wtorek, 23 stycznia 2018

Vabun - kosmetyki dla Niego by Radosław Majdan

Produkty męskie pojawiają się tu bardzo rzadko, ale jednak się zdarza! Mój brat chętnie testuje nowości w tym zakresie, więc tym razem wielką radość sprawiła mi firma Vabun przesyłając do testów kilka ciekawych produktów sygnowanych nazwiskiem Radka Majdana. W ich skład wchodzą żele pod prysznic oraz perfumy. Przyszedł czas, bym co nieco o nich napisała, ale najpierw... Kilka słów o samej nazwie, ponieważ jest to ciekawa historia. Vabun oznacza złotego jastrzębia. Jest to indiański odpowiednik znaku zodiaku Radosława Majdana. Kultura indiańska jest mu szczególnie bliska, więc fajnie, że ma to odzwierciedlenie w jego linii kosmetycznej.


Na pierwszy ogień wezmę zapachy. Pierwszy to Vabun Gold Edition. Producent opisuje je tak: "Woda perfumowana Vabun Gold to elegancki i wytworny produkt dla dojrzałych mężczyzn. Zapach jest zadziorny, ale też lekko słodkawy dzięki wanilii. Perfumy zawdzięczają swój niesamowity zapach połączeniu piżma, wanilii, tonki, kwiatu pomarańczy, mięty, cynamonu i gałki muszkatołowej. Zapach o niebanalnej kompozycji wyrazisty dla zdecydowanych i konkretnych facetów". Perfumy mieszczą się w ładnej, złotej butelce. Mogłoby się wydawać, że jest zbyt przesadzone, ale nic bardziej mylnego! Na żywo prezentuje się naprawdę świetnie. Jest eleganckie i wytworne.


Drugi zapach to Vabun Sport. Producent opisuje go tak: "Woda perfumowana Vabun Sport kusi zmysły i dodaje energii do działania. Nie pozwala o sobie zapomnieć. W perfumach przeplatają się nuty kardamonu, drzewa sandałowego, piżma oraz ambry. Perfumy Vabun Sport są stworzone dla aktywnych i energicznych mężczyzn. Zdecydowanie pasują do osób, które nie przestają podejmować kolejnych wyzwań i stawiać przed sobą kolejnych celów". Opakowanie tej wody wygląda znacznie prościej, choć to wcale nie musi oznaczać tego, że gorzej - kwestia gustu.


Rzadko posługuję się opisami producentów, ale przy zapachach jest to bardzo pomocne. Dzięki temu chciałam ukazać Wam nuty zapachowe, z jakich składają się te wody. Byłam bardzo ciekawa, jak się spiszą w użyciu. Oba zapachy są przyjemne, bardzo męskie i dość długo utrzymują się na skórze. Na ubraniach wyczuwalne są również drugiego dnia od użycia. Atomizery bardzo dobrze rozpylają perfumy, tworząc lekką mgiełkę, co jest świetne. Mój brat powiedział, że ten atomizer jest zdecydowanie lepszy, niż w perfumach, których używa naprzemiennie, czyli w Hugo Boss. Podsumował je również tak, że nie pachną "tanio". Czasem wąchając jakieś wody od razu wyczuwamy nutę tandety - tu tego nie znajdziecie! Oba zapachy przypadły mu do gustu i nie potrafi wybrać, który podoba mu się bardziej.


Żele pod prysznic mój brat denkuje w mig. Nie ukrywam, kąpie się bardzo często i w tym zakresie na pewno nie należy do "statystycznych Polaków", dlatego dodatkowa porcja żeli jest u niego zawsze mile widziana.  Oba żele mają ładne, podłużne opakowanie. Jak widzicie po opakowaniach, tworzą one zestaw z perfumami. Opakowania są plastikowe i możemy kontrolować zużycie. Dzięki płaskiemu zamknięciu na "klik" można je postawić na "głowie", dzięki czemu zużyjemy je do samego końca. Opakowanie jest poręczne i wygodnie się go używa. Konsystencja przezroczysta,  Jeżeli chodzi o to, jak się pienią, to złoty wypada tu bardzo słabo. Brat twierdzi, że nie pieni się wcale. Z kolei czarny wariant pieni się nieco lepiej, choć i tu nie ma szału. Zapachy są perfumowane, bardzo męskie i ładne. Utrzymują się na skórze przez jakiś czas po kąpieli. Oba żele brat zabierał ze sobą na siłownię i stwierdził, że dobrze się je przenosi. Żaden nie otworzył się w torbie, więc zamknięcie jest solidne i gwarantuje odpowiednie zabezpieczenie przed ewentualnym rozlaniem.

Znacie produkty Vabun? Jakie macie zdanie na ich temat?

Czytaj dalej

czwartek, 18 stycznia 2018

Walentynkowa biżuteria - Rosegal valentines day sale


Pozostając nadal w miłosnym klimacie... Wczoraj pokazywałam Wam piękne, romantyczne i idealne na Walentynki sukienki, które swoją drogą bardzo przypadły Wam do gustu. Dziś z kolei chciałabym zaprezentować Wam kilka modeli biżuterii. Biżuteria to niewątpliwie dodatek, który stanowi kropkę nad "i" każdej stylizacji. Są osoby, które jej nie noszą, są też takie, które noszą ją w nadmiarze. Ja jestem zdecydowanie po środku. Na co dzień noszę jedynie dwa pierścionki, a od jakiegoś czasu dołączył do nich łańcuszek z zawieszką, które znalazłam pod choinką. Od święta zakładam kolczyki czy bransoletki. Mimo to uważam, że w szkatułce warto mieć wszystko. Mam tu na myśli każdy rodzaj biżuterii, bo nigdy nie wiadomo, co może nam się przydać do danej stylizacji. Zapraszam na mały przegląd biżuterii z Rosegal. Obecnie trwają tam walentynkowe promocje, takie jak: valentines gifts, best valentines gift oraz Rosegal valentines gifts.




Jako naczelna sroka, chciałabym przygarnąć wszystko! Bardzo podoba mi się komplet 6 bransoletek - można nosić kilka na raz, albo pojedynczo - praktycznie inna na każdy dzień tygodnia (niemal). Ładnie prezentuje się również serduszkowy komplet. Biżuteria ta jest pozłacana i dodatkowo wysadzana kamyczkami. Prezentuje się to bardzo elegancko. Kolor Rose gold wiedzie teraz prym w biżuterii i zegarkach (a także dodatkach do domu), więc pierścionka w tym kolorze nie mogło tu zabraknąć. Nie każdy jednak lubuje się w złocie, dlatego nie może zabraknąć tu również srebrnych pierścionków. Podobno nie powinno się łączyć srebra ze złotem - niby to się gryzie, ale ja coraz częściej spotykam się z takimi połączeniami. Przykładem jest ta potrójna bransoletka z przywieszkami. Ostatnią rzeczą jest minimalistyczny łańcuszek, który będzie pasował na każdą okazję.

A Wy lubicie nosić biżuterię? Podoba Wam się motyw serc?
Czytaj dalej

Makeup Revolution - Rozświetlacze Pearl Lights

Jeszcze nie tak dawno, każda z nas w ferworze świątecznych przygotowań, ocierała pot z czoła od natłoku obowiązków. Teraz od tego czasu minął prawie miesiąc, a ja nie mogę uwierzyć, jak ten czas szybko leci. Przedświąteczny okres, oprócz pracowitej gorączki, przyniósł także masę radości. Spowodowana była ona różnego kalibru prezentami od firm, z którymi współpracuję. To bardzo miłe kiedy masz świadomość, że ktoś docenia Twoją pracę i chce sprawić Ci przyjemność. Nie zapomniał o mnie także Mikołaj Makeup Revolution i podarował mi eleganckie pudełko wypełnione po brzegi różnego rodzaju kolorówką. Moje oczy zabłysnęły na ich widok i nie wiedziałam, co mam oglądać w pierwszej kolejności. Kiedy już trochę oswoiłam się z tą zawartością, chciałabym zacząć prezentować Wam te dobra. Dziś chciałabym napisać kilka słów o rozświetlaczach z serii Pearl Lights.


Te rozświetlacze zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, więc postanowiłam, że je pokażę Wam w pierwszej kolejności. W paczuszce znalazłam, aż 5 odcieni sypkich rozświetlaczy. Wszystkie mieszczą się w zgrabnych, plastikowych słoiczkach. Są one przezroczyste, dzięki czemu doskonale widzimy odcienie produktów oraz to, ile ich nam pozostało. Po odkręceniu wieczka naszym oczom ukazuje się otwór z mnogą ilością dziurek. Produkt wydobywa się oczywiście za ich pomocą. Ja robię to tak, że odrywam delikatnie naklejkę zabezpieczającą i wysypują odrobinę rozświetlacza na zakrętkę. Zaklejam z powrotem otwory i aplikuję rozświetlacze z nakrętki za pomocą pędzla. Jest to wygodne rozwiązanie.


