środa, 21 lutego 2018

Porady dla podróżnych - jak przygotować się do pierwszego lotu samolotem?

Rozmyślania na temat wakacji zwykle rozpoczynają się dużo wcześniej. Osoby pracujące rezerwują sobie urlop, poza tym, wybór odpowiedniego biura podróży czy też planowanie wakacji na własną rękę jest bardzo czasochłonne, więc to, by zająć się tym odpowiednio szybko jest bardzo istotne. Nigdy nie leciałam samolotem. Do tej pory jakoś się nie składało. Jak wiecie, w czerwcu wychodzę za mąż i jeżeli nic się nie zmieni, to planujemy wyjazd na jakiś tydzień w podróż poślubną. Jeszcze nie wiemy gdzie, ale na pewno coś fajnego wymyślimy. Jako totalni nowicjusze w temacie lotów samolotem, zaczęliśmy czytać z czym to się tak naprawdę je i postanowiłam tą wiedzą się z Wami podzielić.


PO PIERWSZE - NIE BÓJ SIĘ!

Wiem, że łatwo powiedzieć, ale dobre nastawienie jest gwarancją bardziej udanego lotu. Wiele osób boi się po prostu tego, że samolot się rozbije, ale prawda jest taka, że podróżowanie samolotem to najbezpieczniejsza z możliwych opcja, którą potwierdzają wszystkie statystyki. Poza tym, warto słuchać obsługi i przestrzegać ich próśb.

GRUNT TO DOBRZE PRZYGOTOWANIE

Zbierz, jak najwięcej informacji na temat wagi bagażu - dbaj o to, by jej nie przekroczyć, ponieważ wtedy będzie trzeba dopłacić nadbagaż. Sprawdź to odpowiednio szybko, by potem nie było niemiłych "niespodzianek". Warto przeczytać wytyczne linii lotniczej, którą będziecie się przemieszczać, ponieważ każdy ma inny regulamin i zasady. Kolejnym ważnym aspektem jest karta pokładowa - często odwożę swoją sąsiadkę na lotnisko, która jeździ do swojej córki do Londynu, więc kartę tę drukowałam jej już nie jeden raz (swoją drogą jest to pani w podeszłym wieku a leciała już 14 razy! A ja ani razu haha). 

PIENIĄDZE LICZĄ SIĘ WSZĘDZIE

Nie od dziś wiadomo, że to pieniądz rządzi światem, więc jadąc do jakiegoś kraju warto zaopatrzyć się w walutę, która tam obowiązuje. Zrób to wcześniej, najlepiej w lokalnym kantorze, bo będzie to najbardziej korzystna opcja. Na lotniskach często są kantory, ale przy tej wymianie sporo gotówki można stracić.

ZATROSZCZ SIĘ O SWÓJ SAMOCHÓD

Zazwyczaj jest tak, że na lotnisko odwozi nas ktoś bliski. Czasem jest tak, że od najbliższego lotniska  dzielą nas setki kilometrów - wtedy musimy jechać na własną rękę. Podróże zagraniczne, często odbywają się na tydzień i więcej (jeżeli to urlopy), więc warto zatroszczyć się o swój samochód. Najlepiej zostawić go na parkingu https://orangeparking.pl/lotnisko/pl.

WYBIERZ WYGODNY STRÓJ

Bez względu na to gdzie polecisz, wygodny strój jest bardzo ważny! Czasem samoloty mają opóźnione loty - niektórzy spędzają wiele godzin na lotniskach czekając na swój samolot czy na przesiadkę. Warto więc ubrać wygodne buty. Jeżeli planujecie zabrać ze sobą kurtkę - załóżcie ją na siebie (oczywiście w środku lata może to wyglądać głupio, ale późną jesienią jest jak najbardziej ok) ponieważ to nie wlicza się do wagi bagażu i tym samym zaoszczędzicie ok. 1 kg wagi np. na prezenty z podróży.

WYBIERZ SOBIE NAJBARDZIEJ ODPOWIEDNIE MIEJSCE

Lecąc samolotem możesz wybrać miejsce, które będzie Ci najbardziej odpowiadać. Ja, nawet w moim lękiem wysokości zdecydowałabym się na miejsce przy oknie - nie mogłabym przegapić takich widoków! Najmniej pożądane jest miejsce w środku z wiadomej przyczyny. Jeżeli lubisz od czasu do czasu rozprostować kości - najbardziej odpowiednie wydaje się miejsce od strony przejścia. 

Jest jeszcze wiele innych spraw, ale starałam się skupić na najważniejszych. Jest też coś takiego jak "jet lag" czyli zespół nagłej zmiany czasowej. Wylatujemy nocą, gdy dolatujemy na miejsce, po kilku godzinach mamy środek dnia. Na pewno ciężko jest się do tego przyzwyczaić, ale zalecana jest wtedy udanie się na spacer, aniżeli pójście spać. Myślę, że w dzisiejszych czasach bardzo wiele osób podróżuje samolotem i wśród moich czytelników na pewno znajdą się też takie osoby.

Podzielcie się swoimi wrażeniami z lotów. Może macie inne wskazówki i rady, które przydadzą się nowicjuszom?
Czytaj dalej

poniedziałek, 19 lutego 2018

Jak dbać o piękny uśmiech?

Piękny uśmiech to marzenie każdego człowieka. Niektórzy mają to szczęście, że ładne uzębienie posiadają od urodzenia. Inni, by doprowadzić zęby do dobrego stanu muszą w to zainwestować, np. zaczynając od wizyty u ortodonty, jak np. http://www.orto-magic.eu/. Jednak inwestowanie w siebie, to chyba jeden z najlepszych sposobów ulokowania gotówki. Śliczny uśmiech dodaje nam pewności siebie, sprawia, że chętniej uśmiechamy się w towarzystwie i po prostu uchodzimy za bardziej pozytywne osoby. Nie ma się czemu dziwić! W końcu ja sama chętniej podeszłabym do roześmianej osoby, niż do ponuraka. Dlatego dziś chciałabym trochę opowiedzieć o sposobach dbania o piękny uśmiech.


