poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Manicure hybrydowy - Semilac 008 Intensive Pink, 018 Cobalt oraz kameleon w płatkach

Dawno nie pojawił się tu żaden post z manicure, ale... Wstyd się przyznać, bo w ostatnim manicure z Claresy chodziłam ponad 6 tygodni! Trwałość tych hybryd powaliła mnie na łopatki. A do tego nie miałam wiecznie czasu na nic nowego. Na horyzoncie pojawiła się jednak pewna okazja, która wymagała odświeżenia paznokci, mianowicie, był to ślub mojej koleżanki ze studiów. Postanowiłam się spiąć i skoro świt przygotować nowe paznokcie. Miało to miejsce w sobotę. Dziś chciałabym pochwalić się Wam efektami. 


Kolory na jakie się skusiłam, to granat (Semilac 018 Cobalt), który pasował mi do sukienki, a całość postanowiłam przełamać mocnym różem (Semilac 008 Intensive Pink). Wydało mi się to jednak nieco nudne, a że nie miałam czasu na jakieś wymyślne zdobienia, postawiłam na płatki z Beauty Bigbang o numerze 2A, które miały utworzyć efekt kameleona. Od jakiegoś czasu mam w swoich paznokciowych zbiorach dwa nowe efekty w dwóch różnych formach. Jeden jest efektem drobnym, tak samo jak oryginalny mirror, a kameleon jest w płatkach. Nie ukrywam, że ta druga opcja zaciekawiła mnie bardziej. Od razu postanowiłam nałożyć ją na wzornik. Najfajniejsze w tym efekcie jest to, że dzięki formie (płatki) można zrobić coś na wzór lustra, taką gładką taflę, jeżeli od początku będziemy wcierać je pacynką w top no wipe. Jeżeli będziemy przyklepywać efekt, to powstaną nam nierównomierne plamki, którego wyglądają dla mnie niesamowicie.


W zależności od kąta padania światła, efekt ten ma różne kolory. Głównie jest to fiolet i róż, choć czasem przemienia się w zieleń i żółć. Gdybym miała to lepiej opisać, to kolory te przypominają mi benzynę w kałuży. Czasem  po deszczu na ulicy widujemy takie kolorowe kałuże. Ten efekt i kolory mu towarzyszące bardzo fajnie to odwzorowują. Nie wiem, czy efekt będzie trzymał się na zwykłym topie. Pewnie tak, choć z racji ograniczonego czasu wolałam nie ryzykować i od razu sięgnęłam po top no wipe. Całość zabezpieczyłam topem i czynność tę powtórzyłam dwa razy.


Z efektu jestem bardzo zadowolona! Niewątpliwie to zdobienie, choć proste, przykuwa wzrok każdej kobiety. Płatki 2A idealnie prezentują się na kobaltowym tle i myślę, że będzie tak na każdym, ciemnym kolorze. Z chęcią powiększyłabym swoją kolekcję o kolejne płatki Beauty Bigbang, ponieważ niewielkim nakładem finansowym można stworzyć coś oryginalnego i innego, a do tego nawet się przy tym nie napracujemy. Zdobienie to troszkę przypomina mi folię transferową z tym, że lepiej się nakłada - przynajmniej mi.

Lubicie takie dodatki na paznokciach? Podoba się Wam ten efekt?
Czytaj dalej

piątek, 18 sierpnia 2017

Lirene - balsam do ciała w sprayu - azjatycki lotos

Muszę przyznać, że balsamowanie ciała, to nie jest moja ulubiona czynność. Często o tym zapominam, dlatego staram się nawilżać już podczas kąpieli, stosując różnego rodzaju balsamy pod prysznic. Od jakiegoś czasu w tym aspekcie nastąpił u mnie mały przełom. Wszystko za sprawą pewnej kowinki kosmetycznej, z którą mam do czynienia po raz pierwszy. Mowa o balsamie w sprayu Lirene o zapachu azjatyckiego lotosu.


Balsam wygląda niczym antyperspirant. Kiedy chciałam go wstrząsnąc miałam wrażenie, jakbym wstrząsała piankę do golenia W środku jest coś zbitego, dość ciężkiego. Balsam jest wysoki, a jego pojemność to 200 ml, czyli całkiem sporo. Szata graficzna przypadła mi do gustu, jest delikatna, kobieca i subtelna. Główny motyw opakowania to azjatycki lotos, jak domniemam. Z tyłu znajdziemy wszystkie niezbędne informacje.


