czwartek, 19 października 2017

Zaprojektuj swoje etui!

Nie wiem, jak Wy, ale ja bardzo lubię otaczać się ładnymi i przede wszystkim oryginalnymi gadżetami i nie ma dla mnie znaczenia, jakiej kategorii dotyczą czy to wnętrzarstwa czy biżuterii. Każdy z nas chce mieć coś, czego nie ma nikt inny i wzbudzać tym samym zachwyty znajomych.  Bardzo popularne stały się ostatnio gadżety personalizowane. Ale jest też coś, czego używamy codziennie, pokazujemy to dziesiątkom oczu dziennie i też wypadałoby, by jakoś się to prezentowało. Mowa oczywiście o telefonie. Ja uwielbiam kupować różnego rodzaju etui, choć najbardziej lubię te, które mogę zaprojektować sama. Dzięki temu wiem, że będzie mi się ono podobało pod każdym względem, tj. estetycznym i kolorystycznym. Dodatkowo takie etui stanowi też zabezpieczenie naszego telefonu. Chroni go od zarysowań i nieco amortyzuje upadek telefonu.


W swojej kolekcji mam z 10 etui. Jednak teraz chciałabym coś całkiem innego - może kaktusowego, albo sukulentowego. Pomyślałam właśnie o zaprojektowaniu etui na http://zaprojektujetui.pl/. Czas realizacji zamówienia wynosi 24h od momentu złożenia zamówienia, więc to bardzo szybko! Projektować można za pomocą prostego i intuicyjnego w obsłudze projektanta, dlatego zapewne nikt nie będzie miał z tym problemu. Mój Samsung Galaxy J5 po roku czasu nie nadaje się już praktycznie do niczego. Najbardziej irytuje mnie to, jak często się zacina. Do tego stłukłam szybkę w aparacie i moje zdjęcia są niczym robione kalkulatorem. Myślę o  zmianie telefonu na inny, lepszy, ale przy tym taki, które nie zakosztuje mnie słono. Może Ty możesz mi coś polecić? Wtedy z pewnością pierwszym krokiem po zakupie telefonu będzie zaprojektowanie własnego etui.

A Wy lubicie bawić się w projektantów i projektować różnego rodzaju gadżety? Nosicie etui na swoich telefonach?
Czytaj dalej

środa, 18 października 2017

Halloweenowa promocja Rosegal

Niebawem Halloween - ja nie obchodzę tego święta, bo jak łatwo się domyślić, na wsiach nic z tym związanego się nie dzieje. Poza tym, nigdy jakoś nie przepadałam za przebierankami, bo to nie do końca moje klimaty. Mimo to, każda okazja jest dla mnie dobra, by kupić coś taniej. Na Rosegal trwa właśnie halloweenowa promocja (KLIK), która nosi nazwę no tricks, all treats. Mimo, iż nie świętuję, to z okazji mogę skorzystać, tak samo, jak Wy.


Spośród licznych przecenionych przedmiotów, wybrałam kilka ubrań, które zwróciły moją uwagę swoim ciekawym wyglądem. Ciężko było mi wybrać coś fajnego z uwagi na wiele ciekawych printów halloweenowych ubrań. Muszę przyznać, że nie są to moje klimaty, ale znam osoby, które często ubierają się tematycznie lub tez lubię ubrania, na których coś się dzieje. Niewątpliwie te propozycje pozwolą się wczuć w klimat, a może też przydadzą się komuś, kto na taką upiorną imprezę się wybiera.

Bierzecie udział w Halloween? A może chcielibyście, ale nie macie okazji?
Czytaj dalej

PUDEŁKO PEŁNE NIESPODZIANEK - DOZ.PL

Kobiety w większości (bo od każdej reguły jest wyjątek) uwielbiają zakupy. Uwielbiają kupować nowe rzeczy do swoich domów, poszczególnych pokojów czy dla samych siebie. Jeszcze bardziej od zakupów, uwielbiają kupować coś w promocji, bo przecież to się opłaca! Czasem zdarza się też, że kupując coś, dostajemy miły upominek w postaci gratisu do zamówienia. Ja właśnie otrzymałam coś takiego. DOZ.pl stworzyło wyjątkowe Pudełko pełne Niespodzianek! Już samo opakowanie bardzo do siebie zachęca! Starannie przygotowany design naprawdę przyciąga uwagę. Wewnątrz znajdziemy zestaw 20 wyselekcjonowanych miniproduktów profesjonalnych kosmetyków: Vichy, Uriage, Pharmaceris, Eveline i wiele innych. Pudełko może być również świetną propozycją na prezent!


Pewnie ciekawi Was, jak zdobyć Pudełko Pełne Niespodzianek? Wystarczy zrobić zakupy na DOZ.pl za minimum 250 zł przy zamówieniu z dostawą DHL lub InPost. Zamówienie nie może zawierać produktów leczniczych. Trzeba się spieszyć – ilość pudełek jest limitowana!\




Takie pudełko to wspaniały dodatek do zakupów. Mimo, że produkty to miniatury i próbki, to są na tyle duże, że z pewnością wystarczą na kilka użyć i pozwolą nam wyrobić sobie zdanie na temat produktów i zadecydować, czy skusimy się na wersje pełnowymiarowe. Najbardziej ucieszył mnie kremik Vichy - jest w małym, szklanym słoiczku i jest bardzo uroczy! Ciekawi mnie też płyn do płukania jamy ustnej czy chusteczki do demakijażu (które akurat są produktem pełnowymiarowym). Może akurat planujecie poczynić jakieś większe zakupy kosmetyczne? Jeżeli tak, to wiecie gdzie się udać, by dodatkowo otrzymać prezent!

Podoba Wam się taki gratis do zakupów?
Czytaj dalej

poniedziałek, 16 października 2017

Lily Lolo - mineralne kosmetyki w moim makijażu - puder, podkład, pomadka oraz pędzel

Na przestrzeni kilku ostatnich lat mój makijaż bardzo ewoluował. Zaczynając od samych umiejętności, kończąc na wyborze odpowiednich produktów. Bardzo długo poszukiwałam produktów idealnych, które sprostają moim coraz to większym wymaganiom. Szukałam idealnego podkładu, tuszu czy pudru i choć zdaje mi się, że ideałów nie ma, to staram się teraz sięgać po produkty, które są mu najbliższe. W zasadzie od niedawna do swojego makijażu wprowadziłam produkty mineralne ze sklepu Costasy marki Lily Lolo. Jeżeli jesteście ciekawi jak tego rodzaju kosmetyki się u mnie spisały, to nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do zapoznania się z tymi produktami.


LILY LOLO - PODKŁAD MINERALNY 15 SPF - BLONDIE

 W pierwszej kolejności chciałabym zacząć od podkładu mineralnego. Muszę przyznać, że w swojej kolekcji kolorówki miałam już kilka produktów mineralnych, ale były to głównie cienie. Podkładu nie miałam, więc jego byłam najbardziej ciekawa. Po konsultacjach z osobą pracującą w Costasy doszłyśmy do wniosku, że najlepszym odcieniem dla mnie będzie Blondie. Ten produkt, producent opisuje jako "podkład mineralny o jasnym odcieniu ze zbalansowanym kolorytem dla jasnej cery. Posiada naturalny filtr przeciwsłoneczny SPF 15". Na samym początku warto podkreślić, że jest to produkt w 100% naturalny, nie posiadający drażniących substancji chemicznych i tego typu składników. Ponadto jest bezzapachowy i wodoodporny. Podkład ten jest bardzo dobrze zmielony, dzięki czemu ma bardzo fajną, jedwabistą konsystencję, co przekłada się również na to, jak prezentuje się na twarzy. Przy tego typu produktach bardzo ważną rolę pełni również odpowiednia pielęgnacja twarzy. Musi ona być bardzo dobrze nawilżona, by kosmetyki prezentowały się ładnie. Podkład ten występuje tylko w jednej formule, która jest uniwersalna, dzięki czemu nadaje się do każdego rodzaju skóry twarzy. Można go nakładać na dwa sposoby, tj. na mokro i na sucho. Ja wybieram sposób na sucho, bo jest dla mnie najbardziej niezawodny i przede wszystkim prosty. Gdyby komuś to nie wychodziło, zapraszam do zapoznania się z filmem dotyczącym tego, jak nakładać podkład mineralny. Na samym początku myślałam, że wystarczy nałożyć jedną warstwę proszku i gotowe. Po zapoznaniu się z opisem wychodzi na to, że tę czynność należy powtarzać 3-4 razy. Warto zaznaczyć, że warstwy muszą być cieniutkie. Wtedy efekt jest najbardziej zadowalający. Wszystkie niedoskonałości są zatuszowane, twarz wygląda na gładką i promienną. Po pierwszym malowaniu czułam się tak lekko, miałam wrażenie, jakbym wcale nie nakładała podkładu. Efekt ten utrzymywał się na twarzy bardzo długo. Ze stosowania podkładu jestem bardzo zadowolona, nie spodziewałam się, że proszek może zagwarantować nam takie efekty.