HIGIENA JAMY USTNEJ PRZEDE WSZYSTKIM

To, że zęby należy myć przynajmniej dwa razy dziennie, mam nadzieję, że wie każdy i na ten temat nie należy się zbyt wiele rozwodzić. Poza samą wykonywają czynnością, ważne są również produkty, które do nich używamy. Podobnie, jak z ciałem, ważne jest byśmy używali past, które są odpowiednie do naszych zębów. Np. osoby cierpiące na nadwrażliwość powinny stosować produkty do tego przeznaczone. Ważna jest również fluoryzacja - ja na co dzień używam właśnie pasty z fluorem.

SZCZOTECZKA MANUALNA CZY ELEKTRYCZNA?

Jeżeli chodzi o mnie, ja jestem zatwardziałą fanką szczoteczek manualnych, choć wiem, ze te elektryczne są lepsze. Może po postu nie trafiłam jeszcze na fajny model szczoteczki elektrycznej, by się do nich przekonać, ale mam w planach nieco poeksperymentować w tym zakresie. Tego typu szczoteczki skuteczniej czyszczą zęby z płytki bakteryjnej, a przy okazji masują nasze dziąsła. Jeżeli jednak wolicie szczoteczki manualne, ważne jest dopasowanie odpowiedniego rodzaju włosia. Ja na ten moment używam szczoteczki Curaprox Ultra Soft i jest to już moja 3 szczoteczka tej marki. Są one delikatne i nie ranią moich dziąseł, a przy tym bardzo zbite, że świetnie radzą sobie z czyszczeniem.

ZDROWE ODŻYWIANIE PODSTAWĄ PIĘKNEGO UŚMIECHU

Nadmierne spożywanie słodyczy nie wpływa dobrze na nasze uzębienie, ponieważ sprzyja powstawaniu próchnicy. Słodkie przekąski warto zastąpić tymi zdrowymi. Np. surową marchewką, której spożywanie w naturalny sposób oczyszcza płytkę nazębną oraz w jakiś sposób masuje dziąsła. Warto również ograniczyć spożywanie kawy, palenie papierosów czy picie czerwonego wina, ponieważ produkty te wytwarzają osad na naszych zębach, a dodatkowo je żółcą. Wiadomo, że czasem, najzwyczajniej w świecie, ciężko jest z tego zrezygnować, więc warto pamiętać, by po spożyciu tych produktów dokładnie umyć zęby.

NIĆ DENTYSTYCZNA  - TWÓJ PRZYJACIEL

Nici dentystycznych używam od kilku lat. Dzięki nim moje przestrzenie między zębowe są dokładnie oczyszczone z resztek jedzenia, które dostają się tam podczas spożywania posiłków. Czynność ta zajmuje ok 1-2 minuty, a oczyszczone każdego dnia zęby posłużą nam na wiele lat, ciesząc się dobrą formą.

SYSTEMATYCZNE WIZYTY U DENTYSTY/ORTODONTY

Jeżeli ktoś decyduje się na założenie aparatu ortodontycznego, to raczej o wizytach u specjalisty nie trzeba mu przypominać. W przypadku wizyt kontrolnych u dentystów już nie jest tak kolorowo. Niektórzy kierują się podejściem, że póki nie boli, to nie ma co po co się tam zgłaszać, a to największy błąd. Warto zapisywać się systematycznie na "przegląd" uzębienia raz na 3 miesiące lub maksymalnie pół roku. 

A jak Wy dbacie o swoje zęby? Używacie specjalnych produktów? Wybieracie szczoteczkę manualną czy elektryczną?


Czytaj dalej

Nowości hybrydowe Claresa + stylizacja paznokci

Nowości hybrydowe, to jest to, co lubię najbardziej. Poznawanie nowych kolorów, nanoszenie i na wzornik, a następnie kombinowanie, jak je ze sobą połączyć, by powstała spójna całość. Nie lubię nudy, jednokolorowe paznokcie zdecydowanie nie są dla mnie, dlatego nie mogłam się doczekać, kiedy dotrą do mnie nowości hybrydowe Claresy. Trafiło do mnie 7 nowych kolorów. Są to kolory zwykłe, metaliczne i brokatowe.


Tak lakiery prezentują się w całej okazałości. Kolory są dość intensywne, dlatego nie mam wątpliwości, co do tego, że ożywią każdy manicure. Kiedy nakładałam je na wzornik, miałam wrażenie, że są jeszcze gęstsze niż zazwyczaj. Nie wpłynęło to jednak na jakość wykonanego manicure. Wręcz przeciwnie, lakier nie zalewał skórek, a cała aplikacja była przyjemnym procesem. Teraz poświęcę każdemu kolorowi odrobinę uwagi.



CLARESA HYBRIDE PRO-NAILS - 312 GREEN DONKEY

Odcień Green Donkey oznacza zielonego osła, a ten kolor bardziej wpada mi w niebieskie tony, więc nazwa nieco mnie dziwi. Odcień ten jest nieco przygaszony, więc świetnie pasuje do tej jesiennej aury za oknem.


CLARESA HYBRIDE PRO-NAILS - 313 GREEN ZEBRA 

Ten kolor jak najbardziej pasuje mi na zielony odcień, więc tu co do nazwy nie mam zastrzeżeń. Kolejny zgaszony kolor, powiedziałabym nawet, że nieco butelkowy. Podobno bardzo popularny tej jesieni.


