poniedziałek, 20 listopada 2017

PUDEŁKO PEŁNE NIESPODZIANEK - EDYCJA II - DOZ.PL

Przed chwilą padał u mnie mega wielki i gruby śnieg. Niestety tak szybko, jak spadł, tak równie szybko się roztopił. Szkoda, bo w tym roku, jak nigdy, stęskniłam się za nim. Zdecydowanie bardziej wolę śnieg, niż deszcz. Na pocieszenie przybywam do Was z II edycją Pudełka pełnego Niespodzianek z DOZ.pl. Tym razem jest to edycja świąteczna, którą może otrzymać każdy, kto zrobi zakupy za minimum 250 zł. Z oferty wyłączone są produkty lecznicze. Jeżeli planujecie większe zakupy, myślę, że warto zrobić je na DOZ.pl i sprawić tym sobie dodatkową, jakże miłą niespodziankę. By nie kupować kota w worku, dziś pokazuję co kryje się pod wieczkiem.


Zawartość tego pudełka jest nieco skromniejsza, jeżeli chodzi o ilość, ale zdecydowanie lepsza, jeśli chodzi o jakość. Znalazły się tu m.on. 2 produkty pełnowymiarowe, a to bardzo fajna wiadomość. Kilka produktów się powtórzyło, ale jest też dużo nowości.


Tym razem poza kosmetycznymi niespodziankami, jest też coś spożywczego, są to zioła, a ściślej ujmując skrzyp polny, który jak wiadomo, jest dobry na włosy.


Drugi produkt pełnowymiarowy, to pianka do mycia twarzy z Tołpy. Kosmetyki tej marki są u mnie bardzo mile widziane. Lubię je, świetnie się u mnie sprawdzają, a dawno ich nie miałam, więc cieszy mnie fakt, że trafiłam akurat na taką niespodziankę.


Dodatkowo 3 szampony do włosów w wersji travel size. Idealne w podróże dwu czy trzydniowe.  Cieszy mnie fakt, że w tej trójce znalazł się szampon do włosów i skóry głowy z łupieżem. U mnie ostatnio ten problem powrócił, testowałam wiele szamponów i odbiło się to na mnie niezbyt korzystnie, więc wypróbuję coś nowego.


Kolejna trójka, to misz masz. Mamy specjalny krem natłuszczający, mini kremik w szklanym słoiczku Vichy oraz krem pielęgnacyjny do twarzy i ciała od pierwszych dni życia.


W pudełku znalazła się również ziołowa płukanka do ust. Tego typu produkty są ważne gdy dbamy o higienę jamy ustnej. Kolejny produkt travel size, który chętnie zabiorę ze sobą na jakiś wyjazd.


Na końcu różnego rodzaju próbki. Mamy tu 3 próbki Herla oraz dwie z Pilomax.


W ostatecznym rozrachunku pudełko wypada w moich oczach bardzo dobrze. Biorąc pod uwagę, że i tak miałabym robić jakieś większe zakupy, to lepiej zrobić je w jednym miejscu i na tym zyskać, niż rozdrabniać i się i kupować na raty, bo jak widać, może poznać dzięki temu fajne produkty. To się po prostu opłaca. Wiem, że gdy pokazywałam Wam pierwszą zawartość pudełka, kilka osób skusiło się na zakupy i z tego co wiem, nie żałują. Poza pudełkiem dostajecie również darmową dostawę kurierem.

Robicie zakupy w DOZ? Co sądzicie o takich dodatkach do zakupów?
Czytaj dalej

piątek, 17 listopada 2017

Manicure hybrydowy - Dolce Vita Nails - ombre

Ostatnio rzadko pokazuję Wam swoje paznokcie, bo jakoś nie było się czym chwalić. Idąc na wesele 21 października powtórzyłam manicure, który już Wam tu pokazywałam, więc uznałam, że nie będę Wam go tu pokazywała po raz drugi. Ostatnio miałam też mały wypadek. Rozcięłam sobie z boku opuszek palca, aż do samego paznokcia, więc ściąganie starego manicure też nie wchodziło w grę. Teraz mój palec się zagoił, a ja wybywam na weekend do Olsztyna, więc jest to czas najwyższy, by odświeżyć manicure.

 

Pierwszy raz pokusiłam się na wykonanie tego typu ombre. Nie łączyłam ze sobą dwóch kolorów na jednej płytce, jak to często mi się zdarzało, a pomalowałam każdy paznokieć na inny kolor i tym samym wyszło fajne przejście od delikatnego różu, po ciemny granat z domieszką fioletu. Zawsze mi się to podobało i miałam pomalować tak paznokcie już wiele razy, ale nie miałam odpowiednich kolorów.  Od jakiegoś czasu je mam, a ich swatche mogliście zobaczyć pod koniec października.


Do powyższej stylizacji użyłam hybryd o numerach: 050, 144, 315, 080 i 152. Robiąc zdjęcie nie pomyślałam, by ułożyć je w takiej kolejności, w jakiej zastosowałam je na paznokciach, ale zaraz postaram się to naprawić i przypisać poszczególne numery lakierów do paznokci. Na kciuk nałożyłam kolor 144, na palec wskazujący kolor 080, na palcu środkowym nałożyłam odcień 315. Na palcu serdecznym widnieje kolor 152, z kolei na najmniejszym  palcu 050. Kiedy tylko naniosłam wszystkie kolory nowości hybrydowych od razu wiedziałam, że te 5 odcieni połączę ze sobą i tak zrobiłam. Czasem mam tak, że zaplanuję sobie jakiś manicure, a podczas malowania wszystko mi się odmienia. Tym razem od początku do końca wiedziałam co robię. Nie namalowałam żadnego zdobienia, ale uważam, że efekt broni się sam. 5 kolorów w jednym manicure, to i tak dużo, bez żadnych dodatków.