LILY LOLO - PUDER  SYPKI - FLAWLESS MATTE

Jako posiadaczka skóry mieszanej, która w pewnych obszarach, takich jak nos, czy policzki po jakimś czasie zaczyna się świecić, skusiłam się również na puder sypki w odcieniu Flawless Matte. producent opisuje go jako "matujący puder sypki mineralny o właściwościach absorbujących sebum, zapewniający nieskazitelne wykończenie makijażu". Co więcej, produkt ma dwa zastosowania, bo poza swoim standardowym, czyli byciem pudrem, może stanowić również mineralną bazę pod cienie. Podobnie, jak podkład, jest w 100% naturalny i nie zawiera szkodliwych substancji, takich jak parabeny, talk, itp. Może być stosowany przez wegetarian i wegan. Jest również bezzapachowy i bardzo drobno zmielony, dzięki czemu po aplikacji wygląda świetnie. Ma biały kolor, ale po naniesieniu na twarz stapia się z jej kolorem. Przedłuża trwałość podkładu. Stanowi idealne wykończenie makijażu twarzy.


LILY LOLO - PĘDZEL DO MAKIJAŻU - SUPER KABUKI

Pędzli nigdy dość - mam w swoich zbiorach naprawdę dużo sztuk, ale pędzli kabuki mam tylko 2. Mam już jeden pędzel Lily Lolo, ale jest to wersja Baby Buki i jest zdecydowanie mniejsza od  Super Kabuki. Pędzel wykonany jest z dobrego gatunkowo włosia syntetycznego. Jest ono dwukolorowe. tj. brązowo-czarne. Włosie jest długie, a co za tym idzie bardzo elastyczne i dobrze się nim współpracuje razem z podkładem czy pudrem. Ułatwia mi aplikację produktów mineralnych. Włosie jest miękkie i bardzo przyjemne w kontakcie ze skórą twarzy. Całkowita wysokość pędzla to 70 mm, a samego włosia 40 mm



LILY LOLO - SZMINKA DO UST - NUDE ALLURE

Tym razem postawiłam na coś delikatnego. W moich zbiorach szminek brakuje czegoś naturalnego, codziennego, dlatego wybór padł właśnie na odcień Nude Allure. Jest to jasny i ciepły odcień brązu, który ładnie współgra z kolorem moich ust oraz dość jasną karnacją. Konsystencja jest kremowa, świetnie aplikuje się na ustach i dobrze rozsmarowuje już od pierwszych pociągnięć. Nie są to pomadki matowe, których mam w zwyczaju używać, ale sprawiają, że usta prezentują się bardzo ładnie nawet wtedy, kiedy ich wyglądowi daleko do ideału. Matowe pomadki podkreślają suche skórki, a tego typu szminki, jak ta od Lily Lolo pomagają je dość fajnie ukryć, co zaraz zobaczycie na zdjęciach.  Usta po aplikacji pomadki delikatnie się błyszczą, wyglądają na zdrowe i zadbane. Podobnie, jak poprzednie produkty Lily Lolo, tak i ten jest bezwonny. Opakowanie jest bardzo klasyczne, bo jest czarno-białe. Kiedy chcemy zamknąć pomadkę, wystarczy ją lekko docisnąć i usłyszymy "klik", który gwarantuje nam bezpieczeństwo pomadki w torebce. Testowałam i nie otworzyła się, więc chwała jej za to.


Pewnie ciekawi Was, jak pomadka prezentuje się na ustach, więc postanowiłam przygotować dla Was kilka zdjęć, byście mogli zobaczyć to na własne oczy. Zdjęcia świetnie odwzorowują ten błysk, jaki nadaje ustom pomadka. Warto też zaznaczyć, że dobrze nawilżaja ona usta, co dla mnie, jesienną porą, jest na wagę złota. Cieszę się, że zdecydowałam się na ten odcień, bo bardzo dobrze czuję się w nim, kiedy mam go na ustach.


Moje pierwsze spotkanie z marką Lily Lolo uważam za bardzo udany debiut. Kosmetyki świetnie się u mnie sprawdziły i pozwoliły mi się poznać z całkiem innej strony. Jak już wspominałam, mineralne kosmetyki znałam tylko z cieni do powiek. Cieszę się, że tym razem były to nowe dla mnie produkty. Jestem zakochana w szmince po uszy i mam nadzieję, że w przyszłości będę posiadaczką większej liczby kolorów. Kosmetyki Lily Lolo poza dobrymi właściwościami mają również ładne opakowania. Są skromne, bez żadnych napisów (wszelkie informacje wypisane są na kartonowych pudełeczkach, w których uprzednio są zapakowane), a na każdym z nich widnieje logo marki. To daje bardzo ładny, klasyczny, ale i elegancki look.

Znacie kosmetyki Lily Lolo? Możecie jakieś polecić?
Czytaj dalej

niedziela, 15 października 2017

Pro Skin Laboratory - żel pod prysznic oraz mydełka w piance o zapachu gumy balonowej, cytryny i mango z kokosem i aloesem

Mydełka Pro Skin Laboratory towarzyszą mi już od kilku miesięcy. Są dla mnie wspaniałą alternatywą dla zwykłych mydeł o typowych, lejących się konsystencjach. Moim pierwszym mydełkiem tej marki było to o zapachu kwiatów i aloesu (wariant biały). Po pierwszym użyciu przepadłam i wiedziałam, że nie będzie to moje ostatnie spotkanie z tą marką. Wręcz przeciwnie! Często będąc w Rossmannie wkładałam kolejne mydełka do koszyka, by sprawdzić ich zapachy i za każdym razem podobały mi się tak samo mocno. Dziś chciałabym zaprezentować Wam kolejne mydełka tej marki, a w gratisie opowiedzieć również coś o żelu.


PRO SKIN LABORATORY - MYDŁO W PIANCE DLA DZIECI

To mydełko pachnie bajecznie, bardzo słodko i z pewnością przypadnie do gustu dzieciakom. Opakowanie jest całkowicie spójne. Kolor substancji jest niebieski i imituje wodę, ponieważ na opakowaniu widzimy rybki. Taki wygląd w połączeniu z nietuzinkowym, balonowym zapachem z pewnością zachęci dzieci do mycia rąk np. przed posiłkiem. Zapach pozostaje na dłoniach przez jakiś czas. Podczas mycia czuć go również w powietrzu. Dobrze oczyszcza dłonie z zabrudzeń, nawet z sadzy.


PRO SKIN LABORATORY - MYDŁO W PIANCE MANGO, KOKOS, ALOES

Zielone mydło mam aktualnie w użyciu. Nie różni się ono zbytnio od pianki dla dzieci. Oczywiście poza aspektem wizualnym - kolorem i zapachem nie różnie je praktycznie nic. Zarówno mydełko dla dzieci, jak i te o zapachu mango z kokosem świetnie spisują się w użyciu. Mycie rąk tą pianką to czysta przyjemność, ponieważ jest ona taka delikatna. Dobrze pozbywa się zabrudzeń wszelkiej maści z dłoni. Na pochwałę zasługuje jego niewysoka cena. Mydełko kosztuje ok. 8-9 zł (320 ml), więc to ponad połowę mniej niż popularne ostatnio mydełka w piance marki Dove. To zdecydowanie zachęca do kupowania kolejnych wariantów zapachowych. Opakowania są ładne - skromne, ale mają coś w sobie. Wyróżniają się na łazienkowej umywalce. Fajne jest również to, że zamiast kupować kolejne opakowanie, można zaopatrzyć się we wkład/uzupełniacz i dolewać mydełko według potrzeby.