CLARESA HYBRIDE PRO-NAILS - 707 BLUE ELEPHANT

Tu z kolei mamy pierwszy i zarazem ostatni lakier metaliczny. Jest to dla mnie dość ciemny granat z zatopionymi srebrnymi, bardzo małymi drobinkami. Bardzo ładnie się mieni. Odcień nie jest zbyt nachalny, bardziej pasuje mi do zimowych stylizacji. Już widzę ten kolor w połączeniu z białymi śnieżynkami. 


CLARESA HYBRIDE PRO-NAILS - BLINK BLUE

Pora przejść do pierwszego brokatowego odcienia w tym zestawieniu. Jest nim odcień Blink Blue. Co ciekawe, cała ta seria nie ma numerów, jak poprzednie lakiery, jedynie same nazwy. Kolor ten jest dużo jaśniejszy, niż poprzedni metaliczny lakier. Ma w sobie zatopione grubsze drobinki, które zdecydowanie bardziej się mienią. Ten kolor również kojarzy mi się z zimą. 


CLARESA HYBRIDE PRO-NAILS - BLINK BROWN

Blink Brown to jasne drobinki brokatu zatopione w bardzo jasnym, brązowym kolorze. Lakier jest jakby półtransparentny, a co za tym idzie, ma słabsze krycie. Polecam aplikować go na jakiś inny kolor bazowy, a nie od razu na płytkę paznokcia. Ten kolor podoba mi się i pasuje do jesiennego klimatu.


 CLARESA HYBRIDE PRO-NAILS - BLINK PURPLE

Piękny, soczysty i brokatowy odcień purpury. Teraz, kiedy już mamy jesień, bardzo chętnie sięgam po tego typu kolory. Bordo ożywia stylizację, ale nie sprawia, że jest ona mocna, żarówiasta. Wręcz przeciwnie - jest ładna, spójna i stonowana. Odcień ten ma bardzo dobre krycie.


CLARESA HYBRIDE PRO-NAILS - BLINK GRAY

Ten kolor, to nic innego, jak szary brokat. Początkowo miałam wrażenie, że wpada on bardziej w kolor szampański, ale każda kolejna warstwa uświadamiała mi, że nie mam racji. Kolor jest bardzo ładny i będzie pasował do każdej pory roku. Odcień jest delikatny i subtelny, idealne sprawdzi się w roli rozjaśniacza manicure.


Teraz chciałabym zaprezentować Wam swoją stylizację paznokci, do której użyłam jednego z kolorów z nowości Claresy. W swojej stylizacji użyłam odcienia 313 Green Zebra i naniosłam go na palec serdeczny oraz na kciuk. Całość chciałam ożywić liściastym stemplem, ale oczywiście, jak na złość, żaden nie chciał mi się odbić poprawnie. Zawsze były jakieś braki, więc z tego zdobienia po prostu zrezygnowałam. Myślę jednak, że całość, mimo braku zdobień i tak się broni. Mamy tu bowiem, aż 3 kolory, które według mnie tworzą zgraną całość.



Nowości hybrydowe Claresy, to kolory, które w większości sprawdzą się również w stylizacjach wykonywanych w różnych porach roku. Takich odcieni nie miałam w swojej kolekcji, więc cieszę się, że właśnie się ona o takie nowe nabytki wzbogaciła. Nie mogę się doczekać, kiedy użyję zimą niebieskiego brokatu - ten kolor ma moc! Mam też nadzieję, ze ten manicure będzie utrzymywał się tak samo długo na moich paznokciach, jak poprzedni, wykonany tymi lakierami. Powyższe kolory trafiły do sprzedaży dopiero z dniem dzisiejszym. Na moim blogu mogliście zobaczyć ich premierę. Jeżeli chcielibyście powiększyć swoją kolorystyczną kolekcję hybryd o jakiś kolor z tej siódemki, to zapraszam na stronę sklepu Claresa. Tam czekają na Was wszystkie te i wiele innych kolorów.

Dużą ozdobą poza pięknym manicure są też dodatki. ja zawsze ozdabiam swój nadgarstek pięknym zegarkiem. Nie wyobrażam sobie wyjść bez niego z domu. Ostatnio przybywa mi ich coraz więcej, ale mi wciąż mało. Jakiś czas temu przeglądałam ofertę sklepu zegarmistrzlodz.com.pl i znalazłam tam kila fajnych modeli dla siebie. Polecam zajrzeć!

Znacie hybrydy Claresa? Który odcień podoba się Wam najbardziej?

Czytaj dalej

sobota, 17 lutego 2018

Lirene C+D PRO Vitamin Energy - żel myjąco-energetyzujący

Markę Lirene poznaję praktycznie od wakacji. Wcześniej oczywiście miałam z nią do czynienia, ale były to raczej sporadyczne "spotkania". Odkąd miałam okazję wypróbować wiele kosmetyków - polubiłam tę markę na tyle, że co i rusz będąc w Rossmannie czy robiąc zakupy w internetowych drogeriach dodaję jakiś produkt do koszyka. Dziś chciałabym poświęcić ten post żelowi myjąco-energetyzującemu C+D PRO Vitamin Energy.




Żel mieści się w naprawdę fajnym opakowaniu. Wygląda prosto, nie wyróżnia się zbytnio niczym, ale podobnie, jak żel, który kiedyś już Wam recenzowałam, ma po prawej stronie dość spore wgłębienie, dzięki czemu otwieranie tego produkty mokrymi rękami pod prysznicem nie stanowi żadnego problemu. Konsystencja dość rzadka, pomarańczowa i przezroczysta. Ma w sobie zatopione mnóstwo pomarańczowych i żółtych kapsułek (zdjęcie robiłam, kiedy miałam ten żel jeszcze w całości). Żel dzięki temu nadaje się do codziennego użycia, ponieważ te drobiny nie są mocnymi zdzierakami, są raczej delikatne i nie zrobią nam krzywdy.