Balsam nanosimy na skórę z odległości ok. 10 cm. Na skórze widzę ciekawą maź w kolorze ecru, która wchłania się w skórę błyskawicznie już po jednym przejechaniu dłonią. To bardzo ciekawe doświadczenie, bo do tej pory nie znałam produktu, który moja skóra tak szybko przyjmowała. Po rozsmarowaniu skóra otulona jest po prostu cudownym zapachem. Jest delikatny, kwiatowy, ale i uwodzicielski. Mój narzeczony bardzo lubi, kiedy się nim wysmaruję. Po dotknięciu skóry mam wrażenie, jakbym niczego nie robiła, bo nie ma żadnego tłustego filmu, co jest w moim odczuciu bardzo dobre. Nie lubię się lepić. Jedyny minus jaki dostrzegłam jest taki, że nie używam balsamu zaraz po depilacji, ponieważ skóra piecze. Na drugi dzień już jest ok, więc po prostu ten jeden dzień trzeba użyć czegoś innego. Skóra po systematycznym stosowaniu jest nawilżona i miękka w dotyku. Największymi plusami produktu są niewątpliwie jego zapach i szybka aplikacja, które sprawiają, że z pewnością nie będzie to ostatnie opakowanie balsamu w sprayu, w którego będę posiadaniu. 

Mieliście balsamy w sprayu? Znacie ten produkt? Jak się u Was spisywał?
Czytaj dalej

czwartek, 17 sierpnia 2017

Kolorowe nowości ze sklepu Zaful

Jakiś czas temu po raz pierwszy złożyłam zamówienie na Zaful. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tym sklepem, dlatego długo przeglądałam asortyment zanim się na cokolwiek zdecydowałam. Tym razem postanowiłam odpuścić sobie ubrania, bo moje wszystkie zakupy (dokładniej mówiąc 3 zamówienia) z ostatnich tygodni nie nadają się do niczego. Tym razem postawiłam jedynie na dodatki. Następnym razem skuszę się chyba na jakieś narzutki, poncza czy chusty, np.plaid scraf.


#1 GEOMETRYCZNA TOREBKA - inspirowana (i to mocno) Bao Bao, ale kiedy tylko zobaczyłam ją po raz pierwszy, od razu wiedziałam, że musi znaleźć się w moich torebkowych zbiorach. Muszę przyznać, że torebka ma tak fajną powłokę, że pod światło wygląda, jak odblask, także nocne piesze wycieczki z nią na ramieniu mi nie straszne. Kolorystyka pastelowa, bardzo mi się podoba. Jest idealna na lato. KLIK


#2 GEOMETRYCZNA CHUSTA - bardzo lubię geometrię dlatego mile widziane są u mnie różne gadżety i dodatki tego typu. Oglądając bloga Żanety (babskikacik.pl) w oko wpadła mi właśnie ta chusta, więc też postanowiłam, że ją kupię. Ma piękne kolory i wzory, a do tego na końcu urocze dwukolorowe frędzelki. Niby nadal mamy lato, ale na dworze coraz szybciej zapada zmierzch, więc tylko patrzeć, jak powita nas jesień. Lepiej się już zaopatrzyć w różnego rodzaju chusty, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będziemy ich potrzebować. KLIK


#3 KOLCZYKI - zamówiłam je z myślą o weselu, na które wybieram się w tę sobotę. Obawiałam się czy zdążą one dotrzeć przed czasem. Owszem, zdążyły, ale niestety w jednym kolczyku brakuje diamencika. Nie było go również w opakowaniu, więc domniemam, że w takiej formie został już wysłany. Szkoda, bo kolczyki są naprawdę piękne, eleganckie i okazałe, a do tego wcale nie takie ciężkie, jak mogłoby się wydawać. KLIK


#4 MATERIAŁ WE FLAMINGI - do zakupu tego materiału skusił mnie wzór. Uwielbiam motyw flamingów, dlatego pomyślałam, że taka chusta może stanowić fajny dodatek do zdjęć, szczególnie latem. Chusta ma wymiar 50x50 cm. Na zdjęciach na stronie sklepu jest obszyta ze wszystkich stron, w rzeczywistości jest inaczej, bo obszyta jest tylko z 3, a jedna jest poszarpana jakby ktoś ją uciął nożyczkami. Wygląda to nieestetycznie i słabo. Materiał gniecie się. Żałuję tego wyboru, bo wbrew pozorom wcale nie była to tania zachcianka, bo kosztowała w przeliczeniu na złotówki niemal 17 zł. KLIK


Mimo wszystko z zakupów jestem zadowolona. Najbardziej zależało mi na torebce, a ta doszła w świetnym stanie, a do tego prezentuje się naprawdę pięknie. Chusta też okazała się bardzo dobrym wyborem, więc cieszę się, że się na nią skusiłam. Kolczyki mogłyby być strzałem w dziesiątkę, gdyby jednak był ten brakujący diamencik chociaż w kopercie - jakoś bym go przykleiła. Niestety, nie było go, ale może uda mi się wkleić, jakiś inny kryształek ze starych kolczyków. Może jakimś cudem je jeszcze uratuję, a może nawet i założę na te wesele. Najbardziej rozczarował mnie materiał we flamingi.