PRO SKIN LABORATORY - KUCHENNE MYDŁO W PIANCE CYTRYNOWE

Ma żółte zabarwienie, które dobrze odzwierciedla jego cytrynowy zapach. Mydło kuchenne ma za zadanie zneutralizować niepożądany zapach z rąk, np. po rybie, czosnku czy cebuli. Ma intensywny zapach, który zostaje na rękach. Wypróbowałam go po używaniu czosnku i cebuli i muszę przyznać, że świetnie poradził sobie z tymi zapachami. W prawdzie co nie co jeszcze czułam, ale zapach ten był ledwo wyczuwalny i to mi odpowiada. Ogólnie jednym z naturalnych sposobów na pozbycie się niechcianego zapachu z dłoni jest właśnie umycie ich w soku z cytryny, stąd ten wariant zapachowy bardzo do mnie przemawia. Pianka jest wydajna, wystarczy jedna pompka, by oczyścić dłonie.


PRO SKIN LABORATORY - ŻEL POD PRYSZNIC MANDARYNKA, MANGO, ALOES

To, co w pierwszej kolejności zwraca na siebie uwagę, to piękne opakowanie. Niby to tylko naklejka, ale na widok symetrycznego tła w słonie po prostu się uśmiechnęłam. Zdecydowanie może być to żel familijny - dla całej rodziny. Ma aż 750 ml, więc jest to naprawdę pokaźny rozmiar. Wyposażony jest w pompkę, co pod prysznicem jest rozwiązaniem na wagę złota. Pompka się nie zacina, na jeden prysznic zużywam 3-4 pompki, więc to stosunkowo niedużo. Żel jest wydajny, a do tego bardzo ładnie pachnie. Konsystencja jest dość gęsta, przezroczysta o lekko żółtawym zabarwieniu. Zapach, mimo, że owocowy, nie jest przesłodzony, a wręcz orzeźwiający, ponieważ w pierwszej kolejności wyczuwam tu cytrusowe nuty. Podczas kąpieli używam gąbki lub myjki, więc w połączeniu z nimi żel wytwarza naprawdę imponującą ilość piany oraz dobrze oczyszcza ciało. Jego standardowa cena, to 15 zł, a obecnie możemy go kupić w promocji, za 11,90 zł. Biorąc pod uwagę tę dużą pojemność, jest to bardzo niska cena. Żałuję, że na promocji w Rossmannie nie skusiłam się na więcej żeli tej marki.


Marka Pro Skin Laboratory, jak już wspomniałam, gości u mnie od kilku miesięcy i nie zamierzam się z nią rozstawać. Bardzo chętnie kupię kolejne warianty żeli pod prysznic. Wszystkie charakteryzują się pięknymi, nietypowymi szatami graficznymi. Nie od dziś wiadomo, że mimo iż to działanie jest najważniejsze, to po ładne produkty prędzej i chętniej się sięga. Zachęcam Was do wypróbowania tych produktów, szczególnie mydełek w piance, bo to miłe urozmaicenie i odejście od standardowych mydeł.

Ostatnio postanowiłam sporą poprawę w zakresie pielęgnacji moich włosów. Chcę, by na ślubie prezentowały się one nienagannie. Ostatnio kupiłam kilka nowych produktów na stronie sklepfryz.pl i mam nadzieję, że przez czas, który został do ślubu, uda mi się doprowadzić je do lepszego stanu. A może Wy szczególnie polecacie jakieś produkty do pielęgnacji włosów? Coś na wzmocnienie, nadanie im blasku.

Znacie produkty Pro Skin Laboratory?
Czytaj dalej

piątek, 13 października 2017

Depilacja laserowa - kiedy można ją zrobić?

Na świecie pojawiają się coraz to nowsze technologie, które pozwalają się kobietom upiększać. Są takie, których wiele osób nie toleruje, jak np. operacje plastyczne, ale jest również szereg zabiegów, które potrafią nas odmienić, nie ingerując ogólnie w zmianę rysów czy kształtów. Do takich czynności zaliczają się zabiegi u kosmetyczki, na które składają się różnego rodzaju maseczki, regulacja brwi czy manicure (ew. pedicure). Takie działania, choć mało kosztowne, na pewno sprawią, że kobieta poczuje się jeszcze bardziej pewna siebie. Ale co tak naprawdę jest jedną z największych naszych zmór? Według mnie jest to depilacja. W prawdzie mamy już jesień, niebawem zima, więc sezon na golenie nóg uważam za zamknięty (żart). A tak całkiem poważnie, wyobraźcie sobie, że każdego dnia możecie cieszyć się nieskazitelnie gładkimi nogami, pachami, okolicami bikini bez żadnego wysiłku - brzmi pięknie, prawda? A depilacja laserowa może nam to umożliwić. Od jakiegoś czasu rozważam ją. Jako szatynka mam ciemne włosy, więc bardzo szybko rzucają się one w oczy. Do tego nie należą do tych cienkich. Golenie nóg co 2-3 dni jest dość uciążliwe, poza tym, bardzo często skóra po depilacji mnie swędzi na drugi dzień. Depilator się u mnie nie sprawdził, bo miałam bardzo dużo wrastających włosków mimo peelingowania skóry, a na wosk bałam się iść. Depilacja pach spędza mi sen z powiek - na drugi dzień pojawia się dużo nieestetycznych krostek. Depilacja laserowa w tym przypadku wydaje się być ciekawym rozwiązaniem, choć kosztownym. Usuwa zbędne owłosienie, a także pomaga w leczeniu skóry. Postanowiłam, że zbiorę dziś kilka najważniejszych informacji z tego zakresu w szczególności dla siebie, ale biorąc pod uwagę, że wiele kobiet to rozważa, mam nadzieję, że i Wam okażą się pomocne.

Źródło: http://www.dermabellamedicalspa.com
PRZECIWWSKAZANIA DO WYKONANIA ZABIEGU DEPILACJI LASEROWEJ

Pierwszym przeciwwskazaniem do wykonania tego zabiegu jest opalona skóra, dlatego najrozsądniej wydaje mi się wybrać na niego wiosną, kiedy nasza skóra jest blada. Teraz po lecie wiele kobiet może mieć z tym problem. Tyczy się to również osób, które korzystały z samoopalaczy i innych tego typu kosmetyków. Kolejnym jest przyjmowanie leków światłouczulających, które mogą wpłynąć na nieprawidłową reakcję skóry na światło podczas zabiegu. Do takich leków zalicza się np. antybiotyki stosowane na trądzik. Wykonywania tego zabiegu nie zaleca się również kobietom w ciąży czy osobom, które chorowały na nowotwór. Depilacji laserowa może nie przynieść oczekiwanych skutków u osób rudowłosych, siwowłosych bądź blondynek ze względu na brak melaniny. Następnym przeciwwskazaniem są infekcje wirusowe czy stany zapalne lub grzybicze w miejscu wykonywania zabiegu. Osoby chore na bielactwo czy łuszczycę również powinny zapomnieć o tym zabiegu.

PRZYGOTOWANIE DO ZABIEGU DEPILACJI LASEROWEJ

Kiedy już dokonaliśmy oceny, czy kwalifikujemy się na zabieg depilacji laserowej, warto się do niego odpowiednio przygotować. Najlepiej zrobić to pod okiem osoby, która będzie dany zabieg nam wykonywała. Przygotowania mogą trwać nawet do miesiąca. W pierwszej kolejności należy zaprzestać stosowania kuracji doustnej retinoidami (nawet do pół roku przed zabiegiem). Powinno się przestać wykonywać depilację (na miesiąc przed zabiegiem). Na dwa tygodnie przed zabiegiem należy zaprzestać przyjmowania leków światłouczulających. Należy zrezygnować z kąpieli słonecznych czy opalania w solarium na kilka tygodniu przed zabiegiem.  W przypadku depilacji pach należy nie stosować dezodorantów czy antyperspirantów bezpośrednio przed zabiegiem. Przy depilacji okolic twarzy nie może na nim znajdować się makijaż. Należy przyjść z oczyszczoną skórą twarzy (bez kremowania) lub zmyć makijaż na miejscu (o ile dane studio ma ku temu warunki).

