. Dla firm pracujących na większą skalę fajnym gadżetem wydają się beanbag, które są niczym innym, jak pufami reklamowymi. Zawsze chciałam mieć taką pufę, bo jest bardzo wygodna. Mogłabym usadowić się w niej przed telewizorem i oglądać ulubiony film.

Znacie kolorówkę marki Celia? Który produkt zaciekawił Was najbardziej?
Czytaj dalej

Zimowy manicure hybrydowy oraz pomysł na elegancki prezent z Daniel Wellington

W ferworze świątecznych przygotowań, wiecznego sprzątania i niekończącego się gotowania czy pieczenia, udało mi się wygospodarować wolny wieczór (a może nawet i noc, bo było już grubo po 23), by przygotować nowy, świąteczny manicure. W tamtym roku postawiłam na odcienie niebieskiego i bieli, a w tym roku postawiłam na klasykę, czyli czerwień i szampańskie złoto. Jeżeli chodzi o kształt paznokci, to tu jestem nudna. Nie eksperymentuję w tym zakresie, bo w takim kształcie czuję się po prostu dobrze i nie widzę potrzeby, bym miała to zmienić. Czerwienie rzadko goszczą na moich paznokciach, ale święta i ten wzniosły czas, który im towarzyszy sprawił, że uznałam, że nie mogę wybrać inaczej. Skusiłam się na czerwień Evonails. Nie mogłam wybrać innego koloru, jak 30 Poinsettia, bo chyba bardziej świątecznie już się nie da. Do tego nałożyłam szampańskie złoto w odcieniu 103 Marigold. Postanowiłam dodać jeden mały, zimowy akcent w postaci skromnej, białej śnieżynki. Takie naklejki do swojego rodzaju nadruk. A takie nadruki w dzisiejszych czasach można robić niemal na wszystkim. Mogą to być obrazy, naklejki czy plakaty, które możecie pooglądać na digitaldruk.pl. Nieskromnie mówiąc, całość bardzo mi się podoba i dobrze czuję się w takiej kolorystyce.


Poza ładnym, iście świątecznym i zimowym manicure, moją rękę w tym roku zdobi również nowy zegarek Daniel Wellington. Muszę się przyznać, że chorowałam na nie kilka lat, ale nigdy nie było odpowiedniego momentu. Mikołaj sprawił mi jednak niespodziankę i takim oto sposobem przywędrował do mnie mój wymarzony, pierwszy zegarek DW. Zegarek jest cały czarny z dodatkami kolory Rose Gold, co tworzy bardzo elegancką i spójną całość. Pasek to typowa bransoleta, pleciona, zamykana na zatrzask. Jest oczywiście wymienna, więc w każdym momencie można dokonać zmiany na pasek nylonowy czy skórzany.


Zegarek Daniel Wellington to idealny pomysł na prezent. Wszystko jest pięknie i elegancko spakowane. Ja jestem w posiadaniu Bundle Boxa - w jego skład wchodzi zegarek i bransoletka (lub dodatkowy pasek). W pudełku wszystko ma swoje miejsce, co daje nam wrażenia ładu i porządku. To mi się podoba! Mam dla Was dobrą wiadomość! Wszystkie produkty Daniel Wellington możecie kupić taniej!

Podczas zakupów, posługując się kodem "BYCKOBIETA" dostajecie 15% zniżki na cały asortyment Daniel Wellington. Jeżeli skusicie się na zestaw zegarek + bransoletka (lub pasek) z moim kodem zniżka ta będzie wynosiła, aż 25%! 

Jeżeli wciąż nie macie pomysłu na prezent świąteczny bądź noworoczny dla kogoś bliskiego, przychodzę z pomocą! Zegarek to prezent elegancki i z klasą  - z pewnością wywoła wiele radości u osoby obdarowanej. 

Podoba się Wam mój manicure? A Wy co macie na pazurkach? Ucieszyłybyście się z zegarka otrzymanego w prezencie?

Czytaj dalej

Nivea - Rich Nourishing - suchy olejek

Nivea co i rusz rozpieszcza swoje "Przyjaciółki" z klubu kolejnymi nowościami. Tym razem dotarł do mnie suchy olejek Nivea do pielęgnacji ciała z serii Rich Nourishing. Muszę przyznać, że kiedyś nie przepadałam za olejkami, bo denerwowała mnie ich tłustość. Odkąd na rynku pojawiły się suche olejki, sięgam po nie znacznie częściej i przede wszystkim chętniej. Dziś właśnie chcę Wam opowiedzieć o jednym z takich olejków.


Standardowo zacznę od wyglądu. Olejek mieści się w wykonanej z twardego plastiku, przezroczystej i barwionej na niebiesko butelce. Prezentuje się ona naprawdę ładnie, ponieważ fajnie odbija światło, co tworzy ładny efekt. Opakowanie zamykane jest na zakrętkę. Po jej zdjęciu naszym oczom ukazuje się dzióbek. Mógłby być on bardziej szpiczasty, ponieważ troszkę ciężko wydobywa się olejek ze środka. Zapach tego kosmetyku jest identyczny, jak woń podstawowego, niebieskiego kremu Nivea. Bardzo lubię ten aromat, więc cieszę się z takiego rozwiązania. Nie będę rozwodziła się na temat konsystencji, bo jak sama nazwa produktu wskazuje, jest ona oleista, dość rzadka. Olejku w butelce mamy 200 ml. Z tyłu widnieje kilka informacji o samym olejku w różnych językach.



Olejek nanosiłam na swoje ciało systematycznie, raz dziennie, przed snem. To co bardzo mnie zaskoczyło, było to, że olejek błyskawicznie wchłaniał się w moją skórę. Nie pozostawiał żadnej tłustej czy lepiącej warstwy. Na skórze można było dostrzec delikatny film, ale nie jest to nic uciążliwego. Olejek nie brudzi piżam, nie pozostawia tłustych czy innych nieestetycznie wyglądających plam za co mu chwała. Otula naszą skórę pięknym zapachem, który utrzymuje się naprawdę bardzo długo na ciele - bajka! Do tego gwarantuje nawilżenie na odpowiednim poziomie. Skóra po stosowaniu jest gładka i przyjemna w dotyku, a do tego zdecydowanie bardziej jędrna.

Aż ciężko uwierzyć w to, jak ten czas szybko mija. Niedawno witaliśmy 2017 rok, a teraz mamy już rok 2018. Zazwyczaj początek nowego roku to idealny czas na planowanie i podejmowanie nowych wyzwań czy decyzji. Wiele osób decyduje się na otworzenie własnej działalności gospodarczej i ja kilka osób w swoim otoczeniu właśnie z takimi planami mam. Otwierając działalność warto starać się o dofinansowanie dla firm, bo dodatkowe środki finansowe zawsze się przydadzą na rozkręcenie biznesu i będą niemałym wsparciem na początku tej zapewne ciężkiej drogi.

Lubicie używać suchych olejków? Znacie ten od Nivea?
Czytaj dalej