Rozświetlacze posiadają drobno zmieloną formułę, dzięki czemu wykończenie naszego makijażu jest idealne i pełne blasku. Co ciekawe, można je stosować na 3 sposoby i z pewnością spodobają się Wam one! Produkty można wymieszać z balsamem, dzięki czemu uzyskamy efekt pięknie rozświetlonego ciała. Możemy też pokusić się o dodanie go do naszego podkładu - zwykły, klasyczny fluid może stać się fluidem rozświetlającym. No i standardowo, możemy nanieść go na kości policzkowe.Teraz opiszę każdy pokrótce.


MAKEUP REVOLUTION - PEARL LIGHTS - OCIEŃ TRUE GOLD

Jest to najjaśniejszy odcień wśród całej piątki. Wygląda na biały, jednak jest to bardzo subtelny złoto-żółty odcień.  Po roztarciu mieni się tysiącem złotych drobinek, które pięknie odbijają światło. Idealnie sprawdzi się naniesiony nad bronzer, na łuk kupidyna, środek nosa, środek czoła czy brodę. Odcień ten jest dla mnie bardzo subtelny i naprawdę, nie można sobie nim zrobić krzywdy.


MAKEUP REVOLUTION - PEARL LIGHTS - ODCIEŃ PEACH CHAMPAGNE

Drugi z kolei jasny odcień sypkiego rozświetlacza. Według mnie jest to brzoskwiniowo-różowy odcień. W opakowaniu wygląda na typową brzoskwinkę, z kolei na twarzy na pierwszy plan wychodzi delikatny, pudrowy róż. Pięknie stapia się z cerą. Zastosowałabym go podobnie, jak pierwszy rozświelacz. Dodatkowo można by uzyć go również przy makijażu powieki, np. w kącikach oczu.


MAKEUP REVOLUTION - PEARL LIGHTS - SAVANNA NIGHTS

Tym kolorem chciałabym rozpocząć już prezentację znacznie bardziej wyrazistych w swej kolorystyce odcieni rozświetlaczy. Savanna night jest dla mnie najbardziej typowym, brązowym odcieniem z całej tej piątki. Ma prześliczne wykończenie. Mieni się odcieniem ciepłego złota. Idealnie sprawdzi się do podkreślania kości policzkowych.


MAKEUP REVOLUTION - PEARL LIGHTS - CANDY GLOW

Candy glow jest dla mnie odcieniem koloru rudego. Wpada właśnie w te tony, ale spokoju nadają mu jeszcze odcienie brązu. Ten rozświetlacz idealnie sprawdzi się w roli rozświetlającego bronzera. Ze względu na ciemniejszy odcień, chętnie nakładam go na kości policzkowe oraz dodaję odrobinę przy makijażu oka.


MAKEUP REVOLUTION - PEARL LIGHTS - SUNSET GOLD

Ten kolor idealnie odzwierciedla kolor miedziany. Jest bowiem brązowy, ale ma w sobie nieco rude-ogniste tony. Pięknie mieni się drobinami w odcieniu pomarańczowym i złotym. Te trzy ciemniejsze rozświetlacze według mnie są do siebie bardzo podobne w użyciu. W opakowaniach widać różnicę, jednak na twarzy są to tylko niuanse.

Swatche niestety nie oddają tego, jak pięknie te rozświetlacze się mienią. Wierzcie lub nie, ale zdjęcia swatchy robiłam 5 razy, w różnych pomieszczeniach (w tym na dworze), przy różnym natężeniu światła. Z utęsknieniem czekam na słoneczne dni. Wtedy z pewnością zedytuję ten wpis i dodam zdjęcia, która zrobią na Was z pewnością lepsze wrażenie. Do tej pory bardzo lubiłam rozświetlacze serduszka I Heart Makeup. Teraz zostały one wyparte przez Pearl Lights. Poziom rozświetlenia oraz możliwość stopniowania efektu bardzo mi się w nich podoba. Mamy też do wyboru, aż 5 kolorów, więc każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie. Rozświetlacze są niesamowicie wydajne, a jedno opakowanie można już kupić za niecałe 18 zł. Uważam, że jest to bardzo atrakcyjna cena w stosunku do jakości.

Który rozświetlacz podoba się Wam najbardziej? Używacie rozświetlaczy w formie sypkiej czy sięgacie po te w kamieniu?

Czytaj dalej

środa, 17 stycznia 2018

Idealne sukienki na romantyczną kolację walentynkową

Walentynki mają tyle samo zwolenników, co przeciwników. Ja wychodzę z założenia, że nie wszyscy muszą lubić to Święto - każdy ma do tego prawo i nikomu nie wolno niczego narzucać! Po to człowiek ma wolną wolę, by mógł robić z niej użytek. Nikt nie ma jednak prawa do tego, by ten dzień psuć innym swoim zrzędzeniem, co mnie trochę irytuje każdego roku. Jeżeli chodzi o mnie, ja bardzo lubię Walentynki, bo dla mnie każdy powód do świętowania jest dobry! Po prostu lubię świętować! Nie obchodzimy tego dnia hucznie, ale zawsze staramy się z Ukochanym robić co wspólnie, obdarować się jakimś drobiazgiem i miło spędzić czas. Dwa lata z rzędu jeździliśmy na narty do Mrągowa, na Górę Czterech Wiatrów (ja częściej piłam gorącą czekoladę, niż szalałam na stoku, ale nie ważne, bo i tak było miło). Zdarzało się też, że przygotowywałam coś słodkiego (robiłam tort albo babeczki). Najczęściej jednak zdarza się, że ja przygotowuję kolację, mój narzeczony wpada z kwiatami, otwieramy butelkę wina i jest po prostu miło. By ten romantyczny klimat utrzymać, potrzeba jest też odpowiednia oprawa. Nastrojowy klimat w postaci odpalonych świec świetnie się tu sprawdza. Przydałoby się również odpowiednie ubranie. Każda kobieta chce wyglądać pięknie dla swojego mężczyzny i skoro jesteście razem, to tak zapewne jest. Nie zaszkodzi jednak trochę się wystroić, chociażby dla sprawienia przyjemności samej sobie, bo... Przecież kochamy zakupy! Dlatego zapraszam Was na przegląd Sukienek z Rosegal. Obecnie trwają tam walentynkowe promocje, takie jak: Rosegal Valentines Gift, Best Valentines Gift oraz Best Valentines Gift 2018.

SUKIENKA KORONKOWA        //        SUKIENKA W RÓŻE         //       SUKIENKA Z FALBANĄ

Sukienki w moim odczuciu są bardzo odświętne. Wybrałam dla Was 3 różne fasony w iście walentynkowych barwach. W pierwszej kolejności mamy do czynienia z romantyczną sukienką w bordowym kolorze, której koronkowa góra oraz krój z opadającymi ramionami dodaje seksapilu. Dodatkowo jest ona na dole rozkloszowana. Świetnie będzie prezentowała się na kobiecie o nienagannej figurze. Druga jest czarna i bardzo dopasowana, dzięki czemu pozwoli uwydatnić ładne, pełne kształty. Dzięki lekkiej, prawdopodobnie tiulowej, górze wygląda bardzo nietuzinkowo. Róże nie od dziś są jednym z symboli Walentynek, więc taka sukienkowa propozycja rewelacyjnie się w ten klimat wpisze. Ostatnia propozycja to kolejna bordowa sukienka, która zwraca na siebie uwagę. Z jednej strony poprzez falbanę, która idzie od góry, aż po dół sukienki, a z drugiej sukienki na odmienne wykończenia ramion. Mamy tu bowiem ramiączko i swojego rodzaju rękawek.

Czy któraś z sukienek przypadła Wam do gustu? Obchodzicie Walentynki? Planujecie jakąś romantyczną kolację? 

Czytaj dalej

wtorek, 16 stycznia 2018

Kosmetyki D'ALCHEMY - balsam do ciała, woda micelarna i olejek

Postanowiłam w końcu wziąć się w garść i wrócić do Was na pełnej mocy z nowościami kosmetycznymi, bo takich u mnie naprawdę wiele! Jedną z nich jest marka d'Alchemy. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam nazwę tej firmy - wydała mi się dość dziwna i w zasadzie nie kojarzyła mi się z niczym konkretnym. Postanowiłam dowiedzieć się, skąd pomysł na tę nazwę. Otóż, najprościej rzecz ujmując, pochodzenie tej nazwy wywodzi się od słów alchemia czy Alchemik. To właśnie filozofia średniowiecznych alchemików zainspirowała markę do stworzenia tej linii kosmetyków. 


