piątek, 24 lutego 2017

Tła do zdjęć na bloga - z czego je zrobić? - cz. 2

Postanowiłam przygotować drugą część posta dotyczącą teł do zdjęć. Może samo ograniczenie tytułu do teł jest tu napisane na wyrost, bo często urok dobrego zdjęcia tkwi głównie w dodatkach. Poprzedni wpis bardzo przypadł Wam do gustu, a w wyszukiwaniach na blogu często to hasło się przewija.  Dlatego dziś przychodzę do Was z kolejnymi pomysłami na tła i dodatki do zdjęć, które może wykorzystać każde z Was.


#1 GAZETY
Od niedawna zaczęłam systematycznie kupować gazety. Z racji, że wybór w sklepie mam raczej ograniczony, a kiosku w okolicy brak, skupiłam się Cosmopolitanie. Okładki tej gazety wyróżniają się na tle innych, więc skłoniło mnie to do pewnych wniosków. Poza sporą dawką wiedzy, jaką można wynieść z gazet, rewelacyjnie sprawdzają się jako dodatek do zdjęć. Dzięki kolorowym okładkom idealnie wyróżniają się na zdjęciu i robią świetne tło. Przykładem wykorzystania gazety był wpis, w którym pokazywałam Wam swatche lakierów hybrydowych Evonails. Mimo, że gazeta była niebieska, to miała czerwone dodatki i świetnie skomponowała się z czerwonymi lakierami. Na zdjęciach ciekawie wyglądają nie tylko okładki, ale i wewnętrzne strony. Przykład na następnym zdjęciu.



#2 KWIATY
To tak oczywista propozycja, ale nie jest zbyt popularna - przeglądając blogi z mojej listy rzadko w kompozycjach widuję kwiaty. Może spowodowane jest to porą roku, ale... Naprzeciw wychodzą nam różne markety, w których praktycznie każdego dnia można kupić wiązkę żywych kwiatów w niewygórowanej cenie. Ostatnio udało mi się kupić pęk tulipanów (9 sztuk) za niecałe 7 zł. Wczoraj były również Walentynki, więc na pewno wiele kobiet otrzymało tego dnia kwiaty, niebawem mamy również Dzień Kobiet - pewnie kwiaty również się posypią. Fajnie byłoby, by poza faktem, że cieszą one oko w pokoju, cieszyły także oczy czytelników na Waszych blogach. Przemyćcie kwiaty do Waszych kompozycji. Ja dziś zrobiłam sobie dzień fotografowania i użyłam wspomnianych wcześniej tulipanów i mojego bukietu Walentynkowego. Kwiaty nie są wieczne, ale na fotografii będą cieszyć oko cały czas.



#3 BRYSTOL
Kiedyś, kiedy jeszcze nie miałam białego stolika z IKEA, moim białym tłem był brystol. Poniższe zdjęcie nie jest do końca takie, jak bym chciała, ale... To zdjęcie jest sprzed roku, a wtedy dopiero zaczynałam przykładać wagę do zdjęć i kompozycji. Niemniej jednak brystol jest świetnym rozwiązaniem, kiedy chcecie wykonywać zdjęcia na białym tle.


#4 DODATKI
Wszelkiego rodzaju dodatki mogą sprawić, że zdjęcie nabierze stylu. Jak już niejednokrotnie wspominałam, kupując różne dodatki do pokoju, dobieram je tak, aby przydały się również do zdjęć. Dodatkami, których używam w swoich zdjęciach, poza tymi, które wymieniłam wcześniej, są: cottonballs (zdjęcie wygląda bardzo optymistycznie, bo kule są pastelowe i kolorowe. Idealnie sprawdzą się o każdej porze roku), kosmetyki - głównie układam je wtedy, kiedy recenzuję inne kosmetyki czy gadżety, biżuteria, która dodaje elegancji na zdjęciu, papierowe podkładki do jedzenia czy inne ledowe gadżety, które dodatkowo rozświetlą zdjęcie.