Podoba Wam się powyższy manicure? A Wy jakie kolory macie teraz na pazurkach?
Czytaj dalej

Przygotowania do Świąt z Rosegal - moje zakupy

Ostatnio rozszalałam się z zamówieniami z Chin - 11.11. też były promocje, więc wydałam ostatnie grosze na zegarki i inne dodatki. Dziś natomiast chciałam pokazać Wam moje zamówienie z Rosegal. Powoli przygotowuję się do zbliżających się małymi krokami Świat, więc kupiłam już lampki, którymi będę dekorowała dom - uwielbiam to! Skusiłam się też na kilka dodatków i drobiazgów. Zapraszam do oglądania.



TERMOMETR DO MIERZENIA TEMPERATURY CIAŁA, JEDZENIA I W POMIESZCZENIU - KLIK

Nigdy nie miałam elektrycznego termometru. U mnie najpopularniejsze zawsze były termometry rtęciowe, ponieważ wydaje mi się, że są dużo bardziej precyzyjne, niż te elektroniczne. Powyższy termometr jest dość sporych rozmiarów. Działa na baterie (małe paluszki, 2 sztuki). Ma ekran, który podświetla się na różne kolory w zależności od wysokości gorączki. Jej brak - ekran jest zielony, niska gorączka - ekran robi się żółty, a przy wysokiej gorączce - czerwony. Póki co nie mogłam tego jeszcze sprawdzić, bo na szczęście wszyscy są zdrowi. Ogólnie jestem zadowolona z tego zakupu, choć nie jest to w 100% precyzyjny produkt, ponieważ temperatura mierzona kilka razy pod rząd zawsze jest inna, ale różnice się niewielkie. Najczęściej termometr pokazywał 36.3, 36.5, 36,6.



ELEGANCKIE KOLCZYKI WYSADZANE KRYSZTAŁKAMI - KLIK

Mam już jedne takie kolczyki, tylko, że w jaśniejszym kolorze i jestem z nich bardzo zadowolona. Świetnie się noszą, uszy od nich nie czarnieją. Wyglądają na ciężkie, choć w rzeczywistości takie nie są. Po sztucznych kolczykach często bolą mnie uszy - w tych siostrzanych przetańczyłam całą noc, a moje uszy miały się dobrze. Ogólnie są to kolczyki bardzo efektowne, które przykuwają uwagę. Bardzo mi się podobają.


KOŃCÓWKI DO DEKORACJI CIAST CZY BABECZEK - KLIK

Miałam w domu już takie końcówki, ale te zdecydowanie przebijają je swoimi rozmiarami, dlatego świetnie sprawdzą się do dekoracji, np. dużych tortów. Wzory są ładne i już niebawem je wypróbuję, gdy będę dekorowała ciasta świąteczne. Żałuję, że w zestawie nie ma rękawa.


PĘDZLE MARMUROWE DO MAKIJAŻU - KLIK

Nie zamówiłam tych pędzli do malowania, wbrew pozorom. Zamówiłam je jako dodatki do zdjęć. Mam obecnie masę pędzli, którymi się maluję, więc kolejne są zbędne. Poza tym, nie wydają mi się one zbyt wygodne do malowania, ponieważ są dość małe. Podkradłam jedynie pędzelek do brwi, który fajnie się spisuje.  W skład zestawu wchodzi 10 pędzli - 5 do makijażu twarzy oraz 5 do makijażu oczu.


ŚWIATEŁKA ŚWIĄTECZNE - SZNUR GWIAZDEK - KLIK

Te światełka są po prosu przepiękne. Żałuję, że nie są przeznaczone na dwór, a tylko do użytku w domu, bo już widziałabym je na mojej wielkiej choince na podwórku.  Lampki są w białym-ciepłym kolorze. Jest ich 100 sztuk i mają 10 m. długości oraz 8 trybów świecenia.. Ja najbardziej lubię tryb jednostajny. Małe gwiazdki są tak urocze, że w zasadzie gdziekolwiek je powieszę na pewno będą prezentowały się pięknie.




LAMPKI ŚWIĄTECZNE - KURTYNA PŁATKÓW ŚNIEGU - KLIK

Te lampki dotarły do mnie w kiepskim stanie. Śnieżynek w zasadzie nie jest dużo, bo tylko po jednej na każdy jeden "zwis" kurtyny, a 3-4 przyszły ułamane. Do tego całość przyszła tak poplątana, że trochę zajmie mi uporządkowanie tych światełek. Teraz jednak chyba nie mam do tego głowy. Podobnie, jak poprzednie światełka, te są tylko do wieszania w domu, ponieważ nie jest wodoodporny. Ma 3,5 metra długości.



Tak przedstawia się moje zamówienie z Rosegal. Ogólnie jestem zadowolona. Żałuję tylko tych lampek śnieżynek, ale postaram się przykleić ułamane elementy i nie powinno być tego widać. Światełka działają na wtyczkach europejskich, więc nie musicie się martwić o żadne przejściówki, czy coś. W zestawie dołączone są również adapterowe wtyczki US. Niebawem pokażę Wam kolejne zamówienie, tam również będzie trochę światełek i lampionów. Czekam tylko, aż dotrze do mnie w całości.

A Wy co ostatnio zamawiałyście z chińskich stron? A może stronicie od zakupów tam?
Czytaj dalej

środa, 15 listopada 2017

BUNA - KOSMETYKI NATURALNE Z ALOESEM

Kosmetyki naturalne stają się coraz bardziej pożądanymi przez konsumentki produktami. Nie ma się czemu dziwić. Kobiety są coraz bardziej świadome, jak wiele dobrego niesie ze sobą naturalna pielęgnacja. Będąc w drogeriach widzę, jak wiele kobiet analizuje składy kosmetyków widniejących na półkach - ja również zaczęłam zwracać na to uwagę. Nie powiem, że używam wyłącznie kosmetyków naturalnych, bo to nie prawda, jednak prawdą jest to, że w mojej pielęgnacji z każdym miesiącem jest ich coraz więcej. Dziś chciałabym przedstawić Wam fajne trio marki Buna - z zielnika babuni. 