Zagłębiając się w to... Alchemicy w swoim życiu i pracy kierowali się piękną ideą, bliską nam współczesnym: dążyli do doskonałości, w zgodzie z naturą i odwiecznymi prawami przyrody. I w takich właśnie "warunkach" powstają kosmetyki d'Alchemy. Jeżeli ciekawi Wam ten temat i chcielibyście go zgłębić, to zapraszam na stronę marki, gdzie czeka na Was solidna dawka informacji. Tymczasem zapraszam Was na recenzję balsamu do ciała oraz kilka ogólnych informacji o olejku i wodzie micelarnej, które nie są produktami pełnowymiarowymi.


ESENCJONALNY BALSAM DO CIAŁA - ESENTIAL BODY BALM

W pierwszej kolejności chciałabym opowiedzieć Wam co nieco o balsamie.  Mieści się on w ciężkiej butelce o pojemności 200 ml, wykonanej z ciemnego szkła, dzięki czemu promienie słoneczne mają do tego balsamu utrudniony dostęp. Poza tą funkcją ładnie się to prezentuje - dodaje produktowi szyku i elegancji. Aplikuje się go za pomocą pompki, co w przypadku balsamów jest moją ulubioną opcją. Jest ona bowiem higieniczna i bardzo ułatwia używanie. Kiedy przekręcimy dozownik w prawą stronę - zablokuje się możliwość wypływania balsamu. Ten patent niewątpliwie przyda się w podróży.  Zapach dość mocny, jakby cytrusowy - w każdym razie przyjemny. Utrzymuje się na ciele przez kilka godzin. Konsystencja jest kremowa o pastelowo żółtym zabarwieniu. Nie jest to bardzo gęsta konsystencja, ale również nie jest na tyle rzadka, by spływać z ciała. Rozsmarowuje się w mig i jeszcze szybciej wchłania, nie pozostawiając na skórze lepkiego czy nieprzyjemnego filmu, którego tak nie znoszę. Balsam przeznaczony jest do skóry dojrzałej, jednak moja skóra ma teraz bardzo duże potrzeby, jeżeli chodzi o nawilżenie, dlatego ten balsam jest dla mnie wybawieniem. Dodatkowo skierowany jest do skóry suchej i wrażliwej, więc lepiej nie mogłam trafić. Przy miesięcznym stosowaniu (dość systematycznym) moja skóra jest bardzo miękka, delikatna, a przede wszystkim solidnie nawilżona! Zyskała również na jędrności i wizualnie wygląda naprawdę świetnie! Warto również dodać, że balsam zawiera esencjonalne olejki eteryczne z mandarynki, grapefruita i pomarańczy oraz ekstrakty z guarany, aceroli, żurawiny, szałwii, sosny i rozmarynu, skutecznie zwalczające wolne rodniki oraz zapobiegające starzeniu się skóry.


W przesyłce znalazłam również dwa kosmetyki, które określiłabym mianem travel size. Są to małe buteleczki, które idealne sprawdzą się zabrane w niedaleką podróż. Są to: woda micelarna oraz intensywnie regenerujący olejek do twarzy. Oba produkty, choć niepozornych rozmiarów, mają takie pojemności, które pozwalają na dość dokładne zapoznanie się z nimi.  


Woda micelarna, podobnie jak balsam, mieści się w opakowaniu wykonanym z ciemnego szkła. Sposób aplikacji jest inny. Tu mamy do czynienia z atomizerem. Muszę przyznać, że to rozwiązanie bardzo przypadło mi do gustu i jeżeli chodzi o płyny micelarne, to używam go po raz pierwszy. Jest to sposób bardzo wygodny. Woda ta bazuje na hydrolacie różanym, więc nie trudno się domyślić, że również taki ma zapach. Wodę micelarną aplikuję na dwa sposoby - czasem psikam na wacik i zmywam makijaż, a innym razem aplikuję bezpośrednio na twarz. Ta opcja jest bardziej wydajna, więc stosowałam ją najczęściej. Atomizer bardzo dobrze radzi sobie z rozpylaniem substancji - robi to równomiernie, a sam promień rozpylenia nie jest zbyt szeroki, dzięki czemu większość wody trafia na nasza twarz, a nie w powietrze. Produkt dobrze radzi sobie z usunięciem makijażu - nawet tego mocniejszego. Ponadto w przyjemny sposób odświeża naszą twarz.


INTENSYWNIE REGENERUJĄCY OLEJEK DO TWARZY - INTENSE SKIN REPAIR OIL

Na koniec zostawiłam najmniejszy produkt, choć niech nie ten mały rozmiar Was nie zwiedzie. Podobnie, jak w przypadku pozostałych produktów, on również mieści się w szklanym opakowaniu, do którego zastosowano inne rozwiązanie aplikacji - pipetę. Podoba mi się to, że sposoby aplikacji dostosowywane są do konsystencji i właściwości produktów - dzięki temu wpływają na komfort i wygodę testowania. Często spotykam się z produktami, którym tego dopasowania brak i wtedy używanie jest zmorą, a nie przyjemnością. Tu wszystko chodzi, jak w zegarku. Opakowanie mieści w sobie zaledwie 5 ml produktu, jednak w przypadku olejków, które są bardzo wydajne, taka ilość wystarcza spokojnie na wiele użyć. Produkt stworzony jest na bazie czystego różnego olejku. Zawiera szerokie spektrum składników aktywnych: witamin, przeciwutleniaczy oraz nienasyconych kwasów tłuszczowych Omega 3, 6 i 9, które głęboko nawilżają, odbudowują i regenerują skórę, wzmacniając jej napięcie. Bogaty w najcenniejsze dla skóry oleje roślinne: olej z pestek róży, żywiczny z krystalicznych „kropel-łez” drzewa Pistacja Lentiscus, olej monoi, arganowy, lniany oraz buriti, a także w antyoksydacyjne ekstrakty z guarany, aceroli, rokitnika, żurawiny i camu camu. Aż trudno uwierzyć, że w tak małym opakowaniu mieści się tyle dobra! Do jednej aplikacji wystarczą zaledwie 2-3 krople produktu, co jak sami widzicie, jest naprawdę niewielką ilością. Zapach jest intensywny i różany. Kilka użyć wystarczy, by zauważyć pozytywne zmiany w wyglądzie naszej skóry. Twarz jest bardziej promienna, wygląda na wypoczętą, co w konsekwencji sprzyja jej ogólnej prezentacji wizualnej.

Cieszę się, że mogłam poznać kosmetyki d'Alchemy. Jak widzicie, w tych pięknych opakowaniach mieszczą się produkty, które niemal w 100% składają się z naturalnych produktów. Składy robią ogromne wrażenie (podane są na stronie producenta, do której zalinkowałam konkretne produkty), bo już na pierwszych miejscach widnieją drogocenne składniki. Życie w zgodzie z naturą - to bardzo ważna sprawa, przynajmniej dla mnie. Jak widać każdy sposób jest dobry, by każdego dnia być jej coraz bliżej.

Znacie kosmetyki d'Alchemy? Który z powyższych zaciekawił Was najbardziej?

Czytaj dalej

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Ślub, wesele - a co po nim? Impreza poprawinowa w domu!

Odkąd zajmuję się organizacją własnego ślubu i wesela, każda kolejna sprawa do załatwienia spędza mi sen z powiek. Na hasło "ślubny/a/e" ceny poszczególnych rzeczy windują w górę, jak szalone i to często nawet o 200%. To nawet przykre, kiedy widzi się, w jak perfidny sposób niektóre firmy chcą się bogacić. No ale niestety tego nie da się zmienić. Trzeba jednak szukać okazji żeby nie pójść z torbami. O ile salę na zabawę weselną mam zarezerwowaną od blisko 2 lat, tak organizacja poprawin ciągle stoi pod znakiem zapytania. Bardzo prawdopodobne jest to, że odbędą się one również na sali weselnej. Jeżeli tak będzie, pozostaje sprawa tego, co robić, kiedy poprawiny się skończą, a goście nadal u nas zostają?


Nie pozostaje nic innego, jak szybkie zorganizowanie kolejnego przyjęcia w domu. Zabawa poprawinowa ma to do siebie, że nie trwa tak długo, jak weselna. Jest to zaledwie kilka godzin, zazwyczaj 5-6 i goście powoli się wykruszają. Na każdym weselu są jednak goście miejscowi, ale również goście przyjezdni, nierzadko z daleka, którymi trzeba się również zająć później. Wspólnie z mamą wymyśliłyśmy, że dla takich osób zrobimy kontynuację w domu, a w moim przypadku na podwórku. Będzie to już impreza w bardziej kameralnym gronie, ale o jej wygląd również trzeba zadbać. Zastanawiałam się co mogłoby mi pomóc w organizacji takiej imprezy. Z pewnością pokusimy się o zorganizowanie grilla. Jest to najszybszy sposób nakarmienia dużej liczby gości. Pierwszą pomocną sprawą są niewątpliwie namioty - na wypadek tego, gdyby pogoda spłatała nam figla. Je już mam, ponieważ pożyczymy je od OSP, do której należę. Stoły i ławki pod namiot również mam, ponieważ te zostały nam po weselu mojego brata. 