Nie pieni się zbyt mocno, ale mi to nie przeszkadza. Nie bez powodu  produkt ten opisany jest jako energetyzujący. Już sam widok nas o tym przekonuje, a w użyciu jest podobnie. Zapach jest rześki i soczysty i dodaje energii. Przeznaczony jest do każdego rodzaju skóry - lubię takie uniwersalne produkty.


Produkt ten zrobił na mnie dobre wrażenie. Świetnie oczyszcza twarz z pozostałości makijażu i codziennych zabrudzeń. Ma pozytywny wpływ na pory - na szczęście u mnie nie są one, aż tak bardzo widoczne mimo wszystko. Żel nie wysuszył mojej skóry, nie sprawił, że była napięta czy ściągnięta. Nie ma również mowy o żadnym podrażnieniu czy zaczerwienieniu. Ten, jak i inne produkty marki Lirene możecie kupić na stronie Iperfumy.pl. Ostatnio skusiłam się na żele pod prysznic - pachną obłędnie. Kiedy zdenkuję te, które teraz mam pod prysznicem, to zaraz się za nie biorę. Czuję, że będzie sztos.

Lubicie kosmetyki Lirene? Macie swojego ulubieńca w kategorii produktów do mycia twarzy?
Czytaj dalej

Lily Lolo - krem BB, pomadka oraz złota kosmetyczka

Kosmetyki mineralne na dobre zagościły w mojej łazience i kosmetyczce. Z chęcią po nie sięgam, bo czuję, że robią one bardzo dużo dobrego dla mojej twarzy. Te kosmetyki nie należą do najtańszych, jednak czego nie robi się dla siebie i swojej skóry. Dziś chciałabym napisać Wam co nieco o kolejnych produktach marki Lily Lolo od Costasy, które przez ostatni czas poznawałam. Są to: krem BB, pomadka oraz złota kosmetyczka


LILY LOLO - ZŁOTA ELEGANCKA KOSMETYCZKA

Każdy kosmetyk musi mieć swoje miejsce - bez tego po prostu robi się bałagan. Postanowiłam oddzielić kolorówkę zwykłą od mineralnej, by mieć ją zawsze pod ręką i w jednym miejscu. Pomogła mi w tym ta piękna, w odcieniu szampańskiego złota, kosmetyczka. Nie jest ona wielkich rozmiarów, bo jest to ok. 19 x 13 cm. Jest to jednak wystarczająca wielkość, by pomieścić moje wszystkie kosmetyki tej marki. Trzymam w niej podkład, puder, krem BB oraz dwie pomadki. W środku jest w odcieniu pudrowego różu, co wygląda naprawdę ładnie i uroczo. Zamek "chodzi" bez zarzutu, nie zacina się zasuwa kosmetyczkę z wielką łatwością, a robi się to pociągając za złote logo marki. To bardzo fajny pomysł! Na środku znajdziemy również wytłoczoną nazwę i logo marki. Kosmetyczka jest idealna do noszenia jej w torebce, ponieważ jest dość mała, ale pojemna i pomieści wszystko to, co potrzebne kobiecie do wykonania poprawek makijażu.


LILY LOLO - SZMINKA DO UST ROMANTIC ROSE

Pomadka mieści się uprzednio w kartonowym pudełeczku. Po otwarciu widzimy pomadkę w sztyfcie w czarno-białych kolorach. Jednym słowem: klasyka! Zatyczka po zamknięciu zatrzaskuje się, więc nie otwiera się w torebce. Pomadka Romantic Rose jest moją drugą z serii szminek Lily Lolo. Poprzednia była w odcieniu takiego nude brązu - była bardzo codzienna. Teraz chciałam trochę zaszaleć i wybrać coś mocniejszego. Skusiłam się więc na tę pomadkę, Romantic Rose, która miała być intensywnym różem. W rzeczywistości nie ma ona w sobie różowych tonów, a koralowe. Nie powiem, trochę mnie to rozczarowało, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo w tym odcieniu też całkiem dobrze się czuję.

Pomadka ma fajną konsystencję - jest dość twarda i dobrze się nią operuje, ale nie jest tępa. Świetnie sunie po ustach i ładnie je pokrywa. Bezwonna. Jest świetnie wyprofilowana, dzięki czemu bardzo wygodnie aplikuje się ją na usta.Na ustach daje naturalny efekt - usta nie są sucho matowe, ale też nadmiernie się nie świecą. Pomadka nie uwydatnia suchych skórek, ani też nie wysusza ust. Wręcz przeciwnie, fajnie je nawilża.


LILY LOLO - NATURALNY KREM BB - ODCIEŃ FAIR

Są takie dni, że nie nakładam na twarz kosmetyków. Kiedy wiem, że cały dzień spędzę w domu - nie widzę powodów, by się malować. Poza tym, takie dni no-makeup też są naszej skórze potrzebne, by pooddychała i odpoczęła. W takie dni lubię nałożyć na twarz krem BB. Skusiłam się na ten od Lily Lolo. Zapakowany był on, jak (chyba) wszystkie produkty tej marki w kartonowe pudełeczko. Po wyjęciu mamy tubkę z plastikową zatyczką, która fajnie się zatrzaskuje. Po zdjęciu zatyczki, mamy pierwszą niespodziankę, mianowicie jest to pompka! Pierwszy raz przy kremie BB mam styczność z takim sposobem wydobywania produktu i muszę przyznać, że bardzo mi to odpowiada. Konsystencja jest bardzo jasna, a po naniesieniu i wsmarowywaniu w twarz, robi się bardziej biała. Rozsmarowuje się ją dość długo. Krycie ma bardzo delikatne, niemal znikome. Podczas aplikacji uwalnia się ładny i przyjemny, jakby ziołowy zapach. Krem ten delikatnie ujednolica koloryt skóry, dodatkowo nawilża ją i sprawia, że wygląda ładniej. Można go używać również jako bazy pod podkład mineralny, z którym świetnie współgra. Jeżeli ktoś oczekuje jakiegoś znacznego krycia, to go nie otrzyma. Ale jeżeli chcecie nawilżyć Waszą skórę i sprawić, by wyglądała promienniej i po prostu zdrowiej, to polecam!