BUNA - KREM DO SKÓRY SUCHEJ I WRAŻLIWEJ NA DZIEŃ I NA NOC - ALOES 

W pierwszej kolejności chciałabym zacząć od kremu do skóry suchej i wrażliwej. Uprzednio zapakowany jest w kartonowe pudełeczko, na którym widnieje wiele cennych informacji, jak np. kilka słów o marce, aloesie, sposób użycia, rezultaty czy rada, która brzmi "Pij dużo wody dla zdrowia i urody". Krem mieści się w ciemnozielonym, plastikowym opakowaniu na zakrętkę.Wizualnie prezentuje się ładnie. Do tego na opakowaniu widnieje grafika aloesu, co od razu zdradza nam, co jest głównym składnikiem tych produktów. Do opisu zastosowano ciekawą czcionkę. W środku znajdziemy zabezpieczenie w postaci sreberka - u mnie jest ono zawsze mile widziane. Konsystencja kremu jest w sam raz - ani rzadka, ani gęsta. Dobrze się rozsmarowuje, szybko wchłania (ja nanosiłam dość cienką warstwę) i nie pozostawia żadnego lepkiego, czy tłustego filmu. Niewątpliwym walorem tego produktu jest jego piękny, słodki i zarazem orzeźwiający aloesowy zapach z jakimś dodatkiem - ciężko rozgryźć mi co to mogłoby być, jednak wiem jedno, że razem tworzy piękną całość. Kremuję się zazwyczaj na noc, rano często nie mam na to czasu. Przy systematycznym stosowaniu moja skóra jest nawilżona, pozbawiona suchych skórek i gładka w dotyku. Jako osoba posiadająca skórę wrażliwą nie doznałam żadnego dyskomfortu związanego z używaniem produktu. Krem ten kupimy za ok. 12 zł / 50 ml, więc biorąc pod uwagę dość dobrą wydajność i fajny skład wydaje mi się, że nie jest to wygórowana cena, a wręcz przeciwnie.



BUNA - PŁYN MICELARNY DO SKÓRY SUCHEJ I WRAŻLIWEJ - ALOES 

Ostatnio mam to szczęście, że ciągle trafiam na fajne płyny micelarne. Kiedyś było tak, że mało który nie wywoływał u mnie pieczenia czy zaczerwienienia. Teraz takie sytuacje są u mnie sprawami jednostkowymi i sporadycznymi, dlatego z miłą chęcią przedstawiam Wam płyn micelarny do skóry suchej i wrażliwej Buna. Mieści się on w dość sporej butelce, która kolorystycznie i graficznie jest niemal identyczna, jak krem. Zamknięcie typu "press" jest moim ulubionym przy płynach micelarnych, więc cieszę się, że tu właśnie takie rozwiązanie zastosowano. Zapach identyczny, jak przy kremie - aloesowy z jakąś słodką, jakby pudrową nutką. Płyn świetnie radzi sobie ze zmyciem makijażu twarzy czy oczu. Tusz do rzęs, cienie, eyeliner czy szminka nie stanowią dla niego większego wyzwania. Zmywa wszystko do pełnej czystości, a dzięki zawartości ekstraktu z aloesu, wody jaśminowej czy alantoiny w składzie świetnie łagodzą ewentualne podrażnienia. Płyn micelarny kosztuje niecałe 11 zł za 380 ml, więc uważam, że to idealna cena.



BUNA - ŻELOWA MASECZKA ŁAGODZĄCA - ALOES
Ostatnim produktem z serii aloesowej jaki mam, jest żelowa maseczka łagodząca. Mieści się ona w plastikowej, miękkiej tubie, dzięki czemu łatwo wydobywa się produkt ze środka. Będzie tak do samego końca - zdecydowanie. Żel posiada zamknięcie na "klik", co też jest wygodnym rozwiązaniem. Szata graficzna idealnie zgrywa się z pozostałymi produktami z serii. Zapach ten sam, jak w przypadku pozostałych dwóch produktów. Konsystencja jest żelowa, bezbarwna i szybko się rozsmarowuje oraz wchłania. W kontakcie ze skórą twarzy jest bardzo przyjemna, bo na początku delikatnie chłodna. Na drugim miejscu w składzie, zaraz po wodzie, znajdziemy ekstrakt z aloesu, dalej ekstrakt z babki lancetowatej, mocznik czy kwas hialuronowy. Po przeczytaniu tego składu miałam pewność, że żel świetnie nawilży moją twarz i tak w rzeczywistości było. Twarz była gładka i delikatna w dotyku. Przez pewien czas miałam tak, że co chwilę dotykałam policzków, bo tak podobał mi się ten efekt. Żelową maseczkę nanosi się na twarz i pozostawia do wyschnięcia (ok. 15 minut) - nadmiar ściera się wacikiem. Maseczki się nie zmywa, co dla mnie jest wspaniałą wiadomością. Można ją stosować pod makijaż. Żelową maseczkę kupimy za niecałe 9 zł / 70 ml, więc cena jest bardzo zachęcająca.





Bardzo się cieszę, że poznałam produkty marki Buna, które reklamują się jako wielopokoleniowa tradycja zielarska we współczesnym wydaniu, która odrywa tajemnice urody naszych babek i prababek. Kosmetyki te świetnie się u mnie sprawdziły, były wygodne w użyciu, przyniosły upragnione i obiecane przez producenta efekty, a do tego kosztują naprawdę niewiele, więc myślę, że każda z Was powinna ich spróbować, bo warto.

Który produkt z tej trójki podoba się Wam najbardziej?
Czytaj dalej

poniedziałek, 13 listopada 2017

Enilome - płyn micelarny i maseczka oczyszczająca z glinką

Dermokosmetyki są ostatnio bardzo popularne i coraz częściej spotykam się z ich recenzjami chociażby na wielu blogach. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ produkty te słyną z dobrego i delikatnego działania, które nie zaszkodzi wrażliwej skórze swoich użytkowników. Ja zdecydowanie do takich wrażliwców należę, dlatego z miłą chęcią podzielę się z Wami swoimi odczuciami z testowania produktów Enilome. Zacznijmy od tego, że seria dermokosmetyków Enilome dostępna na DOZ.pl została zaprojektowana przez specjalistów dla kompleksowej i skutecznej pielęgnacji każdego rodzaju skóry, szczególnie wrażliwej, skłonnej do podrażnień i rumienia. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu specjalistów Enilome preparaty spełniają oczekiwania nawet najbardziej wymagających klientów. To nowoczesne podejście do pielęgnacji wrażliwej skóry, zapewniające jej komfort i doskonały wygląd każdego dnia.