Jak już Wam wspominałam, moje wesele odbędzie się 16.06.2018r i jak wiadomo, pogoda wtedy może być naprawdę sprzyjająca i obfitująca w upały. Trzeba wtedy pamiętać o dobrym nawodnieniu, a w taki upalny dzień nie ma nic lepszego, niż zimny napój. Powyższy stolik, nowoczesny podświetlany barek,  wydał mi się fajną opcją na taką okoliczność. Na górze mamy zwykły blat, na którym możemy ustawić różnego rodzaju przekąski, z kolei na dole duży pojemnik, który możemy uzupełnić lodem i chłodzić w nim różnego rodzaju napoje czy alkohol. Poza taką imprezą, "mebel" ten może pełnić funkcję stolika kawowego na tarasie, a jego dół może służyć nam za schowek na różnego rodzaju akcesoria. Podświetlenie tego stolika to jego kolejny atut - fajnie będzie się to prezentowało wieczorem.


Bardzo fajną kwestią przy organizacji grilla są stoliki pomocnicze. Poniższy barek ogrodowy jest duży i pojemny, dlatego do szafek możemy pochować wszystkie przydatne rzeczy, jak ścierki, ręczniki papierowe, napoje czy inne akcesoria. Tak pojemna szafka sprawi, że nie będziemy musieli co chwilę pędzić po coś do domu. Ma aż 183 litry pojemności. Na wierzchu z kolei możemy przyrządzać bieżące posiłki, np. sałatki czy doprawiać mięso, które zaraz wrzucimy na ruszt. Blat jest ze stali nierdzewnej, więc posłuży na lata. Barek idealny do ogrodu czy na taras i podczas organizacji każdego rodzaju przyjęcia na świeżym powietrzu. 


Organizujecie różnego rodzaju przyjęcia na świeżym powietrzu? Lubicie na takie przyjęcia chodzić?

Czytaj dalej

Suknia ślubna - rzecz, która spędza sen z powiek niejednej przyszłej Panny Młodej

Wybór odpowiedniej sukni ślubnej powinien być jednym z piękniejszych dni w życiu kobiety. W moim zdecydowanie tak nie było. Jeżeli ma się kilka ponadprogramowych kilogramów nie jest to nic fajnego. Byłam w 4 salonach sukien ślubnych i w każdym mierzyłam suknie w rozmiarze 38 - nie dlatego, że taki rozmiar noszę, a dlatego, że innych rozmiarów tam po prostu nie ma. Trochę to przykre, ale takie są realia. Mierzy się za małe suknie i potem krawcowe w danym salonie szyję je pod nasze wymiary. Na suknię przeznaczyłam sobie 3000 zł i po rozmowach z koleżankami uznałam, że będzie to kwota odpowiednia, bo każda z nich płaciła właśnie cenę, która krążyła wokół tej stawki. Wycieczka po salonach uświadomiła mi, jak bardzo się mylę myśląc, że to wystarczy. Żadna z sukien, która mi się podobała, nie kosztowała mniej, jak 3000 zł. Powiem więcej, ceny sięgały blisko 4000 zł. Uznałam, że nie chcę marnować tylu pieniędzy na suknię na jeden wieczór, by później nie móc sprzedać tej sukni. Postanowiłam, że uszyję ją u krawcowej i tym sposobem zamknę się w ok. 2500 zł. Taką kwotę jestem w stanie wydać na swoją suknię bez większego żalu. Dziś przychodzę do Was jednak z inną propozycją. Gdybym tylko nosiła wcześniej wspomniany rozmiar 38, z pewnością skusiłabym się na suknię ślubną z Internetu z uwzględnieniem ewentualnych przeróbek i cieszyłabym się piękną suknią za grosze. Dziś właśnie chcę pokazać Wam kilka modeli sukien Ivory Lace-up Wedding Dresses.


SKROMNA SUKNIA ZAWSZE W MODZIE

Był taki czas, że sukienki w typie księżniczek dominowały wszystkie wesela. Każda kobieta tego dnia chciała się czuć, jak wspomniana księżniczka, wyróżniać się na tle innych przybyłych kobiet. Teraz mam wrażenie, że wiele Panien Młodych decyduje się na coś skromniejszego, eleganckiego i z klasą. To, że suknia jest skromna, nie znaczy, że nie zrobi wrażenia na gościach. Ja zdecydowałam się właśnie na suknię w podobnym stylu. Góra koronkowa, bez rękawów, dół z kolei będzie muślinowy, a do tego małe koło. Suknię możecie znaleźć TU


 SUKNIE A'LA KSIĘŻNICZKI

Myślę, że mimo wszystko tych sukni nie może zabraknąć w zestawieniu. Poszukując swojej idealnej sukni od razu wiedziałam, że nie będzie to księżniczka. Nie dlatego, że do takich sukni mam awersję. Najzwyczajniej w świecie, chciałabym, by moja suknia pasowała również do mojego przyszłego męża. Mój narzeczony jest zaledwie 2-3 cm wyższy ode mnie, ma ok. 180 cm i... Po prostu nie czułabym się komfortowo przy nim, a wyglądałabym wręcz jak beza. Myślę, że na taką suknię spokojnie mogą pozwolić sobie filigranowe kobietki, które mają wysokich partnerów. Wtedy wygląda to bardzo dobrze. Poniższe suknie możecie znaleźć TU, TU i TU.


SUKNIA A'LA SYRENA (in. RYBKA)

Jest to najbardziej wymagający rodzaj sukni ślubnych, jakie są. Są to piękne i eleganckie suknie, które uwydatniają ponętne kształty i sylwetkę, ale są również bezlitosne dla ewentualnych niedoskonałości. Pozwolić sobie na nią mogą kobiety o nienagannej figurze. Dolna część sukni jest najczęściej jej największą ozdobą. Tył sukni bardzo często przechodzi w tren. Powyższe suknie możecie obejrzeć TU, TU i TU


To są 3 modele sukien ślubnych, które są najbardziej popularne w salonach. Niemal każdego roku jestem na jakimś ślubie i w większości Panny Młode stawiają jednak na prostotę. Nie ukrywam, podoba mi się to. Mam nadzieję, że z moją suknią ślubną nie będzie żadnych przebojów i że finalnie będę z niej bardzo zadowolona. Z mojego póki co małego doświadczenia w zakresie sukni mogą powiedzieć, że to co nam się podoba i zamysł z jakim idziemy do salonu, szybko zostanie zweryfikowany. Ja szłam z zamysłem kupna sukni odcinanej pod biustem, z rękawkiem do łokci w odcieniu ecri, a okazało się, że pasuje mi suknia odcinana w pasie, bez rękawów w kolorze czystej bieli. Wcześniej wspomniane suknie bardzo mnie skracały i pogrubiały. Nawet, jeżeli zdecydujecie się na zakup sukni przez Internet czy na uczycie u krawcowej, fajnie jest pochodzić po salonach, trochę poprzymierzać i przekonać się, w czym jest nam naprawdę dobrze. W sklepie okdress.co.uk znajdziecie masę pięknych sukien ślubnych w cenach często o połowę tańszych niż w salonach. Rozmiarówka jest naprawdę duża, więc każda znajdzie tu coś dla siebie. Wydaje mi się, że czasem warto zaryzykować. Na facebooku jest grupa dla Panien Młodych i tam często oglądam zakupy z tego typu stron - w większości są to naprawdę godne uwagi wybory.

A Ty jaką miałaś suknię ślubną? Jeżeli jesteś przed tym wielkim dniem, to napisz, który model (ogólnie) wybrałaś dla siebie?
Czytaj dalej

piątek, 12 stycznia 2018

Kolorowy akcent w kuchni - inspiracje


Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu ruszy budowa naszego domu. Będzie miało to miejsce na wiosnę i bardzo mnie ten fakt cieszy. Już przebieram nogami na myśl o urządzaniu wnętrz, o dekorowaniu pomieszczeń i ogólnie o rozmieszczeniu wszystkiego w pokojach. Nie wiem jeszcze, czego tak naprawdę chcę, poza jednym. Mam na myśli kuchnię. Tu mam już mniej więcej sprecyzowane wymagania, bo będzie to kuchnia w bieli i szarościach, marzy mi się cegiełka na ścianie. Ogólnie cały dom chciałabym urządzić w stylu skandynawskim, który charakteryzują odcienie bieli, szarości i czerni, a także spory minimalizm.