OGÓLNE INFORMACJE O DEPILACJI LASEROWEJ

By uzyskać, jak najlepsze efekty zabieg należy powtórzyć kilka razy. Czasem już po 3-4 razach skóra może być gładka i pozbawiona owłosienia. W innym przypadku potrzeba będzie 5-8 zabiegów. Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju mamy owłosienie, o jego odcień czy grubość. Zabieg powtarza się zazwyczaj raz w miesiącu, bardzo często przez pół roku. Potem raz na rok. Praktycznie nigdy nie da się usunąć owłosienia w 100%. Wszystko za sprawą tego, że podczas depilacji nasze włos są w różnym stadium wzrostu. Te, które reagują na laser są we wspomnianej fazie wzrostu, z kolei te które nie reagują w fazie uśpienia. Cena takiego zabiegu w zależności od strefy depilowanej waha się od 200 do 500 zł za jedną serię. Przed rozpoczęciem depilacji laserowej należy wypełnić ankietę o stanie swojego zdrowia  - pytania dotyczą przebytych chorób czy stosowanych leków. Na skórze zostaje również przeprowadzona ogólna próba laserowa - by sprawdzić, jak nasza skóra reaguje na światło lasera.

Myślałyście o wykonaniu zabiegu depilacji laserowej?

Czytaj dalej

czwartek, 12 października 2017

Z Zaful jesień i zima niestraszne

Nie cierpię jesieni. Nigdy jej nie lubiłam, nie lubię i nie będę lubiła. Polska złota jesień tylko na chwilę potrafi mnie uraczyć kolorami, jakie ze sobą niesie. Jednak w skali tych kilku miesięcy, tych złotych dni jest bardzo mało. Znaczna część tej pory roku to jednak deszcz, porywisty wiatr i ciemność, która po prostu dobija. W takie przygnębiające dni, jak na prawdziwą kobietę przystało, oddaję się w szał zakupów. Ostatnio kupiłam 12 książek - nie żałuję, ale te pieniądze lepiej byłoby zainwestować w ubrania jesienne, bo te jakoś z mojej szafy "wyszły". Korzystając z okazji, zrobiłam mały sweterkowy research w Zaful i chciałam pochwalić się Wam jego wynikami. 


KLIK                    KLIK                    KLIK

Wybrałam dla Was propozycje, które przynajmniej mi, kolorystycznie najbardziej kojarzą się z jesienią. Moimi ulubionymi jesiennymi (i w sumie ogólnie) kolorami są: czarny, szary i bordowy. W gratisie też kolor khaki. W zestawieniu są swetry rozpinanie, jak i te przez głowę. Jedne są proste, a inne z fikuśnymi "supełkami", które niewątpliwie są bardzo oryginalne, choć z pewnością nie spodobają się każdemu.

KLIK                    KLIK                    KLIK

Jeżeli chodzi o moją szafę, to jest ona dość uboga w swetry, więc chyba najwyższa pora, by to zmienić i zakupić choć kilka. Zakupy w połączeniu z potrzebą posiadania czegoś ciepłego, to zgrany duet. Nie wiem tylko na jakie się zdecydować. Podejrzewam, że najcieplej byłoby mi w tych przez głowę, ale ogólnie lubię te rozcięte - mam dylemat, ale mam też nadzieję, że niebawem się rozwiąże.

A Wy gromadzicie już ciepłe ubrania na jesień i zimę? Wpadłyście w szał zakupów? 


Czytaj dalej

wtorek, 10 października 2017

Zakupy z Dresslily - granatowa torebka, kwiecista nerka i zegarek

Dziś chciałam pokazać Wam swoje dość stare zamówienie z DressLily. Stare, bo dotarło do mnie jakoś w sierpniu, ale do tej pory nie było okazji, by je Wam pokazać. Teraz, kiedy mam więcej czasu mogłam sobie na to pozwolić. Zamówienie jest małe, ale składa się z samych fajnych rzeczy. Ostatnio zwariowałam na punkcie torebek - nie mam już gdzie ich wieszać, ale i tak zamawiam kolejne. Czy to już choroba? Oby nie!



Pierwszą rzeczą, jaką dodałam do koszyka była granatowa torebka, na którą czaiłam się już dawno. Bardzo podobała mi się ona z wyglądu. Jest solidna, twarda, więc tak szybko nie straci swojego kształtu. Na dole ma metalowe "nóżki" dzięki czemu nie będzie się rysowała. Uwielbiam torebki, które mają zarówno rączki, jak i luźny pasek. Torebka trzymana za rączki jest bardziej elegancka, z kolei do miejskich stylizacji idealnie sprawdza się noszona przez ramię. W rzeczywistości jaśniejsza niż na stronie producenta. Zamki z przodu, to oczywiście atrapy, ale można je rozsuwać. Z tyłu mała kieszonka na zamek. W środku torebka ma brązową, ciemną podszewkę i przedzielona jest na dwie komory. Przedziałka jest na zamek i tworzy kolejną przegrodę. Mamy też kieszonki na telefon czy klucze + jedną większą na zamek. Jej wymiary według producenta, to 31 cm x 10cm x 26cm, a w rzeczywistości jest nieco większa, powiedziałabym, że 31 cm x 13 cm x 30 cm. Ogólnie jestem z niej bardzo zadowolona. Dobrze się ją nosi i fajnie mi służy. 


 KWIECISTA NERKA ZAMIAST TOREBKI

Z reguły nie jestem wielką fanką nerek. Jakoś nie do końca pasują one do mojego stylu, ale ta była tak urocza, że wiedziałam, że chcę ją mieć. Nerka wykonana jest z nylonu, ma również drobną wstawkę, która imituje skórę, choć tak naprawdę jest również z nylonu. Fajnie połyskuje. Nerka ma, aż 4 kieszonki: jedną małą, dwie średnie i jedną dużą. Jest pojemna, zmieści portfel, telefon i jeszcze kilka innych drobiazgów, jak jakiś kosmetyk, chusteczki. To zdecydowanie wystarczająca ilość miejsca, jeżeli chcemy wybrać się z domu, a nie chcemy zabierać ze sobą torebki. Największa kieszeń ma dodatkowo na tylnej ściance kieszonkę (nie na zamek), do której możemy włożyć np. telefon, by nie porysował się wrzucony luzem z innymi rzeczami. Produkt jest świetnie wykonany, ma długi pasek, więc można go nosić w pasie, albo przez ramię, jak to teraz jest modne.



Przepraszam, że nie pokazuję Wam real-foto, ale dałam ten zegarek tacie do przestawienia, bo mnie to przerosło i gdzieś się zapodział. Podejrzewam, że podczas sprzątania gdzieś go wsadziłam i teraz nie pamiętam gdzie. Mimo to, jakoś nie jest mi żal. Nie był to zbyt udany zakup. Myślałam, że zegarek będzie bardziej elastyczny, tymczasem był bardzo sztywny. Ustawienie go, to sprawa dość ciężka. Nie widać w ogóle guziczków na tarczy, trzeba ich szukać po omacku. Nie wiadomo, jaki przycisk do czego służy, co było dużym utrudnieniem, a w zestawie niestety nie było instrukcji obsługi (choć podejrzewam, że i tak niewiele by tu dała). Zegarek włączał się po naciśnięciu tarczy w odpowiednim miejscu i po jakimś czasie wygasał. Światło było pomarańczowe.