ENILOME - PŁYN MICELARNY DO DEMAKIJAŻU TWARZY I OCZU

Ostatnio testuję tyle płynów i preparatów do demakijażu twarzy, że teraz szukam prawdziwej perełki. Czy płyn micelarny Enilome można określić właśnie takim mianem? Zacznijmy najpierw od opisu, a potem wysuniemy te wnioski. Płyn ma dużą pojemność, ponieważ jest to, aż 410 ml. Mieści się w ładnej, prostej i schludnej butelce. Na niej naklejona nalepka, która sprawia, że butelka wygląda na matową. Mimo to zużycie produktu jest wciąż widoczne, co i Wy możecie zaobserwować. Zawsze robię zdjęcia produktów zanim zacznę je testować. Tu wykonanie zdjęć się wydłużyło, dlatego sesję zrobiłam dopiero w połowie testowania. Na opakowaniu wiele cennych informacji, a sama szata graficzna skromna, ale mi się to podoba. Z tyłu możemy przeczytać o zastosowaniu, działaniu, efektach czy sposobie użycia. Płyn jest oczywiście przezroczysty i nie ma zapachu, co spodoba się większości osób. Przeznaczony jest do demakijażu zarówno całej twarzy, jak i oczu, więc od samego początku miałam pewność, że będzie to produkt delikatny i tak w istocie było. Pierwszy demakijaż, jak i każde kolejne przeszły bez najmniejszej komplikacji. Płyn świetnie radzi sobie z usunięciem makijażu całej twarzy. W mig usuwa maskarę z nawet mocno podkreślonych tuszem rzęs. Płyn nie podrażnił zarówno twarzy, jak i oczu, nie wywołał pieczenia czy innego dyskomfortu. Za tak dużą pojemność zapłacimy ok. 16 zł, więc uważam, że jest to niewiele. Ostatecznie produkt pisał się u mnie świetnie i spełnił moje oczekiwania. Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to jedynie do otwierania butelki, bo idzie to dość opornie, ale można się przyzwyczaić. Gdyby ktoś był ciekawy, producentem tych kosmetyków jest bardzo dobrze znane większości Laboratorium Kosmetyczne Floslek.


ENILOME - DERMOPURIVUM - MASECZKA OCZYSZCZAJĄCA Z GLINKĄ

Produkt ten zaciekawił mnie od samego początku. Lubię maseczki oczyszczające, więc z miłą chęcią zabrałam się do testowania. Maseczka oczyszczająca z glinką Enilome mieści się w podłużnej tubce, która skrywa w sobie 50 ml. produktu. Zapakowana jest w kartonik. W środku dodatkowo zamknięcie na "klik" zabezpieczone jest plombą. Bardzo mi się to podoba, ponieważ wiem, że nikt przede mną tego nie otwierał. Konsystencja jest gęsta o ziemistym zabarwieniu, która po rozsmarowaniu pozostawia twarz w podobnym (choć nie tak mocnym, jak w opakowaniu) kolorze. Maseczka mimo glinki nie zastyga, dzięki czemu nie powoduje dyskomfortu w postaci ściągnięcia twarzy, co mi się podoba. Zapach neutralny - niby bezwonna, ale ma w sobie niezbyt zachęcającą nutę. Na twarz prawie niewyczuwalny. Aplikuje się ją łatwo, konsystencję przyjemnie się rozsmarowuje. Po posmarowaniu wszystkich miejsc (twarz, szyja, dekolt) należy pozostawić ją na nich przez 10-15 minut. Po tym czasie zmyć. Efektami jestem pozytywnie zaskoczona. Może nie borykam się ze zbyt mocnym świeceniem twarzy, ale po stosowaniu tej maseczki zauważyłam, że nie świeci się ona prawie wcale, więc to pozwala mi twierdzić, że maseczka ta redukuje sebum. Dodatkowo sprawia, że twarz jest przyjemna i miła w dotyku, co wpływa dobrze, na jej wizualny wygląd. Teraz, jesienią, potrzebuję mocnego nawilżenia i wygładzenia, ponieważ borykam się ciągle z odstającymi suchymi skórkami. Dzięki tej maseczce mój problem został zażegnany. Używałam jej 1-2 razy w tygodniu i uważam, że jest to bardzo wydajny produkt. Niewielka ilość wystarczy by pokryć tak duży obszar ciała i twarzy. Cena tej maseczki, to ok. 12 zł, więc wydaje mi się, że stosunkowo niedużo.


Maska Enilome pozytywnie mnie zaskoczyła. Są to bardzo pożądane dermokosmetyki, które nie przerażają swoją wysoką  wygórowaną ceną. Wręcz przeciwnie! Oba produkty świetnie się u mnie spisały, a marka Enilome w swojej serii ma znacznie więcej produktów, więc myślę, że prędzej czy później skuszę się na inne produkty. DOZ.pl miało akcję, o której Wam pisałam, że do zamówień przekraczających kwotę 250 zł dołączali pudełko pełne niespodzianek. Tamta edycja już się skończyła, ale teraz jest druga, świąteczna, więc jeżeli planujecie większe zakupy, to polecam je zaplanować właśnie tam. Darmowa wysyłka oraz dodatkowy upominek szczególnie do tego zachęcają.