Pomyślałam jednak, że chciałabym ten styl lekko ożywić. Skandynawskie wnętrza dają poczucie czystości, sterylności i ogólnego ładu. Odpowiada mi to, ale jestem dość żywiołową osobą i chciałabym właśnie te biele i szarości ożywić. Fajnym sposobem na to, jest dodanie jakiegoś kolorystycznego akcentu. W mojej głowie narodził się pomysł neonowych dodatków. Jeszcze nie wiem, jak mogłoby to wyglądać na żywo, ale widzę ostre różowe lub fuksjowe poduszki na mojej szarej kanapie w salonie. 


Bardzo lubię też, gdy każde pomieszczenie w domu tworzy spójną całość z pozostałymi pomieszczeniami. O ile neonowych mebli w kuchni sobie nie sprawię (haha), tak fajnym nawiązaniem do wspomnianego salonu byłyby baterie kolorowe


Wydaje mi się, że jest to dość odważny krok, ale z pewnością kuchnia nabrałaby charakteru i nietuzinkowości. Nie widziałam jeszcze na żywo kolorowej baterii chociażby w sklepie, w domu u kogoś tym bardziej, ale jestem niezmiernie ciekawa tego widoku. Jest to dość mały akcent, ale z pewnością zwróciłby na siebie uwagę.

Co myślicie o kolorowej baterii w kuchni?
Czytaj dalej

BUNA - KOSMETYKI NATURALNE Z ALOESEM

Kosmetyki naturalne stają się coraz bardziej pożądanymi przez konsumentki produktami. Nie ma się czemu dziwić. Kobiety są coraz bardziej świadome, jak wiele dobrego niesie ze sobą naturalna pielęgnacja. Będąc w drogeriach widzę, jak wiele kobiet analizuje składy kosmetyków widniejących na półkach - ja również zaczęłam zwracać na to uwagę. Poza tym, coraz rzadziej sięgamy po produkty, które pakowane są do kartonowych pudełeczek, korzystamy z coraz to mniejszej ilości foliowych torebek na poczet ekotoreb czy toreb papierowych ecobagnetwork.eu. To bardzo pocieszające, że tak dobre nawyki wchodzą nam w krew. Nie powiem, że używam wyłącznie kosmetyków naturalnych, bo to nie prawda, jednak prawdą jest to, że w mojej pielęgnacji z każdym miesiącem jest ich coraz więcej. Dziś chciałabym przedstawić Wam fajne trio marki Buna - z zielnika babuni. 


BUNA - KREM DO SKÓRY SUCHEJ I WRAŻLIWEJ NA DZIEŃ I NA NOC - ALOES 

W pierwszej kolejności chciałabym zacząć od kremu do skóry suchej i wrażliwej. Uprzednio zapakowany jest w kartonowe pudełeczko, na którym widnieje wiele cennych informacji, jak np. kilka słów o marce, aloesie, sposób użycia, rezultaty czy rada, która brzmi "Pij dużo wody dla zdrowia i urody". Krem mieści się w ciemnozielonym, plastikowym opakowaniu na zakrętkę.Wizualnie prezentuje się ładnie. Do tego na opakowaniu widnieje grafika aloesu, co od razu zdradza nam, co jest głównym składnikiem tych produktów. Do opisu zastosowano ciekawą czcionkę. W środku znajdziemy zabezpieczenie w postaci sreberka - u mnie jest ono zawsze mile widziane. Konsystencja kremu jest w sam raz - ani rzadka, ani gęsta. Dobrze się rozsmarowuje, szybko wchłania (ja nanosiłam dość cienką warstwę) i nie pozostawia żadnego lepkiego, czy tłustego filmu. Niewątpliwym walorem tego produktu jest jego piękny, słodki i zarazem orzeźwiający aloesowy zapach z jakimś dodatkiem - ciężko rozgryźć mi co to mogłoby być, jednak wiem jedno, że razem tworzy piękną całość. Kremuję się zazwyczaj na noc, rano często nie mam na to czasu. Przy systematycznym stosowaniu moja skóra jest nawilżona, pozbawiona suchych skórek i gładka w dotyku. Jako osoba posiadająca skórę wrażliwą nie doznałam żadnego dyskomfortu związanego z używaniem produktu. Krem ten kupimy za ok. 12 zł / 50 ml, więc biorąc pod uwagę dość dobrą wydajność i fajny skład wydaje mi się, że nie jest to wygórowana cena, a wręcz przeciwnie.



BUNA - PŁYN MICELARNY DO SKÓRY SUCHEJ I WRAŻLIWEJ - ALOES 


Ostatnio mam to szczęście, że ciągle trafiam na fajne płyny micelarne. Kiedyś było tak, że mało który nie wywoływał u mnie pieczenia czy zaczerwienienia. Teraz takie sytuacje są u mnie sprawami jednostkowymi i sporadycznymi, dlatego z miłą chęcią przedstawiam Wam płyn micelarny do skóry suchej i wrażliwej Buna. Mieści się on w dość sporej butelce, która kolorystycznie i graficznie jest niemal identyczna, jak krem. Zamknięcie typu "press" jest moim ulubionym przy płynach micelarnych, więc cieszę się, że tu właśnie takie rozwiązanie zastosowano. Zapach identyczny, jak przy kremie - aloesowy z jakąś słodką, jakby pudrową nutką. Płyn świetnie radzi sobie ze zmyciem makijażu twarzy czy oczu. Tusz do rzęs, cienie, eyeliner czy szminka nie stanowią dla niego większego wyzwania. Zmywa wszystko do pełnej czystości, a dzięki zawartości ekstraktu z aloesu, wody jaśminowej czy alantoiny w składzie świetnie łagodzą ewentualne podrażnienia. Płyn micelarny kosztuje niecałe 11 zł za 380 ml, więc uważam, że to idealna cena.




BUNA - ŻELOWA MASECZKA ŁAGODZĄCA - ALOES 

Ostatnim produktem z serii aloesowej jaki mam, jest żelowa maseczka łagodząca. Mieści się ona w plastikowej, miękkiej tubie, dzięki czemu łatwo wydobywa się produkt ze środka. Będzie tak do samego końca - zdecydowanie. Żel posiada zamknięcie na "klik", co też jest wygodnym rozwiązaniem. Szata graficzna idealnie zgrywa się z pozostałymi produktami z serii. Zapach ten sam, jak w przypadku pozostałych dwóch produktów. Konsystencja jest żelowa, bezbarwna i szybko się rozsmarowuje oraz wchłania. W kontakcie ze skórą twarzy jest bardzo przyjemna, bo na początku delikatnie chłodna. Na drugim miejscu w składzie, zaraz po wodzie, znajdziemy ekstrakt z aloesu, dalej ekstrakt z babki lancetowatej, mocznik czy kwas hialuronowy. Po przeczytaniu tego składu miałam pewność, że żel świetnie nawilży moją twarz i tak w rzeczywistości było. Twarz była gładka i delikatna w dotyku. Przez pewien czas miałam tak, że co chwilę dotykałam policzków, bo tak podobał mi się ten efekt. Żelową maseczkę nanosi się na twarz i pozostawia do wyschnięcia (ok. 15 minut) - nadmiar ściera się wacikiem. Maseczki się nie zmywa, co dla mnie jest wspaniałą wiadomością. Można ją stosować pod makijaż. Żelową maseczkę kupimy za niecałe 9 zł / 70 ml, więc cena jest bardzo zachęcająca.





Bardzo się cieszę, że poznałam produkty marki Buna, które reklamują się jako wielopokoleniowa tradycja zielarska we współczesnym wydaniu, która odrywa tajemnice urody naszych babek i prababek. Kosmetyki te świetnie się u mnie sprawdziły, były wygodne w użyciu, przyniosły upragnione i obiecane przez producenta efekty, a do tego kosztują naprawdę niewiele, więc myślę, że każda z Was powinna ich spróbować, bo warto.

Który produkt z tej trójki podoba się Wam najbardziej?
Czytaj dalej

czwartek, 11 stycznia 2018

Nivea - płyn do demakijażu oczu

Marka Nivea jest mi szczególnie bliska. Pamiętam, że gdy byłam mała, to okrągły, granatowy krem Nivea był moim pierwszym kosmetykiem. Nakładając go na twarz naśladowałam swoją mamę i jej rytuały pielęgnacyjne. Krem ten towarzyszył mi przez wiele młodzieńczych lat i towarzyszy nadal. Cieszę się, że mogę poznawać nowości tej marki i patrzeć, jak się rozwija wprowadzając na rynek coraz to nowsze produkty. Dziś chciałabym opowiedzieć o jednym z nich, a jest nim dwufazowy płyn do demakijażu oczu.