Z torebki, jak i z nerki jestem bardzo zadowolona. Spełniły one moje oczekiwania w 100%. Zarówno jakość wykonania, wygoda noszenia, jak i cały wygląd zewnętrzny w pełni mnie satysfakcjonują. Nie bardzo ucieszył mnie ten zegarek, ale teoretycznie był niedrogi, więc nie jest to duża strata. Gdybyście chcieli poznać ceny torebki, nerki czy zegarka, to kolejno znajdziecie je tu: KLIK, KLIK, KLIK, KLIK

Robicie zakupy w sklepie Dresslily? Co sądzicie o moich wyborach?

Czytaj dalej

poniedziałek, 9 października 2017

Nivea - płyn do demakijażu oczu

Marka Nivea jest mi szczególnie bliska. Pamiętam, że gdy byłam mała, to okrągły, granatowy krem Nivea był moim pierwszym kosmetykiem. Nakładając go na twarz naśladowałam swoją mamę i jej rytuały pielęgnacyjne. krem ten towarzyszył mi przez wiele młodzieńczych lat i towarzyszy nadal. Cieszę się, że mogę poznawać nowości tej marki i patrzeć, jak się rozwija wprowadzając na rynek coraz to nowsze produkty. Dziś chciałabym opowiedzieć o jednym z nich, a jest nim dwufazowy płyn do demakijażu oczu.


Płyn mieści się w małej, przezroczystej buteleczce, dzięki której widać jego dwufazowość. Olejek ma różowy kolor i wygląda naprawdę uroczo. Po wstrząśnięciu kolor płynu, to pudrowy, mleczny róż. Produkt jest zakręcany, ale ja wolałabym otarcie typu "press" - jest dla mnie wygodniejsze. Jego ogólny rozmiar jest dość mały, ponieważ mieści w sobie 125 ml preparatu. Ten rozmiar określiłabym mianem travel size. Butelka jest poręczna i niewielka, więc idealnie sprawdzi się w podróży.  Taki rozmiar jest bardzo praktyczny, ponieważ nie zajmuje zbyt dużo miejsca w kosmetyczce, ani też nie ciąży.


Nie lubię płynów dwufazowych. Zazwyczaj każde ich użycie kończy się u mnie łzawieniem przez co najmniej kilka godzin. Moje oczy jakoś nie tolerują tej mieszanki. Cieszę się, co więcej, jestem nawet zaskoczona, że w tym przypadku było inaczej. Przed użyciem płynu wstrząsnęłam butelką, by obie konsystencje się połączyły tworząc jedną całość. Naniosłam niewielką ilość płynu na wacik i przyłożyłam do powieki, początkowo nie pocierając, a czekając, by kosmetyki delikatnie się "rozpuściły". Za pierwszy razem miałam na niej cały makijaż powieki, począwszy od cieni, poprzez eyeliner, kończąc na tuszu, także duży kaliber do usunięcia. Po kilku sekundach, potarłam kilka razy i większość makijażu było już na waciku. Powtórzyłam tę czynność jeszcze raz, bo jednak chciałam, by oko zostało dobrze oczyszczone i pozbyłam się kosmetyków w całości.


Na jeden demakijaż dość mocnego makijażu zużyłam naprawę niewielką ilość produktu, co świadczy o jego niebywałej wydajności. Podczas zmywania nie czułam żadnego dyskomfortu związanego z tarciem, bo takowego nie było. Poprzez swoją dwufazowość, olejek ma tłustą konsystencję co wpływa na lepszy poślizg podczas zmywania. Już po kilku sekundach delikatny makijaż zostanie usunięty w mig. Zmycie mocnego makijażu wymaga nieco więcej czasu, ale nie dlatego, że produkt nie daje rady, a dlatego, że po prostu trzeba zmienić wacik, bo kosmetyku do usunięcia jest dużo. Płyn nie podrażnił moich oczu, nie wywołał pieczenia, zaczerwienienia oczu czy łzawienia, co bardzo chwalę. Często po płynach dwufazowych w oczach pojawia się taka "mgła" od tej tłustej fazy - jeśli wiecie, co mam na myśli. Tu też niczego takiego nie było. Płyn jest bezwonny i idealnie spisuje się podczas demakijażu wrażliwych okolic oczu, jakich posiadaczką niewątpliwie jestem. Jeżeli chodzi o oddziaływanie na rzęsy, to spektakularnych zmian nie zauważyłam, ale być może za krótko go używam. Jeżeli coś w tej kwestii się zmieni, to z pewnością zedytuję wpis.

Używacie kosmetyków Nivea? Znacie ten płyn dwufazowy?
Czytaj dalej

sobota, 7 października 2017

Jojo Moyes - zanim się pojawiłeś - poruszająca historia miłosna dwojga ludzi, którą musisz poznać

Staram się wypełniać moje noworoczne postanowienia dość skrupulatnie, bo niebawem koniec roku, więc trzeba będzie się rozliczyć. Jednym z nich było częstsze czytanie książek. Może nie pochłaniam ich w zaskakujących zwykłego śmiertelnika ilościach, ale sam fakt, że przeczytam chociażby jedną w danym miesiącu jest już dla mnie sporą poprawą. Teraz zaczyna się sezon jesienny, więc czytania będzie zdecydowanie więcej! Jak pewnie pamiętacie, co jakiś czas robię przeglądy filmowe, w których pokazuję Wam filmy według mnie godne uwagi. Na jednej z takich list znalazł się film Zanim się pojawiłeś, który w czerwcu ubiegłego roku miał premierę w Polsce, co wzbudziło niemałe emocje. Po obejrzeniu filmu, wiedziałam, że muszę również przeczytać książkę, która zawsze bogatsza jest w różnego rodzaju opisy i sytuacje. Udało mi się wygrać ją w rozdaniu, więc od razu wzięłam się za czytanie. Nie ocenia się książki po okładce, ale na pierwszy rzut oka może ona wskazywać nam na to, że będzie to książka jakich wiele. Lekki romans, w którym miłość kwitnie, a całość zakończy się happy endem, bo książe z bajki pozna Kopciuszka i będą żyli długo i szczęśliwie z gromadką dzieci u boku. Jednak czy jest tak na prawdę? Ci, którzy czytali lub oglądali ekranizacje już znają odpowiedź na to pytanie. Ja Wam jej nie udzielę, bo książka jest na tyle wartościowa, że byłoby naprawdę świetnie, gdyby każdy mógł ją przeczytać i odpowiedzieć sobie na to pytanie na własną rękę.



Główną bohaterką bestselleru jest młoda i zwariowana dziewczyna Louisa Clark. Jest to osoba, która z pozoru wiedzie dość spokojne życie. Na co dzień pracuje w kawiarni i bardzo lubi swoją pracę. Pewnego dnia nad jej posadą pojawiają się czarne chmury - Lou traci pracę i grunt pod nogami. Dziewczyna nie wywodziła się ze zbyt zamożnej rodziny, więc kiedy miała pracę, mogła również wspierać finansowo swoich rodziców. W chwili kiedy ją straciła, straciła również grunt pod nogami. Jak wielu młodych ludzi musiała zmierzyć się z bezrobociem jakie ją dopadło. Los chciał, że na horyzoncie pojawiła się szansa na pracę i choć z początku Clark nie była do niej przekonana - musiała spróbować. Miała opiekować się niepełnosprawnym mężczyzną, Willem Traynorem. Nie jest to "łatwy" podopieczny - przede wszystkim jest to rozgoryczony człowiek, który w jednej sekundzie stracił wszystko. Wcześniej prowadził hulaszcze życie, uprawiał sporty wyczynowe - brał z życia garściami, ale kiedy feralnego dnia doszło do wypadku z udziałem motocyklu wszystko się zmieniło. Ze szczęśliwego i energicznego mężczyzny, stał się cieniem człowieka, człowiekiem niemalże całkowicie sparaliżowanym. Spotkanie tych dwojga ludzi, choć z pozoru wcale się na to nie zapowiada, staje się przełomowym momentem zarówno dla Lou jak i Willa.