Kolejne spotkanie z kosmetykami Lily Lolo od Costasy okazało się bardzo owocne. Poznałam nowy produkt, jakim jest krem BB, po który sięgam z dużą przyjemnością. Powiększyłam również kolekcję pomadek i nie mogę się doczekać, kiedy znajdzie się u mnie kolejny kolor.

Na koniec trochę prywaty. Byłam dziś na poczcie, wysyłałam paczkę oraz kilkanaście zaproszeń ślubnych do rodziny z daleka. Jestem w szoku, jak ceny przesyłek idą w górę z każdym rokiem. Znaczek kosztuje już blisko 3 zł! O paczkach nie wspomnę, bo ceny sięgają już 20 zł. Doszłam do wniosku z mamą, że niebawem będzie się bardziej opłacało zamówić kuriera epaka.pl i wysyłać za jego pośrednictwem listy i paczki, niż do niedawna, całkiem niedrogą pocztą. A Wy co sądzicie o tym? 

Znacie kosmetyki Lili Lolo? Lubicie mineralną kolorówkę?
Czytaj dalej

Dermedic - Normacne Preventi - antybakteryjny żel do mycia

Marka Dermedic jest mi marką w zasadzie nieznaną. Miałam jakieś 4 lata temu jeden z produktów i o ile się nie mylę, był to płyn micelarny. Nie do końca pamiętam, jak się u mnie sprawdził. Ostatnio na blogach pojawia się coraz więcej recenzji kosmetyków właśnie tej firmy, więc postanowiłam sobie odświeżyć pamięć, co do niej i skusiłam się na zakup żelu antybakteryjnego Dermedic Normacne Preventi na Iperfumy.pl.


Wpisałam w wyszukiwarka drogerii hasło "Dermedic". Pojawiły się, aż 3 strony produktów. Ucieszyłam się, że mam w czym wybierać. Chciałam wziąć jeden produkt na próbę i tak też zrobiłam. Długo zastanawiałam się na co się zdecydować. Wybór był ciężki, a blogowe recenzje koleżanek wcale mi nie pomagały, bo wszystko było świetne. Postanowiłam skusić się na produkt, którego na blogach nie widziałam. Przyznaję bez bicia, do zakupu żelu Normacne Preventi w pierwszej kolejności zachęcił mnie... Kolor! Jest to piękny, energetyczny odcień takiej trochę oliwkowej zieleni. Cała butelka jest plastikowa, smukła i podłużna. Produkt aplikuje się za pomocą pompki, a ja takie rozwiązania bardzo lubię. Pod prysznicem okazują się bardzo wygodne. Jeżeli przekręcimy ją w jedną ze stron - wydobywanie produktu zablokuje się, więc śmiało można brać ten żel w podróż.


Konsystencja jest żelowa, przezroczysta i dość gęsta, jak na tego typu produkt. Pachnie przyjemnie, choć ciężko mi określić co to za woń. Produkt należy nanieść na wilgotną skórę twarzy i delikatnie masować. Podczas tej czynności wytwarza się dość fajna piana, co lubię! Zalecany jest on do skóry tłustej i mieszanej ze skłonnością do trądziku. Ja nigdy nie miałam problemów z nim, jednak ostatnio na mojej twarzy pojawia się zbyt wiele "niespodzianek", więc uznałam, że dam temu produktowi pole do popisu.


Początkowo używałam go jedynie do mycia twarzy i muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczył. Po użyciu twarz była oczyszczona, a w ciągu dnia wytwarzała zdecydowanie mniej sebum. Jestem posiadaczką skóry mieszanej i dzięki temu produktowi praktycznie w ogóle się teraz nie świecę. Żel ma za zadanie zatrzymać rozwój bakterii na powierzchni skóry i tu też sobie z tym radzi. Przy codziennym stosowaniu, niechcianych krost jest coraz mniej, co bardzo mnie cieszy. Jedyną moją uwagą jest to, że po jego stosowaniu, ja czuję delikatne napięcie twarzy, choć producent gwarantuje, że ono nie występuje. Ponadto, produkt mnie nie uczulił, ani nie podrażnił, choć ma SLS w składzie. Za to nie znajdziecie tam alkoholu, a sam produkt jest hypoalergiczny. Dobrą wiadomością jest również to, że można go stosować do  dwóch części ciała - do twarzy oraz pleców, jeżeli tam również macie trądzikowe problemy. Mój pierwszy kontakt z marką Dermedic po latach uważam za udany. Mam nadzieję, że niebawem skuszę się na jakieś inne produkty.

Lubicie markę Dermedic? Polecicie mi jakiś produkt?