Warto dbać o tła i dodatki na zdjęciach. Dzięki nim zdjęcia wyglądają przede wszystkim ciekawiej, a poprzez fotografowanie na białym tle schludniej. Ładne zdjęcia na blogu przyciągają czytelników - wiem to po sobie. Dużo chętniej dodaję do obserwowanych blogi, które mają ładne zdjęcia. Wiem, że pogoda często nie rozpieszcza, ale na szczęście istnieje wiele programów, które w każdej chwili można poprać i zainstalować i dzięki nim rozjaśniać czy wyostrzać swoje zdjęcia. Ja do obróbki używam głównie Photoscape (bardzo prosty w obsłudze program, który ma dużo funkcji).

Zwracacie uwagę na zdjęcia na swoim blogu czy u innych blogerek? Co najczęściej Wam służy jako tło?

Moje ferie właśnie dobiegły końca. Sama nie wiem kiedy ten czas zleciał, przecież jeszcze niedawno trwała sesja, a tu muszę na nowo zmierzyć się z kolejnym, ale już moim ostatnim semestrem na studiach. Ferie spędziłam niezbyt intensywnie, raz wybrałam się na wycieczkę na Górę Czterech Wiatrów do Mrągowa na narty - w zasadzie ja stałam i robiłam zdjęcia, a moi mężczyźni (tata i narzeczony) oddawali się zimowym szaleństwom. W związku z czym wcale nie udało mi się wypocząć. Kiedyś, kiedy jeszcze miałam prawdziwe ferie, bo chodziłam do szkoły - wtedy wszystko wyglądało inaczej. Każdy dzień był na wagę złota, a szaleństwom nie było końca. Były również wyjazdy na różne obozy czy kolonie, jak np. za pośrednictwem  http://www.jaworzyna.com.pl/. Jednak wszystko co dobre, szybko się kończyło. Ja właśnie kończę wpis i zabieram się za pakowanie plecaka na pierwszy w tym semestrze zjazd.
Czytaj dalej

Motyl na hybrydzie - tutorial - krok po kroku

Odkąd po raz pierwszy zobaczyłam motyle malowane ręcznie na hybrydzie - zakochałam się w nich. Nigdy jednak nie próbowałam sama ich malować, ponieważ z góry założyłam, że to zdecydowanie wykracza poza moje umiejętności. Minęło wiele czasu, zanim zdecydowałam się to sprawdzić. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Mój motylek nie dorasta do pięt większości motylkom, które zapewne widzieliście, ale pierwsze próby poczynione. Do jego namalowania użyłam pastelowych lakierów. W środku zrobiłam różowo-niebieskie ombre, ale niestety na zdjęciach niezbyt to widać. Powoli przygotowuję się do wiosny i tylko pastele mi w głowie. Następnym razem postawię na nieco ciemniejsze kolory. Przygotowałam dla Wam mały tutorial, jak namalować takiego motylka.


W pierwszej kolejności musicie zdecydować się na kolor bazowy - ja wybrałam biel, bo na niej tego typu wzorki prezentują się najlepiej (pomijam opis uprzednich czynności, jak matowienie płytki, położenie bazy, bo to chyba oczywiste). Nałożyłam dwie warstwy bieli, każdą utwardzałam w lampie. Następnie przechodzimy do narysowania zarysu motyla i wypełnienia go kolorem, jaki wybraliśmy. Moim błękitem jest limitka Semilac 000 Lazure Dream. Namalowane skrzydełka utwardzamy w lampie i powtarzamy czynność jeżeli są prześwity (jeżeli chcecie cieniowanego motylka, nanieście drugi wybrany przez Was kolor i delikatnie rozcierajcie z nieutwardzoną 2 warstwą błękitu , po czym utwardźcie w lampie). Jeżeli Wasz wzór jest już gotowy, wytrzyjcie za pomocą cleanera warstwę dyspersyjna lakieru, po czym przejdźcie do zmatowienia wzoru. Robimy to dlatego, że na "śliskim" lakierze nie będzie się nam trzymał tusz (ja używam tuszu kreślarskiego Rystor) - będzie się rozjeżdżał, a dodatkowo wolno tak wysycha.