To, co w głównej mierze można powiedzieć o tej książce, to to, że z pewnością nie przedstawia ona zwyczajnej historii. Do zwyczajności naprawdę jej daleko. Z pełnym przekonaniem śmiem twierdzić, że jest to książka, która potrafi zaskoczyć i to już od samego początku. Na próżno szukać w niej lukru, bo go tam nie znajdziecie. Jest za to dużo prawdy i autentyczności, którą potwierdzają chociażby osoby, które ze środowiskiem osób sparaliżowanych mają wiele do czynienia. Po przeczytaniu książki czy obejrzeniu filmu, zatrzymałam się na chwilę. Niewątpliwie skłania ona do myślenia, do analizowania, do zadawania sobie samemu pytań typu "Jak ja zachowałabym się w takiej sytuacji?". Historia Louisy i Willa wywołała we mnie bardzo wiele różnych emocji - były momenty zabawne, ale i takie, w których łzy cisnęły mi się do oczu. Z pewnością większość osób sięgając po tę książkę nie takiego zakończenia się spodziewa. 


Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą by wręcz rozczarowani, ale niestety życie nie zawsze usłane jest różami oraz nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli i zakończenie tej książki jest tego idealnym przykładem. Do dzisiejszego dnia nie pogodziłam się z tym, jednak po przeanalizowaniu wszystkich "za" i "przeciw" jest to jednak zakończenie logiczne. Czytelnicy z pewnością podzielili się na dwa obozy - na tych, którzy z zakończeniem się pogodzili i sami wybraliby takie rozwiązanie oraz na tych, którzy zachowaliby się wręcz przeciwnie. By opowiedzieć się za jednym z tych obozów, musicie przeczytać książkę, bądź obejrzeć film. Jeżeli już to zrobiliście, bardzo chętnie pozna m Wasze zdanie na temat zakończenia. Starałam się opisać to wszystko w taki sposób, by nie zrobić z tego wpisu spoilera i nie zdradzić najważniejszych wątków. Mam nadzieję, że mimo to udało mi się wzbudzić w Was ciekawość i jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście, to prędzej czy później sięgniecie po tę książkę. Jak widzicie na pierwszym zdjęciu, w kolejce czeka już druga część - mam nadzieję, że będzie równie ciekawa. Wiele fajnych książek można kupić na stronie internetowego antykwariatu http://tezeusz.pl/. W głównej mierze są to książki, które mają naprawdę korzystne ceny, więc warto się tam rozejrzeć, bo asortyment jest naprawdę bogaty.

Znacie tę historię miłosną? Oglądaliście film czy czytaliście książkę? A może jedno i drugie?
Czytaj dalej

piątek, 6 października 2017

Co będzie modne tej jesieni? 4 modowe trendy na jesień 2017

Każda pora roku poza oczywistymi zmianami, jakimi są zmiany pogodowe, niesie za sobą również zmiany w naszych garderobach. Jesienią porzucamy krótkie szorty, t-shirty i sandały na poczet długich spodni, ciepłych swetrów i botków czy kozaków. Niestety taka jest kolej rzeczy i nie pozostaje nic innego, jak tylko się z tym pogodzić. Każda pora roku niesie ze sobą również modowe trendy. Dziś chciałabym pokazać Wam kilka z nich, które będą przodować tej jesieni. Niezwykle pomocna okazała się przy tym, jak zwykle strona Pinterest!


JESIEŃ W STYLU OVERSIZE

Swetry oversize, to żadna modowa nowość, jeżeli chodzi o jesienne trendy, jednak w tym roku jest to moda znacznie bardziej nasilona. Swetry te będą noszone na okrągło i do wszystkiego. Magą one zastąpić nawet sukienki czy płaszcze (w cieplejsze dni). Swetry to nasi najlepsi przyjaciele w chłodne i nierzadko już mroźne poranki. Miło jest po prostu je nosić, bo jest nam ciepło, a do tego wyglądamy ładnie, bo dobrze zatuszują one pewne niedoskonałości sylwetki. Swetry oversize mogą również wyglądać bardzo seksi. Wystarczy pokazać jedno z ramion opuszczając sweter.

Źródło: rosegal.com, outfitshunter.com, howtolookstylish.com
KOŻUCHY WRACAJĄ DO ŁASK

Obawiałam się, że ten trend kiedyś do nas powróci. Moda uwielbia zataczać koło i tak jest również w tym przypadku. W tym sezonie jego długość nie gra roli. Może być to kożuch krótki, ale też i długi do kostek. Najlepiej prezentuje się w odcieniach brązu i beżu. Jedno jest pewne, tej jesieni moda na kożuchy wyprze oversize'owe bombery czy trencze. Mimo to moda na bycie eko nadal nie przeminęła, więc kożuchy muszą być sztuczne.

Źródło: fashionmenow, inunomini, Haper's Bazaar
MODA NIE Z TEJ ZIEMII

Nie dość, że na dworze coraz ciemnej i gwieździste niebo możemy podziwiać znacznie szybciej niż latem, to motyw ten przemycony został również w modzie. To wcale nie żart, choć może to tak początkowo wyglądać. Projektanci na swoich pokazach lansowali ubrania, które były pokryte grafiką astronautów, planet, gwiazd, księżyców czy całych galaktyk. My niebawem takich motywów będziemy mogli poszukać w sklepach.

Źródło: Valentino, thedaymarecollection.tumblr.com, zsazsabellagio.com
WRACAMY DO KORZENI - FOLK

Folk również wraca do łask zarówno w wystrojach wnętrz, jak i modzie. Ten trend, podobnie, jak moda na kożuchy nawiązuje do dawnych strojów ludowych. Najlepszym przykładem na to są folkowe hafty. Z haftami nie rozstajemy się już od dawna i zyskują one coraz to większą rzeszę fanek, co widać chociażby w blogowych stylizacjach blogerek modowych. Modne są również koronki, ponieważ stawiany na rękodzieło.

Źródło: roolle, amzn.to, shopstyle.it
Jest jeszcze wiele innych trendów jesiennych, które będą królowały tej jesieni. Jeżeli chodzi o deseń będzie to niewątpliwie kratka - najlepiej drobna w odcieniach szarości. Z kolei modnym kolorem będzie granat. Cieszy mnie to, ponieważ jest uniwersalny i elegancki. Projektanci mody zestawiali go najczęściej z drugim ciemnym kolorem - czarnym. Nie wspomniałam o butach, więc warto w tym miejscu to nadrobić. Modne tej jesieni będą czółenka z zapięciem, sznurowane, w kolorach czarnym, czerwonym czy srebrnym-połyskującym. Z wszystkich tych trendów najbardziej do gustu przypadł mi ten na swetry oversize. Lubię takie ubrania, w nich czuję się dobrze, więc fajnie, że ta moda od tylu sezonów jest niezmienna.

A Wam podoba się któryś z tych trendów?
Czytaj dalej

czwartek, 5 października 2017

Katharina Bodenstein - kosmetyki naturalne w moim ogrodzie

Mieszkanie na wsi, to nie tylko prowadzenie nudnego, odartego z rozrywek życia, jak niektórzy to postrzegają. To w pierwszej kolejności możliwość obcowania z przyrodą, co dla mnie jest wartością bezcenną. Żyjąc na wsi, a tym bardziej na Mazurach z przyrodą i jej walorami jestem za pan brat. Gdzie nie sięgnę wzrokiem otaczają mnie piękne drzewa, pola i jeziora. Poza oczywistym atutem wizualnym, to także bogactwo różnego rodzaju roślin, ziół, które można wykorzystać w kosmetyce. Bycie eko staje się coraz bardziej popularne i ta moda zdecydowanie mi się podoba. Kobiety są coraz bardziej świadome produktów, których używają, analizują składy, a co niektóre przygotowują kosmetyki na własną rękę.


Jeżeli o mnie chodzi, do przygotowywania kosmetyków DIY jeszcze mi daleko, choć decydując się na książkę Kosmetyki naturalne w moim ogrodzie Kathariny Bodenstein zdecydowanie do tego kroku się przybliżam. Książka, choć niewielka i niezbyt opasła, bo liczy jedynie 120 stron (łącznie ze spisami treści i innymi tego typu informacjami) zawiera masę przydatnych informacji, które każdy zwolennik naturalnej pielęgnacji powinien poznać. Książka zawiera przepisy na skuteczne  kosmetyki oparte o niedrogie, a często darmowe i łatwo dostępne składniki, wypróbowane zasady pielęgnacji dopasowane do rodzaju cery i pory roku oraz porady, jak zbierać, ścinać, suszyć i przechowywać zioła. Sami przyznajcie, że jest to spora dawka teoretycznej i praktycznej wiedzy.