Czytaj dalej

piątek, 16 lutego 2018

Balsam do ust - Nivea Pop-Ball - orzeźwiająca mięta

Moje usta zazwyczaj cieszą się dobrą formą. Są jednak okresy, w których i ja nie mogę radować się  z nakładania kolejnej kolorowej pomadki. Dlaczego? Ano dlatego, że po prostu nie wygląda to estetycznie. To nic fajnego podkreślać usta, kiedy dookoła pełno odstających, suchych skórek. Matowe pomadki (których używam najczęściej) tylko pogłębiają ten problem, bo większość z nich dodatkowo wysusza usta. W tym czasie trzeba postawić na dobre nawilżenie. Dzięki Nivea w przeciągu ostatnich tygodni miałam szansę poznać drugie smarowidełko. Tym razem, jest to oryginalnie i uroczo wyglądający Pop-Bal.


Pewnie większość z Was na widok pomadki Pop- Ball miała jedno skojarzenie, tj. EOS. Muszę przyznać, że i ja tak pomyślałam. Jest jednak między nimi pewna różnica. EOS jest okrągły, a ta pomadka owalna, więc ta bardziej przypomina jajeczko. Powiedziałabym nawet, że ma kształt tego żółtego jajeczka z Kinder Niespodzianki. Jak widzicie, ma dwa kolory (miętowy i biały). Występuje jeszcze w wersji różowej (która kusi mnie bardziej). Prezentuje się bardzo schludnie i ładnie. W środku mamy miętową wypukłość, która jest wygodna w użyciu. Lubię taką formę pomadek i muszę przyznać, że zużywają się u mnie wolniej niż podstawowe sztyfty.


W udziale trafił mi się wariant miętowy i trochę nad tym faktem ubolewam, bo nie jest to mój ulubiony zapach, jeżeli chodzi o pomadki. Po naniesieniu na usta mamy też efekt chłodzenia, czego bardzo nie lubię. Na szczęście jest on delikatny i po chwili znika, dlatego tak bardzo mi nie przeszkadza. Samo nanoszenie jest bardzo przyjemne. Konsystencja jest w sam raz, więc dobrze sunie po ustach i szybko pokrywa je w całości. Ogólnie dość długo utrzymuje się na ustach, dobrze je nawilża i o nie dba. Usta po kilku dniach stają się naprawdę przyjemnie mięciutkie i wyraźnie odżywione. Muszę zaznaczyć, że stan moich ust nie był tak tragiczny, ja jeszcze kilka tygodni temu, więc nie wiem, jak jajeczko spisze się w przypadku ekstremalnie przesuszonych ust. Wierzę jednak, że podoła! Jeżeli ktoś z Was na taki stan ust aplikował tą pomadkę - koniecznie dajcie znać, jak się spisała. Ja z kolei, jak tylko spotkam gdzieś wariant różowy od razu po niego sięgnę. Ta malinka z jabłuszkiem strasznie mnie kusi.

Dziś wstałam w masą energii, ale opadła ona po chwili... Blogowanie to nie bułka z masłem. Często przekonuję się o tym, gdy posłuszeństwa odmawiają różne sprzęty - aparat rozładował się, kiedy właśnie chciałam zrobić sesję produktowi, komputer zaciął się podczas przerabiania, a Internet muli, gdy wgrywam zdjęcia - znajome? Dla mnie, aż za bardzo! Dobre połączenie internetowe, to podstawa podczas blogowania, gdyż znacznie ułatwia naszą pracę. Technika światłowodowa, jakiej wprowadzenie umożliwia interlab.pl powoli staje się nie tylko ulepszeniem, ale i standardem. Ten rodzaj medium transmisyjnego zupełnie zdeklasował wszystkie gałęzie telekomunikacji. Prędkość transmisji, a także odległość, na jakie może być przesyłana informacja pozostawiają bardzo daleko w tyle inne, konkurencyjne rozwiązania.

Znacie pomadki Pop-Ball od Nivea? Lubicie takie orzeźwiające (miętowe) pomadki?
Czytaj dalej

czwartek, 15 lutego 2018

Nivea - Kwiat wiśni i olejek jojoba - krem do rąk

Pielęgnacja dłoni w okresie jesienno-zimowym jest bardzo ważna. Nasze dłonie narażone są wtedy na działanie skrajnych temperatur. Mamy do czynienia z zimnym powietrzem na dworze oraz ciepłym, ale suchym w domu. Nie odbija się to dobrze na stanie skóry dłoni. Muszę przyznać, że nie mam nawyku kremowania rąk, jednak zimą, czy tego chcę czy nie, moje ręce krzyczą i proszą o odpowiednią dawkę nawilżenia. Czy to właśnie zagwarantował mi krem do rąk Nivea - Kwiat Wiśni z olejkiem Jojoba?


Zacznę standardowo od wyglądu. Krem mieści się w plastikowym, 75 ml opakowaniu o delikatnym, fioletowym kolorze. Ma taki opływowy kształt. Dobrze leży w dłoni. Jest zgrabne i niewielkie, więc idealnie sprawdzi się noszone w torebce.  Zamknięcie na "klik" - nie sprawia trudności w otwieraniu, ale też nie ma, aż tak dużej łatwości, by bać się, że krem sam otworzy się w torebce. Na środku jest fajne wgłębienie, idealne na kciuk. Grafika jest bardzo subtelna, przedstawia kwiaty wiśni i niżej kroplę olejku - podoba mi się. Konsystencja kremu jest biała. Nie jest ani rzadka, ani gęsta - w każdym razie nie spływa z dłoni, ani też nie sprawia trudności w rozsmarowywaniu. Wręcz przeciwnie! Krem nie bieli, a szybko się rozsmarowuje i wchłania w skórę dłoni.