Przechodzimy do malowania stylografem i tuszem. Ja zaczęłam od namalowaniu korpusu motylka. Najprościej mówiąc, namalowałam dwie kropki, z czego tą dolną rozciągnęłam do dołu. W następnej kolejności zabrałam się za malowanie czułek. Również namalowałam dwie kropki i od nich pociągnęłam kreski do głowy motyla. Trzeba również obrysować całego motyla, tak jak na zdjęciu nr 3. Czarne kreski rozchodzące się po skrzydełkach motyla możecie sobie darować jeżeli nie przypadły Wam do gustu i ozdobić go w inny sposób (może coś brokatowego?). Za pomocą sondy namalowałam też białe kropeczki różnych rozmiarów na czarnych elementach.


Całość należy pokryć topem i utwardzić w lampie. Jeżeli czujecie jakieś wypukłości, nanieście drugą warstwę topu. I to cała filozofia! Motyl może nie wyszedł mi idealnie, ale jak na pierwszy raz jestem zadowolona z tego małego "dzieła". Myślę, że w niedalekiej przyszłości pokuszę się o namalowanie kolejnych odsłon motylków.


Motyl kojarzy mi się z wiosną i ciepłym latem. Wiosną wszystko budzi się do życia i ja powoli zaczynam mieć w sobie więcej energii i chęci do jakiegokolwiek działania. Wiosna, to też czas przemian, głównie tych wewnętrznych. W tym roku nie miałam postanowień noworocznych, ale mam postanowienie wiosenne. W 2018 roku ślub, więc pora zrzucić trochę zbędnych kilogramów. Bacznie obserwuję dietę pudełkową http://apeteat.pl/ - to byłaby świetna alternatywa dla takiego lenia jak ja, nie musiałabym gotować (ogólnie lubię, ale nie podczas odchudzania, bo nudzi mi się to wymyślanie i liczenie kcal), a wszystko miałabym dostarczone pod nos. Musze tylko zorientować się, czy jest na to szansa, skoro mieszkam tu, gdzie mieszkam. Ktoś zdecydował się na taką dietę i powie o niej kilka słów? Sprawdziła się? Jak efekty?

Skusicie się na namalowanie własnego motylka?
Czytaj dalej

piątek, 17 lutego 2017

Golden Rose - Matte Lipstick Crayon - matowa pomadka w kredce nr 08

Firma Golden Rose, a ściślej mówiąc jej produkty, nie słabną na popularności.  Matowe pomadki stały się już produktem kultowym i must-have w każdej damskiej kosmetyczce. Zapewne większość z Was miała styczność z tą marką, a jeżeli nie, to z pewnością ma ochotę zapoznać się z nią bliżej. Wcale się nie dziwię. Dzięki świetnej jakości, schludnym opakowaniom i przede wszystkim niskiej cenie mam chęć powiększać swoją szminkową kolekcję każdego dnia i gdyby tylko mój portfel to wytrzymał, na pewno tak by się stało. Do tej pory poznałam pomadki w sztyfcie oraz w kredce. O szminkach już pisałam na blogu, teraz przyszła pora na kredkę Matte Lipstick Crayon. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda mi się także poznać matowe pomadki w płynie tej samej marki, bo jestem ich bardzo ciekawa.


Dzięki wygranemu rozdaniu u Kasi, miałam okazję wybrać sobie kolor oraz "formę" wygranej pomadki (sztyft czy kredka). Z racji, że wcześniej nie kupiłam żadnej pomadki w kredce tej marki wybór okazał się prosty. Gorzej było tylko ze zdecydowaniem się na konkretny jeden kolor. Oferta jest dość bogata, bo w jej skład wchodzą 24 odcienie - każdy równie piękny. Poczytałam kilka postów ze swatchami, obejrzałam parę filmików - wcale nie ułatwiło mi to zadania, ponieważ na każdym zdjęciu czy filmie, kolory wyglądały inaczej. Ostatecznie zadecydowałam, że wybieram kolor 08.


Wiedziałam, że nie będzie to kolor z kategorii tych codziennych, ale wybrałam go celowo, ponieważ szminek delikatnych mam, aż nadto. Liczyłam, że kolor będzie wpadał delikatnie w fiolecik, ale bliżej mu niestety do brązu. Następnym razem będąc w galerii przyjrzę się wszystkim odcieniom na żywo, by w przyszłości wiedzieć, co wybrać. Mimo wszystko kolor wpisuje się w mój gust. Zauważyłam, że całkiem dobrze wyglądam w ciemnych kolorach.