Znacie markę Enilome? Używacie dermokosmetyków?
Czytaj dalej

piątek, 10 listopada 2017

W zdrowym ciele zdrowy duch, czyli kilka słów o mojej diecie

Ludzie dzielą się na dwa rodzaje: na tych, którzy jedzą bez opamiętania i nie tyją oraz na tych, którym przybywają kilogramy od samego patrzenia na słodycze. Ja niestety zaliczam się do tego drugiego typu i przybranie na wadze to u mnie bardzo szybki proces. Zawsze zazdrościłam tym naturalnie szczupłym kobietom, które nie muszą robić zbyt wiele, by wyglądać idealnie. Ja by wyglądać choć odrobinę lepiej, muszę naprawdę się napracować i w końcu postanowiłam to zrobić. Decyzja o przejściu na dietę zapadła spontanicznie, tego samego dnia, od którego postanowiłam wprowadzić pewne zmiany w swoim życiu. Wiele osób, które nigdy nie widziały mnie na żywo (głównie blogerki) na wieść o moim odchudzaniu dziwią się i twierdzą, że niby z czego ja się chcę odchudzać. Prawda jest taka, że nieskromnie mówiąc, jestem dość fotogeniczna i patrząc na swoje zdjęcia sama nie wierzę, że rzeczywistość jest trochę inna - przykro inna. W czerwcu wychodzę za mąż, więc najwyższa pora by w końcu się za siebie wziąć. 21 sierpnia przeszłam na dietę. W zasadzie nie było to nic specjalnego, ani mocno restrykcyjnego.


Standardowo, zaczęłam pić wodę i wyeliminowałam słodkie czy gazowane napoje. Przestałam jeść słodycze i inne tuczące przekąski (w tym cukier, np. do herbaty). Wprowadziłam do swojego jadłospisu więcej warzyw i owoców, a porzuciłam dania smażone i ciężkie. Nie jem również białego pieczywa, tylko te pełnoziarniste. To samo tyczy się makaronów. Odrzuciłam sól - czasem tylko zdarza mi się jej użyć, ale są to śladowe ilości, bo np. pieprz czosnkowy, który uwielbiam ma jej trochę w składzie. Dodatkowo zwiększyłam liczbę posiłków (do 4 dziennie - 5 nie dałam rady) oraz zaczęłam je spożywać systematycznie. Takim oto sposobem na dzień dzisiejszy, czyli po ok. 2 miesiącach i 2 tygodniach diety (bez aktywności fizycznej) moja waga pokazuje -11 kg. Jestem dumna z tego wyniku, bo nigdy jeszcze nie udało mi się wytrwać w diecie tak długo i z takim efektem. Martwi mnie jednak to, że od 2 tygodni praktycznie waga nie ruszyła z miejsca. Za każdym razem pokazuje to samo, choć moje nawyki żywieniowe wcale się nie zmieniły. Uznałam, że najwyższa pora, by dążenie do poprawnej sylwetki wzbogacić o ćwiczenia czy inne aktywności. Od 3 dni każdego wieczoru wybieram się na ok. 3 km spacer. Może to nie daje jakichś mega wielkich efektów, ale... Z pewnością pozytywnie wpłynie na moją kondycję i sprawi, ze choć trochę mój siedzący tryb życia się odmieni.


3 lata temu kupiłam orbitrek. Jakoś nie mogłam się przemóc do ćwiczenia na nim. Na filmikach wyglądało to na banalne, ale w rzeczywistości 10 minut "jazdy", to był mój rekord życiowy (haha). Zniechęciłam się na jakiś czas, na orbitreku osiadał się kurz, a "rączki" były moimi wieszakami. Po rozmowie z koleżanką, która doradziła mi spróbować ćwiczyć na nim oglądając jakiś film czy serial, bądź słuchając muzyki, postanowiłam mu dać drugą szansę i nie żałuję. Oczywiście pierwsza jazda z filmem nie była jakaś mega długa, ale zdecydowanie mniej skupiałam się na samej jeździe i nie myślałam o tym, jak bardzo bolą mnie nogi, jak wcześniej. Przejechany dystans coraz bardziej się wydłużał, a ja miałam coraz większego banana na twarzy. Skoro orbitrek ciągle stoi w salonie, dziś chętnie się na nim przejadę. Mam nadzieję, że wejdzie mi to w krew, a waga w końcu poszybuje w dół. 


Jeżeli zastanawiacie się nad zakupem orbitreka, to mogę go wam polecić. Oczywiście można iść na siłownię, ale w moim przypadku, to nie jest takie proste, ponieważ do najbliższej mam 22 km - dojazdy generują koszty, do tego trzeba wykupić karnet, więc prostszym rozwiązaniem wydaje się zainwestowanie we własny sprzęt i móc dzięki temu korzystać z niego o każdej porze. Jeżeli podobnie, jak ja, nie jesteście ze sportem za pan brat, polecam zakup mniejszego i tańszego sprzętu. Wyhaczyłam całkiem fajne "maszyny" na Hop-sport.pl. Niektóre modele są obecnie nawet w promocji. Jeżeli jesteście już sportowymi freakami, możecie inwestować w lepsze sprzęty, które oczywiście tam znajdziecie. Podobno dobra dieta, to 70% sukcesu w walce o utratę kilogramów. Wygląda na to, że ja swoje 70% już wykorzystałam, więc pora też uruchomić pozostałe 30%. Mam nadzieję, że niebawem napiszę podobny post i będę mogła się Wam pochwalić kolejnymi kilogramami, które wyparowały.

 Czy są tu osoby, które podobnie jak ja ciągle przechodzą na diety? Lubicie aktywność fizyczną? Korzystacie z bieżni czy orbitreka?
Czytaj dalej

czwartek, 9 listopada 2017

Plakaty PIXERS jako oryginalne dodatki urozmaicajce każde wnętrze

Kocham plakaty na ścianach! W swoim pokoju nie preferuję obrazów - te są już dla mnie dość... Staroświeckie. Zdjęcia też nie koniecznie mi się podobają (szczególnie te małe) - wydaje mi się, że od tego są albumy do zdjęć. Fotografie są bardzo kolorowe, często też w różnych stylach i wprowadzają według mnie dość sporo chaosu do pomieszczenia (wyjątek stanowią tu wielkie zdjęcia - te chętnie widziałabym na swojej ścianie). Najbardziej podobają mi się plakaty. Tych w swoim pokoju mam, aż 4. kojarzą się one głównie z dekoracją pokoju czy sypialni, jednak prawda jest taka, że plakaty Pixers występują w bardzo wielu ciekawych odsłonach, że pasują po prostu wszędzie. Dziś chciałabym pokazać Wam propozycje plakatowe do różnych pomieszczeń. 