Płyn mieści się w małej, przezroczystej buteleczce, dzięki której widać jego dwufazowość. Olejek ma różowy kolor i wygląda naprawdę uroczo. Po wstrząśnięciu kolor płynu, to pudrowy, mleczny róż. Produkt jest zakręcany, ale ja wolałabym otarcie typu "press" - jest dla mnie wygodniejsze. Jego ogólny rozmiar jest dość mały, ponieważ mieści w sobie 125 ml preparatu. Ten rozmiar określiłabym mianem travel size. Butelka jest poręczna i niewielka, więc idealnie sprawdzi się w podróży.  Taki rozmiar jest bardzo praktyczny, ponieważ nie zajmuje zbyt dużo miejsca w kosmetyczce, ani też nie ciąży.


Nie lubię płynów dwufazowych. Zazwyczaj każde ich użycie kończy się u mnie łzawieniem przez co najmniej kilka godzin. Moje oczy jakoś nie tolerują tej mieszanki. Cieszę się, co więcej, jestem nawet zaskoczona, że w tym przypadku było inaczej. Przed użyciem płynu wstrząsnęłam butelką, by obie konsystencje się połączyły tworząc jedną całość. Naniosłam niewielką ilość płynu na wacik i przyłożyłam do powieki, początkowo nie pocierając, a czekając, by kosmetyki delikatnie się "rozpuściły". Za pierwszy razem miałam na niej cały makijaż powieki, począwszy od cieni, poprzez eyeliner, kończąc na tuszu, także duży kaliber do usunięcia. Po kilku sekundach, potarłam kilka razy i większość makijażu było już na waciku. Powtórzyłam tę czynność jeszcze raz, bo jednak chciałam, by oko zostało dobrze oczyszczone i pozbyłam się kosmetyków w całości.


Na jeden demakijaż dość mocnego makijażu zużyłam naprawę niewielką ilość produktu, co świadczy o jego niebywałej wydajności. Podczas zmywania nie czułam żadnego dyskomfortu związanego z tarciem, bo takowego nie było. Poprzez swoją dwufazowość, olejek ma tłustą konsystencję co wpływa na lepszy poślizg podczas zmywania. Już po kilku sekundach delikatny makijaż zostanie usunięty w mig. Zmycie mocnego makijażu wymaga nieco więcej czasu, ale nie dlatego, że produkt nie daje rady, a dlatego, że po prostu trzeba zmienić wacik, bo kosmetyku do usunięcia jest dużo. Płyn nie podrażnił moich oczu, nie wywołał pieczenia, zaczerwienienia oczu czy łzawienia, co bardzo chwalę. Często po płynach dwufazowych w oczach pojawia się taka "mgła" od tej tłustej fazy - jeśli wiecie, co mam na myśli. Tu też niczego takiego nie było. Płyn jest bezwonny i idealnie spisuje się podczas demakijażu wrażliwych okolic oczu, jakich posiadaczką niewątpliwie jestem. Jeżeli chodzi o oddziaływanie na rzęsy, to spektakularnych zmian nie zauważyłam, ale być może za krótko go używam. Jeżeli coś w tej kwestii się zmieni, to z pewnością zedytuję wpis.

Niebawem Walentynki, a wśród moich znajomych czy bliskich jest wiele singli, którzy bardzo nie lubią tego dnia z wiadomych względów. Widok osób zakochanych niewątpliwie napawa smutkiem, kiedy jest się samotnym. Ale nie musi tak być. Naprzeciw tym smutkom wychodzą większe miasta, które organizują bardzo popularne np. w Stanach, szybkie randki speed-dates.pl/randki/warszawa. Ja już mam swoją drugą połówkę, niebawem męża, więc nie jest to temat mi bliski, jednak chciałam po prostu dać znać, że zawsze jest jakaś opcja.

Używacie kosmetyków Nivea? Znacie ten płyn dwufazowy?
Czytaj dalej

Schwarzkopf - odżywka micelarna oczyszczająca - Repair rescue

Już jakiś czas temu, w moich łazienkowych zbiorach kosmetyków do włosów, pojawiła się totalna nowość i podejrzewam, że będzie to nowość również dla Was. W Shinybox znalazłam dodatkowy produkt, tj. micelarną odżywkę oczyszczającą. Co ciekawe, jest to odżywka, którą powinniśmy używać do mycia włosów pomijając szampon. Muszę przyznać, że sceptycznie do tego produktu podeszłam, ale czy słusznie? O tym za chwilę.


Odżywka micelarna ma, aż 500 ml. Szczerze, to nie lubię tak dużych produktów, ponieważ brak mi systematyczności w zużywaniu. Jest zatem większe prawdopodobieństwo, że szybciej zużyję mniejsze opakowanie i zacznę testować coś nowego. Mimo to bardzo duży plus za pompkę - uwielbiam takie rozwiązania praktycznie we wszystkich kosmetykach. Nabieranie produktu jest proste, możemy ustalić liczbę pompek, która nam najbardziej podpowiada i tę ilość dokładnie powtarzać przy każdym myciu. Produktu tego nie należy stosować codziennie, najlepiej naprzemiennie z szamponem. Konsystencja jest idealna - nie jest rzadka, więc nie przecieknie przez palce, co wpływa na jej wydajność. Jest za to dość gęsta, ale nie sprawia problemów przy nanoszeniu na włosy. Zapach jest przyjemny dla nosa, dość świeży, ale ciężko mi go do czegoś porównać. W każdym razie przypadnie do gustu większości osób (tak myślę). Jeżeli nie, to dobra wiadomość jest taka, że nie utrzymuje się na włosach zbyt długo.


Producent zaleca stosowanie 5-10 pompek na jedno mycie. Ta różnica wynika pewnie z długości włosów użytkowników. Mają włosy do pasa, zdecydowałam się na użycie 10 pompek. Nie używam ich w większej ilości, nie mam takiej potrzeby. Początkowo, po jej zastosowaniu moje ręce, aż rwały się w kierunku szamponu. Czułam, jakby moje włosy były niedomyte. Postanowiłam się przemordować z tym uczuciem i dać jej szansę. Efekty niestety nie były zachwycające. Skalp był dość dobrze oczyszczony, nie powiem, że nie! Jednak efekt pielęgnacji włosów był znikomy. Odżywka przeznaczona jest do włosów zniszczonych - ja niewątpliwie takie mam, jednak ani po pierwszym, ani po kilku kolejnych myciach niewiele się zmieniło. Odżywka micelarna to zapewne innowacyjny i nietuzinkowy produkt, ale nie przypadł mi do gustu. Cena (ok. 60-70 zł) jest dla mnie bardzo wysoka biorąc pod uwagę, że w zasadzie niczego nie zrobiła z moimi włosami.

 Macie jakieś plany na ferie zimowe? Ja ostatnio dostałam zaproszenie od swojej kuzynki z Holandii i szczerze je rozważam. Nigdy nie byłam w tym kraju, a wielu moich znajomych właśnie tam przebywa, więc skoro nadarza się okazja, po prostu grzech z tego nie skorzystać. Kierowca jest ze mnie marny, więc nie biorę pod uwagę, że mogłabym jechać 12h autem na własną rękę, bo źle by się to dla mnie skończyło. Wiem, że za granice kursują np. busy do Niemiec, więc do Holandii też na pewno takie jeżdżą. Transport busem jest z pewnością mniej komfortowy, niż autem, ale dla mnie bardziej bezpieczny (biorąc pod uwagę moje zdolności) i ten wydłużony czas dojazdu mogłabym sobie w większości przespać, czy poczytać książkę. To fajna opcja, co o tym sądzicie?

Używałyście odżywki micelarnej Schwarzkopf? Może u Was spisała się lepiej?
Czytaj dalej

środa, 10 stycznia 2018

Celia art - kosmetyki kolorowe do makijażu

Odkąd nieco bardziej zaczęłam interesować się makijażem i techniką jego wykonywania, testowanie kosmetyków kolorowych stało się niemal moim hobby. Bardzo lubię poznawać nowości, szczególnie jeżeli chodzi o pomadki do ust, bo ich używam każdego dnia. Dziś chciałam Wam opowiedzieć trochę o nowościach kolorowych marki Celia, w której skład wchodzą: fluidy, pomadki matowe w sztyfcie, kredce, tusz do rzęs oraz kredki.