Zamawiacie na Zaful? Jeżeli tak, to na co się ostatnio skusiłyście?
Czytaj dalej

środa, 16 sierpnia 2017

Makeup Revolution - Paletki Renaissance Day, Renaissacne Night oraz Renaissance Glow w akcji - makijaż

Wśród tylu wspaniałości Makeup Revolution, jakie teraz mam w kolekcji, trudno przejść obojętnie nawet największemu kolorówkowemu ignorantowi. Produkty tej marki zawsze mają nietuzinkowe opakowania i odznaczają się przyzwoitą jakością. Wśród wielu opakowań, do gustu przypadły mi bardzo małe ciemne i jasne pozłacane pudełeczka. W nich skrywały się opakowania, które swoim wyglądem przypominają portfeliki. Uprzednio zapakowane były w dodatkowe woreczki, jakby aksamitne. To dodawało całości uroku i elegancji, a ponad to sprawiało wrażenie, że producent zaplanował wygląd tych opakować w najmniejszym szczególe. Nawet w taki sam sposób się otwierają. Wiedziałam, że będą to produkty, które przetestuję w pierwszej kolejności i tak się stało. Zapraszam Was na recenzję paletek Renaissance Day, Renaissance Night oraz Renaissance Glow.


Z tego trio można wyczarować chyba naprawdę wszystko, począwszy od delikatnych makijaży, które możemy nosić każdego dnia, kończąc na ciemne, mocne i wieczorowe makeupy, które możemy sobie "zafundować" na większe wyjście, np. na jakąś imprezę czy wesele - sprawdzi się idealnie. Paleta Renaissance Day, to małe, jasne opakowanie, które mieści w sobie 5 kolorów cieni. W głównej mierze są to odcienie matowe, co mi się podoba. Renaissance Night to paletka, która posiada zdecydowanie ciemniejsze odcienie. Ich również jest 5  w głównej mierze składają się z brokatów. Środkowy odcień, takie nieco miedziane złotko, kupił mnie w całości. Ma rewelacyjną pigmentację i świetnie się nakłada. Obie paletki mają cechę wspólną - obie mają na początku jasny odcień, który zawsze nakładam na całą powiekę, by później łatwiej móc blendować  cienie. Kolejnymi cechami wspólnymi są sporych rozmiarów lusterko oraz pędzelek dwustronny, jednak nie jest on zbyt wygodny, wolę swoje (mimo to, miło, że się tam znalazł), mimo to w ekstremalnych warunkach mógłby się przydać.


Moje serce skradła również paletka Renaissance  Glow. Jest to zestaw do konturowania twarzy. Z lewej strony mamy bronzer, z kolei z prawej rozświetlacz. Oba produkty mają fajnie tłoczone wzory. Jeżeli chodzi o opakowanie, to jest identyczne jak przy paletce dziennej i nocnej z tym, że jest nieco większe. Odcienie nie są zbyt mocne, także przy konturowaniu raczej nie można sobie wyrządzić krzywdy, a to jest ważne, szczególnie dla początkujących, do których ja jak najbardziej się zaliczam. Gdybym miała jechać w podróż i miałabym ograniczyć zawartość swojej kosmetyczki do minimum, to skusiłabym się na paletę Renaissance Day. Mimo, że jest to paleta kolorów dziennych,  to można za jej pomocą pomalować oko nieco mocniej. Wszystko za sprawą ostatniego, dość ciemnego cienia. Teraz chciałabym zaprezentować Wam swój ostatni makijaż, który wyczarowałam za pomocą palety dziennej.
 

Z efektów jakie uzyskałam jestem bardzo zadowolona. Jeżeli chodzi o makijaże, to uchodzę raczej za osobę, która ma do tego dwie lewe ręce, dlatego też jestem z siebie dumna, że udało mi się zrobić taki makijaż. Oczywiście ma on jeszcze braki, ale na pewno będę nad nimi pracowała. Paletkami Renaissance malowało mi się naprawdę dobrze. Cienie super się blendowały, można było nimi fajnie stopniować efekty. Makijaż zdecydowanie zaliczam do tych dziennych. Świetnie sprawdzi się jako makijaż do pracy, ponieważ jest subtelny i niezbyt mocny. Ładnie podkreśli oko. Poza paletami użyłam również czarnego eyelinera w płynie oraz białej kredki, którą naniosłam na linię wodną, by powiększyć oko. Usta pokryłam matową pomadką. Podczas wykonywania makijażu pomocne okazały mi się pędzle Makeup Revolution - podkład i korektor naniosłam za pomocą silikonowych pędzli, z kolei do blendowania cieni posłużył mi pędzel do blendowania z zestawu Ultra Sculp and Blend Collection.