Zapach robi największe wrażenie, bo zanim dojdzie do tego, że zauważymy, jakieś pozytywne zmiany, to najpierw go wyczujemy i to wyraźnie. Wiele osób zarzuca temu kremowi, że jest zbyt intensywny. Dla mnie ta "moc" zapachu jest silna jedynie w pierwszych kilku sekundach. Dosłownie po chwili zapach przybiera lżejszą formę, by po kilkunastu/kilkudziesięciu minutach praktycznie całkowicie zniknąć. Rozkoszuje się nim przy każdym użyciu. Jest bardzo przyjemny, jak nazwa wskazuje, bardzo kwiatowy. Jeżeli chodzi o samo działanie, to krem spisał się dobrze. Po wchłonięciu nie zostawia żadnego nieprzyjemnie tłustego czy lepkiego filmu. Ręce są gładkie i wyraźnie nawilżone i odżywione. Skórki wokół paznokci również są w lepszej kondycji, co widać gołym okiem. Efekt ten utrzymuje się przy regularnym stosowaniu.

Na koniec mała dygresja... Cieszę się, że wróciłam na dobre tory blogowania i że piszę systematycznie. Ostatnio porobiłam bardzo dużo zdjęć do różnych postów, więc spodziewajcie się wielu recenzji. Uporałam się również z wieloma ślubnymi sprawami, które na ten moment musiałam załatwić. Teraz zostały mi tylko drobiazgi. Szukam różnych pudełek (np. na obrączki, dla świadków) czy literek (inicjałów) na stół. Mam w planach również zakup materaców do spania np. z dreamsdesign.pl/oferta/materace - wiadomo, gości trzeba gdzieś położyć spać. Także idę cały czas do przodu. Trzymajcie za mnie kciuki żeby wszystko się powiodło.

Znacie krem do rąk o zapachu Kwiatu Wiśni?
Czytaj dalej

Biuro - idealne miejsce, by w domu panował ład i porządek

Kiedy chodziłam jeszcze do szkoły to w moim szkolnych rzeczach był wiecznie bajzel. Ciężko było mi znaleźć jakiekolwiek papierki, które dostawałam chociażby od nauczycieli. Jakoś nie bardzo się tym wtedy przejmowałam. Od czasu, kiedy wybrałam się na studia zaczęłam do tego przykładać większą wagę, bo i papiery, które dostawałam były zdecydowanie bardziej ważne. Podpisywałam różne umowy z placówkami, w których odbywałam praktyki, podpisywałam również umowy z innymi firmami (chociażby tymi ślubnymi) i chaos jaki panował w dokumentach zaczął mi uprzykrzać życie. Postanowiłam zmienić coś w tym zakresie. Tak naprawdę, nie trzeba wiele, by w końcu zapanował ład i porządek. W tytule posta wspomniałam o biurze i bez tego żadne poważne przedsiębiorstwo nie funkcjonuje. Zazwyczaj jest to odrębne pomieszczenie - zwykłemu śmiertelnikowi gromadzącemu papiery z zakresu gospodarstwa domowego wystarczy tak naprawdę jeden kącik. A co powinno się w nim znaleźć?


ERGONOMICZNE STANOWISKO PRACY

W zależności od tego, czy jest to biuro w firmie czy w domu, należałoby je inaczej urządzić. Jeżeli meblujemy biuro, jako swoje miejsce pracy, przy którym będziemy spędzać czasem 8-10 godzin, musi być ono jak najbardziej ergonomiczne i dopasowane do osoby, która będzie przy nim siedziała. Musi być to dopasowanie m.in. do wzrostu. Przy domowym biurze nie musimy, aż tak zwracać na to uwagę, ponieważ nie będziemy przy biurko spędzać tak wiele czasu. Ważny jest wtedy wygodny fotel i biurko. Jeżeli o mnie chodzi, jak wolę biurka jedynie z blatami - lepiej sprząta się to pomieszczenie, bo nigdzie nie gromadzi się kurz, ale również my sami mamy więcej swobody. Obecnie mam biurko, które po obu stronach ma dodatkowe szafki - to dobre rozwiązanie, jeżeli nie mamy zbyt wiele miejsca. Ja mam bardzo duży pokój, więc chętnie bym z nich zrezygnowała. Na poniższej inspiracji znalazłam fajne biurko oraz krzesło obrotowe ze sklepu ergoExpert. Można tam znaleźć ładne, ale i tanie meble biurowe. Krzesło obrotowe to dobre rozwiązanie, ponieważ możemy dopasować sobie odpowiednią wysokość.

SZAFKA DO PRZECHOWYWANIA DOKUMENTÓW

Jeżeli tak jak mi, podobają się Wam biurka z samymi blatami, to należy kupić kolejny mebel, w którym będziemy trzymać wszystkie papiery. Tu trzeba ocenić, jakiej wielkości szafki potrzebujemy, biorąc pod uwagę ilość dokumentów do przechowywania. Mi podobają się te podłużne z szufladami.

DOBRE OŚWIETLENIE NA BIURKO

Od kilku lat jestem szczęśliwą posiadaczką lampy bezcieniowej. Dostałam ją w prezencie, kiedy jeszcze robiłam paznokcie różnym kobietom. Teraz świetnie służy mi jako lampka na biurko. Daje białe światło, które nie męczy oczu i nie wyobrażam sobie teraz bez niej funkcjonowania. Była pomocna podczas pisania różnego rodzaju prac na studia czy nawet teraz, gdy piszę post na bloga.


SEGREGATORY NA DOKUMENTY

Przy dobrej organizacji papierów, najlepsze są segregatory. Dzięki nim możemy wszystko ładnie pochować w koszulki i posegregować. Wertowanie dokumentów, jak książki, jest zdecydowanie bardziej proste, niż wyciąganie wszystkiego z teczki i przekładanie. Jeżeli kupimy segregatory w ładne wzory to mogą one też stanowić dekorację. 