CELIA ART - NUDE - MATUJĄCE FLUIDY KORYGUJĄCE - ODCIENIE 01 ECRU i 02 NATURALNY

Fluidy mieszczą się w plastikowych tubkach. Wykonane są one z miękkiego plastiku, więc wydobywanie produktu jest banalnie proste. Zamknięcie na zakrętkę, typowe dla takich opakowań. Szata graficzna dość kolorowa, ale ładna. Oba fluidy są w pojemności 30 ml. Zapach nie jest zbyt zachęcający, ale jest na tyle delikatny, że nie przeszkadza. W kolekcji mam dwa najjaśniejsze odcienie, tj. ecru oraz naturalny. Mimo jasnej karnacji oba kolory są dla mnie odpowiednie, ponieważ dobrze stapiają się z moim naturalnym kolorem cery. Produkty fajnie ujednolicają kolor skóry i sprawiają, że wygląda ona ładniej, promienniej. Krycie nie jest za mocne. Uważam, że są to produkty idealne do używania na co dzień. Dobrze matują moją tłustą w niektórych miejscach skórę. Kosztują niewiele, bo jedynie 8 zł / szt.



CELIA ART - POMADKI MATOWE O ODŻYWCZEJ FORMULE - KOLORY 02 ORAZ 03

 Pomadki tej marki nie są mi obce. Miałam już przyjemność kiedyś je testować i zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, więc byłam dobrej myśli podczas używania tych nowych. Warto zacząć od ich wyglądu, bo jest naprawdę ładny i elegancki. Pomadki mieszczą się w jakby metalowych opakowaniach w kolorze szampańskiego złota. Uprzednio zapakowane są w papierowe opakowania Zapach pomadek jest bajeczny - ciężko mi opisać, czym pachną, ale zapach ten jest niezwykle kuszący. Trochę jak jakiś owocowy budyń - no bajka! Trafiły do mnie dwa kolory, tj. 02, który dla mnie wpada w różowe tony oraz 03, któremu bliżej do brązu. Pierwszy raz mam problem ze sprecyzowaniem kolorów. W każdym razie, wydaje mi się, że są to produkty uniwersalne. Pomadki są niby matowe, ale nie jest to taki wysuszający mat - wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że pomadki fajnie nawilżają i dbają o nasze usta. Nie podkreślają suchych skórek, co przy matach jest częstą zmorą kobiet. Kolory są intensywne, dobrze napigmentowane. Nie zastygają na ustach, więc trwałość nie jest powalająca, ale spokojnie trzymają się na ustach kilka godzin. Jestem z nich bardzo zadowolona i używam ich niemalże codziennie. Dostępne są w 6 kolorach. Kosztują ok. 10 zł.


CELIA ART - POMADKI W KREDCE CHUBBY LIPSTICK - ODCIENIE 13 ORAZ 15

Kolejnym typem pomadek z kolekcji Celia Art są pomadki w kredce. Nie jest to mój ulubiony rodzaj pomadek, ale przed użyciem nigdy niczego nie skreślam. Pomadka w odcieniu 3 jest bardzo w moim stylu, ponieważ jest to ciemniejszy, brudny róż z domieszką brązu. Z kolei odcień 15, to odcień czerwony, który u mnie na ustach gości niebywale rzadko. Mimo to, odcień ten jest bardzo soczysty i krwisty. Na początku napisałam, że rzadko używam pomadek w kredce. Dzieje się tak dlatego, że aplikowanie ich na ustach jest dla mnie bardziej pracochłonne, bo operujemy dużo mniejszą powierzchnią samej pomadki. Mimo to, aplikowanie jest bardzo wygodne. Pomadka fajnie się rozprowadza dzięki swojej kremowej konsystencji. Kosmetyki te są dobrze napigmentowane, ładnie i szybko pokrywają całe usta. Zapach nie jest zbyt zachęcający i za to minus. Pomadki są wysuwane, więc jeżeli zużyjemy odpowiednią ilość, możemy wysunąć resztę. Kosztują ok. 10 zł.




CELIA ART - TUSZ DO RZĘS 3 W 1 STYMULUJĄCA WZROST RZĘS

Wygląd maskary spodobał mi się od początku. Jest ono srebrne, fajnie odbija światło. Napisy i dodatki mają kolor fioletowy, który ze srebrem fajnie się komponuje. W środku mamy silikonową szczoteczkę - takie lubię najbardziej. Żałuję, że nie jest ona zaokrąglona, bo do takich jestem najbardziej przyzwyczajona. Na szczoteczkę nabiera się odpowiednia ilość tuszu, jednak szczoteczka jest na tyle długa, że najwięcej nabiera się go na sam koniec, co jest trochę uciążliwe. Tusz ma ładny, czarny kolor. Aplikacja nie sprawia problemów. Rzęsy są ładnie rozdzielone, a bałam się, że będą one posklejane. Rzęsy są subtelnie wydłużone, ale bez szaleństw. Są też ładnie podkręcone. Przydałoby się jeszcze fajne pogrubienie i byłabym bardzo zadowolona. Tego jednak nie ma, więc tusz oceniam, jako dobry i codzienny. Kosztuje on tylko 10 zł, więc też ciężko wymagać cudów.


CELIA ART - CZARNA KONTURÓWKA DO OCZU

Konturówek nie używałam od lat - kreski robię za pomocą eyelinera w płynie i ta opcja jest dla mnie najwygodniejsza.  Konturówką posłużyłam się do opisania numerami swatchów pomadek i podczas tej czynności zauważyłam, że ten produkt ma potencjał. Po pierwsze ma intensywny, czarny kolor. Gryf jest miękki, więc fanie się ją aplikuje, a co najważniejsze konturówka ta jest mega trwała. Ciężko ją zmyć micelem, a więc narysowana nią kreska utrzymuje się naprawdę długo. Konturówka jest w kredce, więc trzeba ją temperować.



CELIA ART - AUTOMATYCZNA KONTURÓWKA DO OCZU - GRAFITOWA

Konturówki automatyczne przemawiają do mnie zdecydowanie bardziej, niż te w kredce, jeżeli chodzi o opakowanie. Zdecydowanie bardziej lubię wykręcić kredkę z opakowania, niż tą temperować, bo temperówki są u mnie produktem deficytowym. W paczce znalazłam konturówkę o grafitowym kolorze, więc jest to nic innego, jak ciemny ocień szarości. Niestety nie widzę zastosowania tego koloru w swoim makijażu. Mimo to, mogę powiedzieć, że produkt ten ma fajną konsystencję, którą dobrze się aplikuje. Użyłam jej kilka razy, ale zdecydowanie bardziej na powiece wolę czarne kolory.


Jak widzicie, dotarła do mnie moc kolorówki. Jedne produkty są naprawdę godne uwagi, inne spisały się nieco gorzej, jednak biorąc pod uwagę półkę cenową tych kosmetyków, ogólna ocena jest bardzo dobra. Wymagać jest bardzo łatwo, ale w ogólnej ocenie muszę pod uwagę wziąć wszystkie aspekty, a głównym jest stosunek jakości do ceny i w tym porównaniu kosmetyki te wypadają bardzo dobrze. Najbardziej z tej gromadki polecam Wam pomadki w sztyfcie - zakochacie się w tym zapachu i konsystencji, gwarantuję.

Ostatnio  coraz mniej motywacji mam na to, by pisać. Bardzo lubię to robić, ale po tylu dniach wolnego, dopadła mnie jakaś niemoc. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się ruszyć z kopyta. Ostatnio myślałam na zakupieniem gadżetów reklamowych. Skupiłabym się głównie na długopisach, może czymś słodkim, jak krówki,  albo vlepach, które mogłabym dołączać np. do paczek, które wygrywacie u mnie w rozdaniach. Dla firm pracujących na większą skalę fajnym gadżetem wydają się beanbag, które są niczym innym, jak pufami reklamowymi. Zawsze chciałam mieć taką pufę, bo jest bardzo wygodna. Mogłabym usadowić się w niej przed telewizorem i oglądać ulubiony film.

Znacie kolorówkę marki Celia? Który produkt zaciekawił Was najbardziej?
Czytaj dalej

Zimowy manicure hybrydowy oraz pomysł na elegancki prezent z Daniel Wellington

W ferworze świątecznych przygotowań, wiecznego sprzątania i niekończącego się gotowania czy pieczenia, udało mi się wygospodarować wolny wieczór (a może nawet i noc, bo było już grubo po 23), by przygotować nowy, świąteczny manicure. W tamtym roku postawiłam na odcienie niebieskiego i bieli, a w tym roku postawiłam na klasykę, czyli czerwień i szampańskie złoto. Jeżeli chodzi o kształt paznokci, to tu jestem nudna. Nie eksperymentuję w tym zakresie, bo w takim kształcie czuję się po prostu dobrze i nie widzę potrzeby, bym miała to zmienić. Czerwienie rzadko goszczą na moich paznokciach, ale święta i ten wzniosły czas, który im towarzyszy sprawił, że uznałam, że nie mogę wybrać inaczej. Skusiłam się na czerwień Evonails. Nie mogłam wybrać innego koloru, jak 30 Poinsettia, bo chyba bardziej świątecznie już się nie da. Do tego nałożyłam szampańskie złoto w odcieniu 103 Marigold. Postanowiłam dodać jeden mały, zimowy akcent w postaci skromnej, białej śnieżynki. Takie naklejki do swojego rodzaju nadruk. A takie nadruki w dzisiejszych czasach można robić niemal na wszystkim. Mogą to być obrazy, naklejki czy plakaty, które możecie pooglądać na digitaldruk.pl. Nieskromnie mówiąc, całość bardzo mi się podoba i dobrze czuję się w takiej kolorystyce.