Co sądzicie o paletach Renaissance od Makeup Revolution? Która podoba Wam się bardziej, wersja Day czy Night? Podoba Wam się wykonany przeze mnie makijaż?
Czytaj dalej

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

CeCe of Sweden - Hello Nature - szampon oraz odżywka do włosów z olejem z konopi inpirowana naturą

Ostatnio trafia do mnie bardzo dużo produktów do włosów. W tej sferze nie bardzo lubię testować nowości, ponieważ moja skóra głowy ma tendencję do łupieżu, więc jeden niewłaściwy kosmetyk i borykam się z tym problemem przez długie miesiące. To nie jest nic miłego, a tym bardzo ładnego, szczególnie kiedy jest się szatynką. Jak wiadomo, łupież na ciemnych włosach jest bardzo widoczny. Mimo mojej niechęci do testowania kosmetyków do pielęgnacji włosów, postanowiłam wypróbować nowe produkty. Były to szampon oraz odżywka do włosów Cece of Sweden z serii Hello Nature z olejek z konopi.
 

Eksperci marki Cece of Sweden stworzyli gamę wyjątkowych produktów inspirowanych tym, co dała nam natura. Seria ta zjednała sobie wielu sympatyków. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, bo formuły produktów Hello Nature składają się nawet w 93% ze składników pochodzenia naturalnego. Nie jestem zbyt wielką znawczynią składów, dlatego w tej kwestii zawierzę producentowi. Opakowania produktów są ładne, schludne, podłużne i wykonane z ciemne plastiku. Etykiety są przejrzyste i znajdziemy na nich wszystkie niezbędne informacje, począwszy od składu, kończąc na sposobie użycia. Konsystencja szamponu jest dość rzadka o perłowym zabarwieniu, z kolei odzywka jest gęsta i ma biały kolor. Zapach jest świeży i przyjemny - ciężko jest mi go jednak do czegoś porównać. W każdy razie jest ładny. Oba produkty mieszczą po 300 ml substancji.


Szampon przez swoją rzadką konsystencję jest mało wydajny. Nie pieni się tak bardzo jakbym chciała. Dodatkowo jestem posiadaczką bardzo długich włosów, które prawie sięgają pupy, więc by dokładnie je umyć, potrzebuję sporej ilości szamponu. Podejrzewam, że wystarczy mi go na niedługi czas. Włosy po jego użyciu są dobrze oczyszczone i ładnie pachną, bo zapach utrzymuje się na włosach jakiś czas. Odżywka jest zdecydowanie bardziej wydajna niż szampon. Wszystko za sprawą jej gęstej konsystencji oraz faktu, że nie powinno się nakładać jej na skalp. Postanowiłam nakładać ją na włosy od wysokości ucha. Na włosach powinna pozostać ok. 2-3 minuty. Po takim czasie nie widzę zbyt efektownych rezultatów. Włosy są jakby miększe oraz lepiej się rozczesują. Postanowiłam wydłużyć czas trzymania odżywki do 10 minut i uzyskałam zdecydowanie lepsze efekty. Włosy były fajnie sypkie, ale nie obciążone, do tego gładkie i nie puszyły się tak mocno, jak zawsze. Odżywka według Men'sHealht została okrzyknięta mianem produktu roku 2017.


Mówią, że nie powinno się oceniać książki po okładce oraz że nie liczy się wygląd zewnętrzny, a samo wnętrze. Oczywiście, bez dwóch zdań zgadzam się z tym, jednak gdy dobra jakość idzie w parze z pięknym opakowaniem, to raduje mnie podwójnie. W swojej blogerskiej "karierze" miałam przyjemność współpracować z wieloma firmami. Jedne po prostu pakują swoje produkty owijając je folią bąbelkową, co ma zapobiec ewentualnemu uszkodzeniu kosztem wyglądu, inne, tak jak CeCe od Sweden kładą nacisk, by było estetycznie i po prostu ładnie. Pakowanie paczek w ten sposób, a ponadto dokładnie do nich dodatków sprawia, że wiem, że firmie zależy na naszej współpracy, że dba o każdy detal i pierwsze wrażenie. Dodatek w paczce w postaci świeczki niezmiernie mnie uradował. Chciałoby się zawsze otrzymywać tak pięknie zapakowane produkty. 

Znacie markę Cece of Sweden? Mieliście produkty z linii Hello Nature?
Czytaj dalej