Pomadkę nakłada się bardzo dobrze - trwa to trochę dłużej, niż przy aplikacji pomadki w sztyfcie, ale kredka jest za to dużo bardziej precyzyjna i zdecydowanie ładniej podkreślimy nią usta. Jest miękka, więc świetnie się rozprowadza. Jej trwałość jest również na zadowalającym poziomie. Bez jedzenia i picia wytrzymuje na ustach bez skazy do 4 godzin. Po takim czasie potrzebne są delikatne poprawki. Kredka mieści się w plastikowej obudowie - zastanawiałam się, co zrobię, kiedy zużyję już wystającą kredkę. Myślałam, że może wykręca się ją za pomocą dolnej końcówki. Niestety tak nie jest (choć to fajne rozwiązanie). Kredkę trzeba temperować lub strugać. Muszę zaopatrzyć się w temperówkę odpowiednich rozmiarów (najlepiej na wyspie Golden Rose), bo te, które mam w domu niestety nie są odpowiednie. Na szczęście kredka jest dość wydajna i starczy mi w takim stanie jeszcze na kilka użyć. 


Koszt takiej kredki, to 11,90 zł. Widziałam, że w niektórych sklepach online można je kupić nieco taniej. W dalszym ciągu uważam, że niezależnie od formy jaką wybierzecie, kosmetyki do ust Golden Rose są produktami godnymi uwagi. Pięknie prezentują się na ustach - warto zaznaczyć, że mówię o ustach zadbanych, bo spierzchnięte będą prezentowały się źle nawet z najlepszą szminką na świecie. Tak na marginesie, matowe pomadki mają to do siebie, że lubią uwydatniać niedoskonałości, więc fajnie przed ich nakładaniem zrobić sobie mały peeling, by poprawić ich kondycję, lub wyleczyć je różnymi smarowidełkami, by następnie nanosić pomadki. Piękną ozdobą naszej twarzy jest również uśmiech. W połączeniu z pięknym odcieniem szminki dodaje nam +100 do wyglądu. Oczywiście dużą rolę odgrywa tu również stan naszego uzębienia. Nawet najdroższe kosmetyki do ust nie będą prezentowały się ładnie, jeżeli nasze zęby będą pozostawiały dużo do życzenia. Warto zawczasu coś z nimi zrobić. Polecam zapoznać się ze stronką http://www.orto.info.pl/ wszystkim, którzy w tej kwestii chcieliby coś poprawić.

Znacie kolorówkę Golden Rose? Miałyście do czynienia z matowymi pomadkami w sztyfcie, kredce czy płynie?
Czytaj dalej

czwartek, 16 lutego 2017

Adidas 6w1 Cool & Care - antyperspirant

Znalezienie dobrego antyperspirantu, to nie lada wyzwanie. Drogeryjne półki, aż uginają się od nich, ale czy są na nich produkty godne polecenia? Najczęściej sięgałam po antyperspiranty w sprayu Rexona - miałam bardzo wiele wariantów, ale po pewnym czasie mi się po prostu znudziły. W prawdzie ochrona była dość przyzwoita, ale samo opakowanie jest dla mnie bardzo niepraktyczne i ciężkie w użyciu. Postanowiłam skusić się tym razem po raz pierwszy na antyperspirant w sprayu Adidas Cool&Care.


Produkt ten mieści się w typowym dla tego kosmetyku opakowaniu. Dodatkowo zabezpieczony jest zatyczką, od której już trochę odwykłam, jednak antyperspirant nie ma dodatkowych zabezpieczeń, które pozwoliłyby na uniknięcie niechcianego rozpylania, więc zabezpieczenie w formie zatyczki mnie satysfakcjonuje. Jestem bardzo zadowolona ze sprayu, ponieważ rewelacyjnie rozpyla! Nie potrzeba zbyt wiele siły, by wydobyć substancję ze środka (przy Rexonie strasznie się mordowałam). Do tego czuć, że produktu wylatuje dość sporo, co mi się podoba.


Ten antyperspirant, to produkt 6w1. Zawsze sceptycznie podchodzę do takich zapewnień, bo w większości przypadków mijają się one z zapewnieniami producenta. W tym przypadku było jednak troszkę inaczej, ponieważ nie były to zapewnienia z kosmosu. Według producenta antyperspirant ma za zadanie zwalczać nieprzyjemny zapach, bakterie, wilgoć, białe i żółte plamy, a także odświeżać.