Poza ładnym, iście świątecznym i zimowym manicure, moją rękę w tym roku zdobi również nowy zegarek Daniel Wellington. Muszę się przyznać, że chorowałam na nie kilka lat, ale nigdy nie było odpowiedniego momentu. Mikołaj sprawił mi jednak niespodziankę i takim oto sposobem przywędrował do mnie mój wymarzony, pierwszy zegarek DW. Zegarek jest cały czarny z dodatkami kolory Rose Gold, co tworzy bardzo elegancką i spójną całość. Pasek to typowa bransoleta, pleciona, zamykana na zatrzask. Jest oczywiście wymienna, więc w każdym momencie można dokonać zmiany na pasek nylonowy czy skórzany.


Zegarek Daniel Wellington to idealny pomysł na prezent. Wszystko jest pięknie i elegancko spakowane. Ja jestem w posiadaniu Bundle Boxa - w jego skład wchodzi zegarek i bransoletka (lub dodatkowy pasek). W pudełku wszystko ma swoje miejsce, co daje nam wrażenia ładu i porządku. To mi się podoba! Mam dla Was dobrą wiadomość! Wszystkie produkty Daniel Wellington możecie kupić taniej!

Podczas zakupów, posługując się kodem "BYCKOBIETA" dostajecie 15% zniżki na cały asortyment Daniel Wellington. Jeżeli skusicie się na zestaw zegarek + bransoletka (lub pasek) z moim kodem zniżka ta będzie wynosiła, aż 25%! 

Jeżeli wciąż nie macie pomysłu na prezent świąteczny bądź noworoczny dla kogoś bliskiego, przychodzę z pomocą! Zegarek to prezent elegancki i z klasą  - z pewnością wywoła wiele radości u osoby obdarowanej. 

Podoba się Wam mój manicure? A Wy co macie na pazurkach? Ucieszyłybyście się z zegarka otrzymanego w prezencie?

Czytaj dalej

Nivea - Rich Nourishing - suchy olejek

Nivea co i rusz rozpieszcza swoje "Przyjaciółki" z klubu kolejnymi nowościami. Tym razem dotarł do mnie suchy olejek Nivea do pielęgnacji ciała z serii Rich Nourishing. Muszę przyznać, że kiedyś nie przepadałam za olejkami, bo denerwowała mnie ich tłustość. Odkąd na rynku pojawiły się suche olejki, sięgam po nie znacznie częściej i przede wszystkim chętniej. Dziś właśnie chcę Wam opowiedzieć o jednym z takich olejków.


Standardowo zacznę od wyglądu. Olejek mieści się w wykonanej z twardego plastiku, przezroczystej i barwionej na niebiesko butelce. Prezentuje się ona naprawdę ładnie, ponieważ fajnie odbija światło, co tworzy ładny efekt. Opakowanie zamykane jest na zakrętkę. Po jej zdjęciu naszym oczom ukazuje się dzióbek. Mógłby być on bardziej szpiczasty, ponieważ troszkę ciężko wydobywa się olejek ze środka. Zapach tego kosmetyku jest identyczny, jak woń podstawowego, niebieskiego kremu Nivea. Bardzo lubię ten aromat, więc cieszę się z takiego rozwiązania. Nie będę rozwodziła się na temat konsystencji, bo jak sama nazwa produktu wskazuje, jest ona oleista, dość rzadka. Olejku w butelce mamy 200 ml. Z tyłu widnieje kilka informacji o samym olejku w różnych językach.



Olejek nanosiłam na swoje ciało systematycznie, raz dziennie, przed snem. To co bardzo mnie zaskoczyło, było to, że olejek błyskawicznie wchłaniał się w moją skórę. Nie pozostawiał żadnej tłustej czy lepiącej warstwy. Na skórze można było dostrzec delikatny film, ale nie jest to nic uciążliwego. Olejek nie brudzi piżam, nie pozostawia tłustych czy innych nieestetycznie wyglądających plam za co mu chwała. Otula naszą skórę pięknym zapachem, który utrzymuje się naprawdę bardzo długo na ciele - bajka! Do tego gwarantuje nawilżenie na odpowiednim poziomie. Skóra po stosowaniu jest gładka i przyjemna w dotyku, a do tego zdecydowanie bardziej jędrna.

Aż ciężko uwierzyć w to, jak ten czas szybko mija. Niedawno witaliśmy 2017 rok, a teraz mamy już rok 2018. Zazwyczaj początek nowego roku to idealny czas na planowanie i podejmowanie nowych wyzwań czy decyzji. Wiele osób decyduje się na otworzenie własnej działalności gospodarczej i ja kilka osób w swoim otoczeniu właśnie z takimi planami mam. Otwierając działalność warto starać się o dofinansowanie dla firm, bo dodatkowe środki finansowe zawsze się przydadzą na rozkręcenie biznesu i będą niemałym wsparciem na początku tej zapewne ciężkiej drogi.

Lubicie używać suchych olejków? Znacie ten od Nivea?
Czytaj dalej

Manicure hybrydowy - Dolce Vita Nails - ombre

Ostatnio rzadko pokazuję Wam swoje paznokcie, bo jakoś nie było się czym chwalić. Ostatnio idąc na wesele powtórzyłam manicure, który już Wam tu pokazywałam, więc uznałam, że nie będę Wam go tu prezentowała po raz drugi. Ostatnio miałam też mały wypadek. Rozcięłam sobie z boku opuszek palca, aż do samego paznokcia, więc ściąganie starego manicure też nie wchodziło w grę. Teraz mój palec się zagoił, a ja wybywam na weekend do Olsztyna, więc jest to czas najwyższy, by odświeżyć manicure.

 

Pierwszy raz pokusiłam się na wykonanie tego typu ombre. Nie łączyłam ze sobą dwóch kolorów na jednej płytce, jak to często mi się zdarzało, a pomalowałam każdy paznokieć na inny kolor i tym samym wyszło fajne przejście od delikatnego różu, po ciemny granat z domieszką fioletu. Zawsze mi się to podobało i miałam pomalować tak paznokcie już wiele razy, ale nie miałam odpowiednich kolorów.  Od jakiegoś czasu je mam, a ich swatche mogliście zobaczyć pod koniec października.


Do powyższej stylizacji użyłam hybryd o numerach: 050, 144, 315, 080 i 152. Robiąc zdjęcie nie pomyślałam, by ułożyć je w takiej kolejności, w jakiej zastosowałam je na paznokciach, ale zaraz postaram się to naprawić i przypisać poszczególne numery lakierów do paznokci. Na kciuk nałożyłam kolor 144, na palec wskazujący kolor 080, na palcu środkowym nałożyłam odcień 315. Na palcu serdecznym widnieje kolor 152, z kolei na najmniejszym  palcu 050. Kiedy tylko naniosłam wszystkie kolory nowości hybrydowych od razu wiedziałam, że te 5 odcieni połączę ze sobą i tak zrobiłam. Czasem mam tak, że zaplanuję sobie jakiś manicure, a podczas malowania wszystko mi się odmienia. Tym razem od początku do końca wiedziałam co robię. Nie namalowałam żadnego zdobienia, ale uważam, że efekt broni się sam. 5 kolorów w jednym manicure, to i tak dużo, bez żadnych dodatków.

Na moich pazurkach kolorowo, a za oknem... Robi się podobnie. Mimo, iż od kilku dni za oknem wita nas mróz, to znika od w ciągu dnia, bo jest dość dużo słonka. Pogoda zatem dość wiosenna. W tym roku bardzo czekałam na śnieg, ale skoro Święta już minęły - tak bardzo za nim już nie tęsknię. Bardziej brakuje mi wiosny, lata, ciepłych wieczorów czy dziecięcych krzyków na podwórkach. Niebawem rozpocznie się sezon rolkowy czy deskorolkowy. W ubiegłym roku deskorolek deskshop.pl na ulicach było pełno. Sama nigdy nie jeździłam na deskorolkach, ale podobno to niezłe frajda!

Podoba Wam się powyższy manicure? A Wy jakie kolory macie teraz na pazurkach?
Czytaj dalej