Spis treści tej książki jest bardzo prosty i przejrzysty, a to, co podoba mi się w nim najbardziej, to to, że informacje na temat roślin, ich przygotowywania czy przechowywania podzielone jest na pory roku. Dla przykładu, mamy teraz jesień, więc przeglądając książkę od 77 strony mamy wiele informacji na temat roślinności, która aktualnie jest w zasięgu naszej ręki. To bardzo fajne ułatwienie, więc brawo za ten pomysł! Po co tracić czas na rośliny, których już dawno nie możemy zerwać, gdy możemy zająć się tymi, które obecnie są w pełnej krasie?


Nie chcę zdradzać Wam całej zawartości książki, więc zrobiłam przykładowe zdjęcie wnętrza. Jak widzicie, każda wzmianka o danej roślinie opatrzona jest ładnymi fotografiami. W tekście wyszczególnione są tytuły przepisów. W tym przypadku mamy do czynienia z olejkiem do ciała z mięty pieprzowej czy przepis na miętową kąpiel orzeźwiającą. W całej książce, na tę porę roku znajdziemy przepisy na kosmetyki z 13 surowców, takich jak marchew, jabłko, ziemniak, por, rokitnik, orzechy czy pigwa.


Bardzo cieszę się, że jestem w posiadaniu tej książki. Dzięki niej, poza przepisami,  mogę dowiedzieć się więcej na temat samych składników. Książka ta zmotywowała mnie również do tego żeby udać się na spacer po swojej okolicy wiosną i latem w poszukiwaniu różnego rodzaju roślin, jak babka lancetowata czy mniszek pospolity i przyrządzenia z nich czegoś całkiem dla mojej skóry nowego. Teraz z kolei mogę skupić się na warzywach w moim ogródku. Mając w zanadrzu tak ciekawą i przydatną wiedzę mam nadzieję, że uda mi się z nich coś fajnego i kosmetycznego przyrządzić. Jeżeli tak będzie, na pewno się o tym dowiecie! Jeśli przygotowywanie kosmetyków naturalnych wejdzie mi w nawyk, może nawet pojawi się seria takich wpisów z moimi poczynaniami. Książka została wydana przez Wydawnictwo WAM i to właśnie na jej stronie można dokonać zakupu tej pozycji, jeżeli tematyka choć trochę Was zaciekawiła.

Przygotowujecie kosmetyki naturalne na własną rękę?
Czytaj dalej

środa, 4 października 2017

Skin in the City - miejska pielęgnacja skóry twarzy

Do sieci drogerii Hebe weszła kolejna nowość. Tym razem jest to linia kosmetyków Skin in the city skierowana do kobiet aktywnych, które prowadzą miejski i przede wszystkim szybki tryb życia. Szybkie tempo życia w mieście może wpłynąć negatywnie na stan naszej skóry, która narażona jest na zanieczyszczenia, stres czy zmęczenie. Skin in the city ma na to jednak sposób, ponieważ nowoczesna formuła chroni skórę przed działaniami czynników zewnętrznych. W skład całej serii kosmetyków wchodzą zarówno produkty do pielęgnacji i oczyszczania twarzy całego ciała. Dziś natomiast chciałabym opisać Wam kilka z nich, mianowicie balsam do ciała, żel micelarny do mycia twarzy, krem nawilżający do rąk i paznokci, krem-żel matujący do twarzy oraz maskę serum wielozadaniową.



Na uwagę w pierwszej kolejności zasługują rewelacyjne opakowania. Są skromne, proste, w pastelowych kolorach i z grafikami-kształtami imitującymi miasto. Niby nic wielkiego, ale wygląda to bardzo schludnie i przede wszystkim ładnie. Kosmetyki są w różowym, niebieskich i zielonych odcieniach pasteli. W sprzedaży jeszcze kolor brzoskwiniowy i fioletowy. Nie wiem, jak Was, ale mnie te produkty kupiły w całości. Każdy z tych produktów, poza maseczką wielozadaniową mieści się w opakowaniu-plastikowej tubie. Wykonana jest ona z miękkiego plastiku, przez co bardzo łatwo wyciska się kosmetyk ze środka. Myślę, że nie będzie również problemu z wydobyciem ich do samego końca. Zamknięcia na "klik", co lubię zdecydowanie bardziej, niż zakrętki.


SKIN IN THE CITY - KREM NAWILŻAJĄCY DO RĄK I PAZNOKCI

Krem ma białą, dość gęstą i według mnie treściwą konsystencję. Bardzo szybko i sprawnie idzie mi rozsmarowanie go. Nie bieli rąk. Wchłania się dość szybko. Zostawia na rękach cienką warstewkę, która nie jest tłusta czy lepka, a tworzy pewnego rodzaju firm, który zabezpiecza naszą skórę dłoni. Zapach jakby nieco kwiatowy, przede wszystkim świeży - bardzo mi się podoba. Nie przepadam za kremowaniem dłoni. Moje nie są zbyt wymagające, toteż nie muszę codziennie ich smarować. Zapach tego produktu spodobał mi się na tyle, że sięgałam po niego znacznie częściej niż zwykle. Kremik jest mały, ma 75 ml i idealnie sprawdzi się noszony w torebce. W składzie na drugim miejscu gliceryna. Wzbogacony jest także alantoiną i wyciągiem z bawełny. Ręce dzięki niemu są nawilżone i gładkie. Przekłada się to również na stan skórek, które już nie są tak suche, jak wcześniej, co wizualnie prezentuje się po prostu lepiej. Kremik kosztuje niecałe 5 zł, więc warto go wypróbować chociażby dla sprawdzenia.


SKIN IN THE CITY - KREM-ŻEL MATUJĄCY DO TWARZY

Kolejnym produktem, który już od jakiegoś czasu mam w użyciu jest krem-żel matujący do twarzy. Ma delikatnie niebieską konsystencję, która w użyciu staje się nieco wodnista. Jest lekka, szybko się rozsmarowuje i błyskawicznie wchłania. Nie zdążyłam dobrze rozmasować jej po jeden stronie twarzy, a po drugiej już skóra ją wchłonęła. Składnikami aktywnymi są tu Celloxyl, a także wyciąg z cynamonowca. Jestem posiadaczką cery mieszanej. Na mojej twarzy pojawiają się pewne miejsca, które się świecą, chociaż nie były to duże i mocno tłuste obszary. Podczas używania kremu zauważyłam, że zazwyczaj świecąca się na czole i brodzie skóra już się nie błyszczy, zatem matujące właściwości, jak najbardziej się tu ujawniły. Nie wiem, czy krem poradzi sobie z całkowicie tłustą skórą, bo takiej nie mam, ale jeżeli ktoś wie z autopsji, to chętnie się dowiem. Żel ma również właściwości nawilżające, co sobie chwalę. Maska jest w pojemności 50 ml i kosztuje ok. 15 zł. Do stosowania rano i wieczorem.