PLAKATY DO SALONU

W zależności od stylu w jakim urządzimy mieszkanie, będzie tam pasowało coś innego. Ja już wiem w jakich klimatach będzie mój dom, dlatego takie plakaty, jak najbardziej się w mój gust i ten klimat wpisują. Szare, białe i surowe wnętrze zostaje tu rozjaśnione za pomocą różowych kolorów. Bardzo lubię też geometryczne wzory, więc te plakaty tak czy inaczej wpisują się w mój gust.


PLAKATY DO SYPIALNI

Jeżeli myślę o plakatach do sypialni, to kojarzą mi się one głównie z plakatami motywacyjnymi. Dlaczego? Z prostego względu. Motywujące hasła fajnie na nas działają, więc fajnie jest patrzeć na nie kiedy się zasypia i wtedy, kiedy się człowiek budzi. Z dobrym nastawieniem milej zaczyna się dzień.


 PLAKATY DO KUCHNI

Jeśli mam być szczera, to ja najchętniej wszędzie powiesiłabym cytaty, bądź jakieś skromne grafiki. W kuchni chętnie widziałabym plakaty przedstawiające np. gramatury, jednak wiem, że wiele osób woli coś takiego, jak zaprezentowałam wyżej. A skąd to wiem? Np. z odwiedzin u rodziny.  


PLAKATY DO POKOJU DZIECIĘCEGO

Jak wiadomo, tu powinny królować kolory, kształty, mnogość wzorów czy postaci. Plakaty do pokoju dziecięcego właśnie takie powinny być. Wywoływać uśmiechy na małych buźkach. Ostatnio bardzo popularne stały się plakaty np. z modlitwami, które wiedza się nad łóżeczkiem dziecka czy metryczki. Te pomysły bardzo wpisują się w mój gust, bo są oryginalne i niepowtarzalne. Z powyższych plakatów moje serducho skradł ten w liski - przeuroczy!

W plakatach, szczególnie tych z cytatami czy hasłami motywacyjnymi najfajniejsze jest to, że są proste i wpiszą się niemal w każde wnętrze, a to ważne. Ciekawie też prezentują się różne kompozycje plakatowe, w których skład wchodzi od kilku do nawet kilkunastu plakatów (większych lub mniejszych). Za pomocą takiej kompozycji można stworzyć coś nietuzinkowego i oryginalnego.

A Wy wieszacie w swoim domu plakaty?
Czytaj dalej

środa, 8 listopada 2017

Liferia - Regeneracja - październik 2017

Październik minął tak szybko, że czuję, że przeleciał mi przez palce. Teraz dni tak szybko mijają, że nim zdążę się obudzić, zrobić kilka rzeczy, za oknem już ciemno i odechciewa się wszystkiego. Taki klimat sprzyja jednak innym rzeczom. Mam oczywiście na myśli wzmożone palenie świec, czytanie książek i oddawanie się kosmetycznym rytuałom, co z pewnością działa silnie relaksacyjnie. Dziś chciałabym pokazać Wam październikową zawartość pudełka Liferia, które sprzedawane jest tym razem pod hasłem: Regeneracja. Zawartość pudełka z pewnością w tym pomoże.



JELLY BEAR HAIR - WITAMINY NA WŁOSY W ŻELKACH // POLSKA

Witaminy na włosy w żelkach, czyli pyszna forma dbania o włosy. Dzięki biotynie i 13 składnikom odżywczym Twoje włosy będą mocne, lśniące i gęste. Wystarczy przyjmować 2 żelki dziennie, aby uniknąć jesiennego wypadania włosów lub po prostu poprawić kondycję włosów. Cena: 139 zł / op.


G-SYNERGIE - KERATYNOWY SPRAY INTENSYWNIE NAWILŻAJĄCY // POLSKA

Spray Keratin to bogata i intensywnie nawilżająca kuracja do bardzo suchych i łamliwych włosów, która przywraca miękkość oraz kontroluje puszenie się. Uzupełnia proteiny, aby utrzymać włosy w dobrej kondycji. Nie zawiera parabenów, oleju mineralnego, siarczanów i fosforanów. Cena: 30 zł


BALNEOKOSMETYKI - MALINOWE MASEŁKO DO TOREBKI // POLSKA

Masełko silnie, długotrwale nawilża i odżywia, wygładzając skórę dłoni oraz ust. Dzięki dużej zawartości masła Shea, oleju awokado i macadamia łagodzi i delikatnie natłuszcza. Lecznicza woda siarczkowa, wyciągi z alg i olej arganowy ujędrniają, uelastyczniają skórę, wzmacniają jej barierę ochronną. Produkt nie zawiera żadnych barwników. Cena: 19 zł / 50 ml. 


DNA - EYE CONTOUR DOSE - KREM POD OCZY // HISZPANIA

Krem pod oczy wspaniale wygładzi delikatną skórę powiek i pomoże w walce z pierwszymi zmarszczkami. Stosuj na noc, aby pobudzić proces odnowy komórek i cieszyć się rano wypoczętym spojrzeniem pełnym blasku. Cena: 250 zł / 10 ml.


POSTQUAM - EYELINER W KREDCE // HISZPANIA

Dzięki mocno napigmentowanej i miękkiej kredce do oczu możesz wyrysować perfekcyjną, graficzną kresą  lub rozetrzeć ją, aby uzyskać bardziej delikatny efekt.  Cena: 30 zł.