Z niemal każdym tym zapewnieniem mogę się zgodzić. Antyperspirant świetnie odświeża, pięknie pachnie i zapach ten utrzymuje się naprawdę długi czas, zarówno na skórze jak i na ubraniu. Skóra pod pachami się nie poci, a co za tym idzie na naszych bluzkach nie pojawią się mało estetyczne plamy. Nie zauważyłam również białych czy żółtych plam na ubraniach. Ochronę przed niepożądanym poceniem oceniam bardzo wysoko - nie pocę się nawet cały dzień! Antyperspirant ma za zadanie zapewnić ochronę 48h, jednak ja i tak używam go codziennie, po każdej kąpieli i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Jedyne czego nie jestem w stanie sprawdzić, to zwalczania bakterii, więc do tego się nie ustosunkuję. Krótko mówiąc, jestem z niego zadowolona i z miłą chęcią kupię inne warianty. Ten z kolei kupiłam na Iperfumy.pl.

Jaki jest Wasz ulubiony antyperspirant? Znacie te marki Adidas?

Czytaj dalej

wtorek, 14 lutego 2017

Mój Walentynkowy manicure hybrydowy - Evonails

Bardzo lubię wykonywać manicure tematyczny - przygotowuję coś na różne święta, czy dopasowuję kolorystykę do różnych pór roku. Wiosną i latem najczęściej decyduję się na pastele i neony, z kolei jesienią i zimą stawiam na nieco ciemniejsze kolory. Mimo, że za oknem napadało mnóstwo śniegu i jest zimno, to ja rozgrzeję Was moim dzisiejszym, walentynkowym i miłosnym manicure. Został on stworzony specjalnie na Facebookowy konkurs walentynkowy organizowany przez Evonails. Wstępnie miał wyglądać całkiem inaczej. Koncepcje zmieniały mi się co chwilę. Ostatecznie stanęło na tym, co zobaczycie poniżej. Pomysł był zdecydowanie inny, ale cieszę się, że jednak zdecydowałam się na to, co widzicie, bo bardzo lubię na paznokciach motywy z łapaczem snów.



Do powyższej stylizacji użyłam lakierów hybrydowych marki Evonails. Kolorem przewodnim jest piękna różowa czerwień o numerze 23 Pink Arum Lily, czerń 96 Dark Side, złotko 109 Marigold. Miłosnego łapacza namalowałam stylografem i tuszem Rystor. Kropeczki natomiast zrobiłam dzięki sondzie. Wybrałam tę, która ma najmniejszą kuleczkę. Mój wcześniejszy manicure również był wykonany lakierami tej marki, więc muszę wspomnieć Wam o tym, jak mi się je ściągało. Muszę przyznać, że jeżeli dość dobrze spiłujemy warstwę wierzchnią, to pod wpływem kilku minut w acetonie, lakier odchodzi sam. Na jednej ręce przytrzymałam je trochę dłużej w acetonie i po ściągnięciu wacików z 4/5 paznokci lakier odszedł sam, bez praktycznie żadnej mojej ingerencji. Bałam się, że skoro pod wpływem ciepłej wody lakier w ogóle nie mięknie, to będę miała duże problemy ze ściągnięciem go z płytki. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne!
EDIT: Na początku postu napisałam Wam o tym, że pazurki zostały stworzone specjalnie na konkurs organizowany przez Evonails. Znam już wyniki! Udało mi się zdobyć wyróżnienie i nagrodę w postaci 300 zł do wykorzystania w sklepie. To dla mnie wspaniała wiadomość! Moje pazurki dodałam jako pierwsze w konkursie, potem prac zaczęło przybywać, a ja oglądając te wszystkie śliczności nie liczyłam na zbyt wiele. Miło się zaskoczyłam. Wspaniałym Walentynkowym gestem było to, że ostatecznie każda dziewczyna, która się zgłosiła jest wygrana, bo Evonails postanowili nagrodzić wszystkie uczestniczki! Dziękuję i gratuluję wszystkim dziewczynom!

Stworzyłyście swój walentynkowy manicure? A może nie robicie tematycznych paznokci?

Czytaj dalej