SKIN IN THE CITY - MASKA-SERUM WIELOZADANIOWA 7W1

Maseczka mieści się w pięknym różowym opakowaniu. Jest jednorazowa. Mieści w sobie 8 ml produktu i jest to wystarczająca pojemność, by pokryć całą twarz, szyję i dekolt. Powiedziałabym nawet, że jest jej troszkę za dużo, ale to dobrze. Lepiej, jak jest więcej, niż miałoby jej zabraknąć. Konsystencja jest nieco brzoskwiniowa, lekka, szybko się rozsmarowuje. Pachnie ładnie, trochę słodko, bardziej owocowo. Składniki aktywne, jakie się w niej znajdują, to Celloxyl, roślinna alternatyka kwasu hialluronowego, masło shea i kaolin. Jak już napisałam wyżej, maseczka, to maska 7w1. Co zatem powinna nam zagwarantować? Producent uznaje, że głęboko nawilża, liftinguje, niweluje oznaki zmęczenia, ekspresowo rozświetla, wygładza, oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i sebum, a także odświeża. Jak widzicie, do zrobienia ma naprawdę wiele i czy wywiązuje się z tych obietnic? Maseczkę nałożyłam na wspomniane wcześniej partie ciała i pozostawiłam na nich około 15-20 minut, więc dłużej, niż zaleca producent. Po jakimś czasie poczułam bardzo delikatne ściągnięcie skóry twarzy, więc myślę, że tu miałam do czynienia z wspomnianym liftingiem. Zmyłam resztki letnią wodą. To co poczułam po wytarciu twarzy, to zdecydowanie przyjemna miękkość i dobre nawilżenie, co w konsekwencji przekłada się na niwelowanie oznak zmęczenia, ponieważ dobrze nawilżona skóra po prostu wygląda na zdrowszą i bardziej promienną. Nie oczekiwałam po tej maseczce oczyszczenia, ponieważ zanim zaaplikowałam ją na twarz odpowiednio przygotowałam swoją skórę i myślę, że oczyściłam ją dostatecznie dobrze. Ogólnie jestem zadowolona z efektów, bo jak za cenę 4 zł za saszetkę, dobre nawilżenie, piękny relaksujący zapach, delikatny lifting, wygładzenie i niwelowanie oznak zmęczenia, to bardzo dużo! Chętnie skuszę się na jeszcze jedną saszetkę podczas wizyty w olsztyńskim Hebe.


SKIN IN THE CITY - ŻEL MICELARNY DO MYCIA TWARZY 2W1

Ten produkt testowałam, jako pierwszy. Praktycznie każdego dnia mam na twarzy makijaż. Jednego dnia mocniejszy, innego neutralny ograniczający się tylko do tuszu i kremu BB. Nie zmienia to jednak faktu, że każdego dnia trzeba ten makijaż z twarzy usunąć i właśnie w tym celu głównie używałam tego produktu. Ma on przezroczystą, żelową i dość gęstą konsystencję. Nie pieni się zbyt dobrze, jednak radzi sobie z usunięciem zarówno tego delikatnego, jak i mocnego makijażu. Aby produkt nie dostał się do oczu, staram się jak najszczelniej je zamknąć, co skutkuje pozostawaniem resztek makijażu na dolnej powiece. Tę resztkę usuwam płynem micelarnym. Wydaje mi się, że produkt jest bezwonny, ponieważ nie czuję praktycznie niczego podczas jego używania. Jego pojemność, to 150 ml, a cena zaledwie 9,90 zł.  Składniki aktywne w tym żelu, to Celloxyl oraz panthenol.


SKIN IN THE CITY -  NAWILŻAJĄCY BALSAM DO CIAŁA

Balsam jest największym produktem z całej piątki, ponieważ ma, aż 200 ml. Tuba jest poręczna i wygodna w użyciu. Konsystencja jest biała, lekka, świetnie się rozsmarowuje i błyskawicznie wchłania. Nie pozostawia żadnej tłustej warstewki. Zapach jest świeży, jakby kwiatowy z delikatną, słodką nutą - jest bardzo przyjemny i podoba mi się najbardziej z całego zestawu. Utrzymuje się na skórze zaskakująco długo, nawet do kilku godzin i zdecydowanie mnie to cieszy. Składniki aktywne w tym produkcie, to Celloxyl, pochodna mocznika, masło shea i gliceryna. Po stosowaniu balsamu, skóra jest nawilżona, a co za tym idzie, wizualnie prezentuje się znacznie lepiej. Jest dodatkowo gładka i przyjemna w dotyku, więc czego chcieć więcej? Może jeszcze niskiej ceny i... W tym wypadku również tak jest. Balsam kosztuje bowiem niecałe 10 zł.


Jestem bardzo zadowolona, że mogłam przetestować te nowości. Marka Skin in the City do kupienia jest jedynie w drogeriach Hebe, więc jeżeli i Wy czujecie się zachęceni do zakupu, to polecam tam zajrzeć. Warto podkreślić, że każdy z tych kosmetyków przeznaczony jest dla wszystkich typów skóry, nawet dla tych wrażliwych, ponieważ są hipoalergiczne, co z punktu widzenia alergików bardzo się ceni. Na pochwałę zasługuje również ładna szata graficzna, o której rozpisywałam się na początku posta, a także piękne zapachy i bardzo niska cena.

Znacie kosmetyki Skin in the city?
Czytaj dalej

wtorek, 3 października 2017

Liferia - Jesienna aura - wrzesień 2017

Mamy już październik, więc pora na openbox wrześniowego pudełka Liferia Jesienna Aura. Zauważyłam, że im bardziej reklamowane jest jakieś pudełko, tym jego zawartość daleka jest od zadowalającej. W przypadku Liferii nie mamy do czynienia z natrętną reklamą, a pudełko zawsze trzyma poziom. Nie znajdziemy w nim kosmetyków dostępnym w każdej drogerii, a więc wymóg poznawania nowości jest tu spełniony w 100%.




OOH! - OILS OF HEAVEN MORNING FACE OIL - ANGLIA - TRAVEL SIZE 49 ZŁ / 15 ML

Olejek Moringa może być stosowany zamiast kremu do twarzy i świetnie się spisze nawet pod makijaż. Dzięki kwasowi oleinowemu, witaminie A i C chroni przed wolnymi rodnikami i nawilża skórę. Dodaj kroplę do ulubionego kremu lub stosuj solo.


GREENFROG BOTANIC - ŻEL DO MYCIA CIAŁA - ANGLIA - TRAVEL SIZE - 19 ZŁ / 100 ML.

Organiczny żel delikatnie oczyszcza, ale nawilża skórę dzięki aloesowi. Nie zawiera SLS-ów ani parabenów, jest odpowiedni dla wegan i cruelty free!


POSTQUAM - KONTURÓWKA DO UST  CARMEL - HISZPANIA - PRODUKT PEŁNOWYMIAROWY - 30 ZŁ

Konturówka w neutralnym kolorze idealnie podkreśli kontur Twoich ust. Możesz obrysować nią wargi i użyć ulubionej szminki lub pomalować nią całe usta, aby cieszyć się trwałym makijażem ust w kolorze nude. 


NABLA - CIEŃ W KREMIE W ODCIENIU CHRISTINE - WŁOCHY - PRODUKT PEŁNOWYMIAROWY - 50 ZŁ

Kremowy cień do powiek o szampańskim kolorze rozświetli każde spojrzenie. Wodoodporny cień w kremie gwarantuje nieskazitelny i nasycony makijaż oka, a w dodatku jest odpowiedni dla wegan. Może być nakładany na powiekę solo, albo jako poza pod inne cienie.


BEE GOOD - HONEY & PROPOIS 2W1 CREAM CLEANSER - ANGLIA - TRAVEL SIZE - 24 ZŁ / 30 ML.

Niezwykle kremowy żel do oczyszczania skóry twarzy wraz z muślinową ściereczką do kompletu zapewni idealny demakijaż i oczyszczenie skóry Zawiera m.in. miód wielokwiatowy, propolis i olej abisyński. Dzięki naturalnym składnikom odpowiedni do wszystkich typów cery. Może być stosowany rano i wieczorem.


Jak widzicie, aż 3 na 5 produktów jest w rozmiarze travel size, ale... Jakoś w ogóle mi to nie przeszkadza. Każda z tych propozycji jest dla mnie całkowitą nowością, w dodatku zagraniczną. W tym pudełku, jak nigdy, nie ma żadnego produktu pochodzenia polskiego. Żel Greenfrog, mimo, ze to wersja travel size, ma aż 100 ml, więc w zasadzie w pudełku wygląda na spory. Olejek OHH! ma zaledwie 15 ml, ale jeżeli będę dodawała go do kremów, to również starczy mi na bardzo długi czas. Niezmiernie cieszę się z obecności kolejnego produktu Nabla. Jestem zakochana w tej pomadce, a znalazłam ją również kiedyś w Liferii. Mam nadzieję, że w przypadku tego cienia, również będzie miłość. 

A Wam jak podoba się zawartość wrześniowego pudełka? Znacie te marki?
Czytaj dalej