Jestem zachwycona zawartością tego pudełka! Ok. tydzień temu wykończyłam swoje misiowe witaminki na włosy innej marki, więc cieszę się, że będę mogła przetestować kolejne, tym bardziej, że poprzednie super się u mnie sprawdzały. Do włosów mam także spray, który używa się na suche lub częściowo suche włosy. Nie spłukuje się, więc z pewnością będę tego używała często! Moje usta wyglądają teraz koszmarnie. Są pełne suchych skórek i takie napięte - mam nadzieję, że masełko Balneo Kosmetyki temu zaradzi. Krem pod oczy jest dla mnie sporym zaskoczeniem, ponieważ jego cena, aż 250 zł, robi wrażenie. Mam nadzieję, że jakość produktu będzie adekwatna do tej wysokiej ceny. Cieszy mnie obecność tego produktu z dwóch powodów. Po pierwsze, nie mam teraz żadnego kremu pod oczy, a po drugie, nie znam też tej marki. Najbardziej neutralny stosunek mam do eyelinera, ponieważ ja używam tych o płynnej konsystencji. Tymi w kredce jakoś nie umiem się umalować, mimo to wypróbuję.

Czy Was, tak samo jak mnie, zachwyciła październikowa edycja pudełka Liferia?
Czytaj dalej

wtorek, 7 listopada 2017

Typowe dodatki w nietypowym wydaniu - lampy wiszące

Chyba każdy człowiek lubi otaczać się ładnymi rzeczami i nie ma w tym nic dziwnego. Ludzie lubią przebywać w ładnych pomieszczeniach, restauracjach czy ośrodkach wybierając się chociażby na wakacje. Ładnie urządzony pokój, dom czy mieszkanie sprawia, że czujemy się w nim po prostu dobrze. W aranżacji wnętrz co i rusz pojawiają się nowe trendy, które my możemy przemycić do swoich metrów kwadratowych w postaci gadżetów. Bardzo lubię odwiedzać sklepy, które mają różne dodatki w swojej ofercie. Czasem za grosze można upolować naprawdę fajne gadżety, które odmieniają, bądź odświeżają całe wnętrze. Ważną rolę podczas urządzania swojego metrażu ma oświetlenie. W niektórych puntach domu musi ono być zdecydowanie mocniejsze, by lepiej nam się w nich funkcjonowało. Jeżeli o mnie chodzi, lubię dobrze oświetlone kuchnie, łazienki czy gabinety. Z kolei salon czy sypialnia mogą być dla mnie mniej oświetlone, bo to pokoje, w których się wypoczywa, więc i klimat ku temu powinien być bardziej sprzyjający. To, jak zostanie rozproszone światło w dużej mierze zależy od tego, jaką lampę wybierzemy. Już od bardzo dawna lampy wiszące poza funkcją oczywistą, pełnią też funkcję dodatku. Coraz częściej spotykamy się z lampami o bardzo nietypowych i dizajnerskich wzorach. Postanowiłam zrobić mały przegląd i pokazać Wam swoich lampowych faworytów marki Ardant.


Pewnie nie zdziwi Was fakt, że lampy jakie wybrałam są w białym kolorze. Od już od ponad roku moja fascynacja tym kolorem we wnętrzach nie przemija. Wybrałam 3 wzory lamp, które najbardziej, na ten moment, są w moim guście, z uwagi na to, że sama mam lampę niemal identyczną, jak ta nr 3 (na górze). Są to propozycje, które idealnie sprawdzą się w pomieszczeniach, które nie wymagają bardzo mocnego oświetlenia. Wieczorem prezentują się naprawdę pięknie. Mam też dla Was inspiracje, jak te lampy prezentują się w pomieszczeniach. Lampa wisząca EOS Large Vita Copengahen zamontowana została w pokoju dziecięcym, co uważam za świetny wybór. Lampa sprawia wrażenie lekkiej i puszystej niczym chmurka, a ta z kolei bardzo kojarzy się z pokoikiem dla dzieci. Druga propozycja, to lampy Silvia VITA Copenhagen, które dostępne są w różnych wersjach kolorystycznych. Oczywiście najbardziej uniwersalna jest biała i będzie pasowała do każdego koloru. Bardzo podobną lampę do tego modelu mam w swoim pokoju. Złożenie mojej lampy zajęło mi trochę czasu, ale praca warta jest zachodu, ponieważ lampa zbiera słowa uznania niemal wszystkich odwiedzających mnie gości. Ale czy można się im dziwić? Na poniższej inspiracji lampa ta została użyta jako oświetlenie stołu w jadalni. Dzięki swoim niezaprzeczalnym walorom wizualnym lampa pomoże stworzyć wnętrze w przytulnym stylu skandynawskim. Ostatnia propozycja jest bardzo podobna do poprzedniczki, ale jest bardziej podłużna. Przypomina mi szyszkę zwisającą z drzewa. Ten model, to lampa Conia VITA Copenhagen. Ona również jest do samodzielnego montażu. Warto podkreślić, że montaż ten nie wymaga ingerencji żadnych narzędzi, taśm czy klejów. Na poniższej inspiracji lampa Conia została zastosowana, jako forma oświetlenia sypialni i myślę, że świetnie się tam sprawdzi. Lampa emituje ciepłe, delikatne światło, wprowadzając do pomieszczenia atmosferę sprzyjającą odpoczynkowi.


Dobór ładnej i przede wszystkim funkcjonalnej lampy, to nie takie proste zadanie, jednak obfitość wzorów czy kolorów lamp trochę nam to ułatwia. Ja swoja lampę użytkuję już jakieś 2 lata i cieszę się, że postawiłam właśnie na taki wzór. Firma Ardant prowadzi również BLOGA, na którego serdecznie Was zapraszam! Znajdziecie tam sporą dawkę wiedzy i inspiracji z zakresu wnętrzarstwa. 

Która z tych lamp podoba się Wam najbardziej? A może preferujecie inne modele?
Czytaj dalej

piątek, 3 listopada 2017

Lirene - kosmetyki kolorowe - puder City Matt, rozświetlacz Shiny touch i korektory Be Perfect oraz No Dark Circles

Kosmetyki kolorowe to ostatnio produkty, które testuję najczęściej. Z racji tego, że jestem samoukiem, to dość dużo czasu spędzam na udoskonaleniu swojego makijażu oraz technik, jakimi go wykonuję. By stworzyć ładny i poprawny makijaż z pewnością potrzebujemy umiejętności i talentu w tym zakresie, ale nie tylko to stanowi tego podstawę. Ważne są również produkty, których używamy. Czy kosmetyki Lirene sprawdziły się w tym zakresie?


W dzisiejszym poście chciałabym Wam opowiedzieć trochę o 4 kosmetykach do makijażu twarzy, w których skład wchodzą: rozświetlacz Shiny Touch, który mogliście oglądać niedawno na blogu, ponieważ znalazł się w moich ulubieńcach. Do tego puder sypki City Matt oraz korektory Be Perfect do krycia punktowego oraz No Dark Circles do stosowania pod oczy.


LIRENE - ROZŚWIETLACZ W KAMIENIU SHINY TOUCH

Ten rozświetlacz, podobnie, jak różobronzer z tej serii stali się moimi ulubieńcami w ubiegłych miesiącach.Tego rozświetlacza, tak samo jak wcześniej wspomnianego różobronzera używam każdego dnia. Na pochwałę w pierwszej kolejności zasługuje przepiękny zapach. Jeszcze nie zdarzyło mi się mieć tak cudownie pachnących kosmetyków kolorowych. W drugiej kolejności na uwagę zasługuje również wygląd. Rozświetlacz składa się z 3 kolorów: białego, jasnego brzoskwiniowego oraz ciemnego brzoskwiniowego. Całość jest poprzecinana, co tworzy fajne, geometryczne wzory. Rozświelacz daje bardzo subtelne i nienachalne wykończenie, dzięki czemu nawet osoba początkująca w makijażu nie zrobi sobie nim krzywdy. Jeżeli o mnie chodzi, to nakładam go nad kości policzkowe, wzdłuż nosa oraz na łuk kupidyna.


LIRENE - CITY MATT - MINERALNY PUDER SYPKI

Pudrów ostatnio u mnie dostatek, ale to nie przeszkadza mi wcale w testowaniu kolejnych, ponieważ lubię ten rodzaj produktów. Pudru używam każdego dnia. Najczęściej na podkład, ale czasem zdarza mi się używać go solo, kiedy nie zależy mi na mocnym makijażu. Kompakt wyposażony jest w lusterko oraz gąbeczkę, która może przydać się gdzieś na "mieście" czy na wyjście z koleżankami, by przypudrować nosek.


Początkowo puder zabezpieczony jest przezroczystą nalepką, która chroni przed wysypaniem się pudru. Po jej oderwaniu i przenoszeniu pudru np. w torebce, robi się mały bałagan. Fajnym rozwiązaniem takiego typu opakowania byłoby zastosowanie patentu ze słoiczków na przyprawy, w których za pomocą przekręcenia góry, dziurki przez które wydobywa się puder można zasłonić i tym samym zapobiec rozsypywaniu się pudru po całym opakowaniu. Mimo to, puder ma idealny odcień dla mnie.  Jest to 01 transparentny, który podejrzewam, że dopasuje się do większości karnacji. Puder skutecznie matuje skórę twarzy na wiele godzin.


LIRENE - KOREKTOR BE PERFECT - DO STOSOWANIA PUNKTOWEGO 

Korektorów mam obecnie niewiele. Mam jeden, który kolorystycznie najbardziej mi odpowiada i tak go zużywam stopniowo każdego dnia. Ostatnio do mojej kolekcji dołączyły dla kolejne od marki Lirene. Pierwszy z nich to korektor Lirene Pe Berfect, który służy do zakrywanie punktowych niedoskonałości. Teraz jest ich u mnie całkiem sporo, więc to był idealny czas na jego wypróbowanie. Korektor mieści się w tubce. Zamiast standardowego "dzióbka" mamy tu gąbeczkę, która służy do rozprowadzania podkładu. Muszę przyznać, że to ciekawe rozwiązanie. Gąbeczka nie zrobi jednak za nas wszystkiego, bo resztę trzeba wklepać opuszkami palców, jak zaleca producent. Odcień Be Perfect jest ciemniejszy niż No Dark Circles, ale do mojej karnacji jasnej dobrze pasuje. Konsystencja jest dość rzadka, bardzo łatwo się wklepuje, bo nie zastyga za szybko. Krycie w sam raz. Zapach delikatny, całkiem przyjemny. Można go stosować również pod oczy.


LIRENE - KOREKTOR NO DARK CIRCLE - DO STOSOWANIA POD OCZY

Korektor Lirene No Dark Circles, to korektor o jasnym odcieniu. Idealnie sprawdza się używany pod oczy, bo świetnie radzi sobie z usunięciem cieni pod oczami. Moje są niewielkie (na szczęście!), więc tu korektor nie miał zbyt wielkiego pola do popisu. Korektor jest dość rzadki, a w swojej konsystencji ma zatopione drobinki brokatowe, które fajnie rozświetlają okolice oczu. Drobinek nie jest za dużo, więc efekt nie jest przesadzony. Całość utrzymuje się pod oczami dość długo. Korektor nie zbiera się w załamaniach. Nie zauważyłam również wysuszenia skóry. Aplikuje się go tak samo, jak w przypadku wcześniejszego korektora, tj. nanieść za pomocą gąbeczki i wklepać opuszkami palców. Używanie jest bardzo wygodne, a sam korektor bardzo poręczny. Plastik, z którego wykonana jest tubka, jest bardzo miękki, więc łatwo wydobywa się z niego produkt. Obydwa korektory można kupić w sklepie Iperfumy.pl.




Produkty Lirene spisały się u mnie bardzo dobrze. Moim niekwestionowanym ulubieńcem jest piękny i rewelacyjnie pachnący rozświetlacz Shiny Touch. Wszystkie produkty okazały się bardzo wydajne, co sprawia, że chętnie sięgnę po nie w przyszłości.

Znacie powyższe kosmetyki kolorowe Lirene?

Czytaj dalej