DODATKI I AKCESORIA NA BIURKO

Jak już wspominałam wielokrotnie, bardzo lubię kwiaty, więc nie wyobrażam sobie, by mogło ich zabraknąć na biurku. Od razu robi się przytulnie. Kolejnym gadżetem może być również kalendarz biurowy - wygląda ładnie, a i zapisać coś można, np. termin jakiejś płatności czy inną ważną datę.

Odkąd kupiłam kilka segregatorów i uporządkowałam wszystkie papiery (a pozbyłam się tych zbędnych), wszystko jest na swoim miejscu. Mogę podzielić je na kilka kategorii, np. umowy ślubne, rzeczy wiązane ze studiami czy blogiem. Trzymam wszystko w jednym miejscu i w każdej chwili wiem, gdzie mam szukać "papierka", którego szukam.

A Wy macie takie miejsce, w którym trzymacie wszystkie dokumenty?
Czytaj dalej

środa, 14 lutego 2018

Wesele w stylu romantycznym - magia i tajemniczość

Witam Was w ten walentynkowy poranek! Mam nadzieję, że Święty Walenty o Was nie zapomniał, a jeżeli Walentego w pobliżu brak, to że trafi Was dziś strzała Amora. Ten dzień wydaje mi się też odpowiednim do publikacji postu weselnego. Cieszę się, że seria "Wesele w stylu..." jest przez Was tak ciepło odbierana. Ich tworzenie sprawia mi bardzo dużo frajdy, więc raduję się, że mogę dziś przybyć do Was z kolejną odsłoną. Mowa o stylu romantycznym. Kiedy tak przygotowuję te wpisy, to widzę, że w każdym znajduje się coś, co mnie do siebie przekonuje. Wydaje mi się, że w każdym też potrafiłabym się odnaleźć, co jest nawet nieco zaskakujące. Może bez zbędnego przeciągania, zaproszę Was do dalszej części wpisu. Post powstał we współpracy ze sklepem Zapi.pl.


Jak już sam tytuł posta wskazuje, wesele w stylu romantycznym wiąże się nieodłącznie z magią oraz tajemniczością. Nierozerwalnie wiąże się ono również  z różowym kolorem, najczęściej w pudrowej odsłonie. Do tego okraszone jest mnogą ilością kwiatów i mnóstwem świec. Idealnie wpasują się tu również satynowe kokardki czy koronkowe akcenty.


Jak widzicie, kwiaty można przemycić wszędzie - na stołach, wiszących dekoracjach czy chociażby na torcie. Myślę, że sama również skuszę się na coś takiego na swoim torcie, bo wygląda to bardzo efektownie. Od zawsze pałam ogromną miłością do kwiatów, więc im ich więcej, tym lepiej.


Ostatnio bardzo popularne stały się tablice z różnymi napisami. Niektóre pary decydują się na przedstawienie swojej miłosnej historii (np. data poznania, data, w której postanowili być razem, data zaręczyn oraz data ślubu). Widziałam też tablicę ze zdjęciami, np. z młodych lat, a potem ze wspólnych lat To fajny powrót do przeszłości, ale i zwiastun wspólnej przyszłości w postaci teraźniejszych zdjęć. To też fajne atrakcje dla gości - mogę się z nich dowiedzieć czegoś więcej o samej Parze Młodej. Romantycznym akcentem będą również zimne ognie. Przy współpracy z gośćmi powstaną równie romantyczne zdjęcia pełne magii.


Standardowo, żadne wesele nie obejdzie się bez papeterii. Firma Zapi.pl wychodzi naprzeciw wszystkim fanom tego stylu. Wybrałam dla Was różowe zaproszenia. Jak widzicie, jest zaproszenie z różową tasiemka, która dodatkowo zdobiona jest jakąś ozdobą biżuteryjną. Nie może również zabraknąć motywu floral. Zaproszenie kwieciste ma piękną, zawijaskową czcionkę, a ponadto nietuzinkowy kształt. Jest pościnane po bokach i przewiązane wstążką w groszki. Wstążka jest oczywiście ruchoma, więc samą kokardkę można ustawić w dowolnym miejscu.



Jeżeli planujecie usadzić gości, to mam też dla Was piękne, różowe winietki. Możecie również ozdobić butelki z alkoholem takimi pięknymi zawieszkami. Zarówno winietka, jak i zawieszka, wykonane są w tym samym stylu. Zawieszka dodatkowo ma również tasiemkowy akcent.


Para Młoda bardzo często decyduje się na obdarowanie swoich gości skromnymi upominkami, by wyrazić radość i zarazem wdzięczność, że rodzina i przyjaciele postanowili wspólnie z nimi radować się tego dnia. Zazwyczaj kładą na talerzyk gości coś słodkiego. By nadać temu jeszcze większą i bardziej dostojną rangę prezentu, fajnie jest to odpowiednio zapakować.



Jestem zauroczona tym stylem i prawda jest taka, że im więcej ich poznaję, tym bardziej przekonuję się o tym, że moje wesele będzie pewnym mixem. Każdy styl ma w sobie coś, co mi się podoba, więc myślę, że uda mi się to połączyć w jedną, spójną całość. Na szczęście mam wokół siebie wiele osób, na których mogę polegać i które mi doradzają, więc wspólnymi siłami musi się udać.

Podoba Wam się ten styl wesel?
Czytaj dalej

wtorek, 13 lutego 2018

Manirouge - alternatywa dla lakieru hybrydowego

Odkąd zaznałam komfortu, jaki gwarantuje mi lakier hybrydowy, przestałam sięgać po klasyczne lakiery (jeżeli chodzi o manicure rąk). Bardzo odpowiadała mi opcja noszenia jakiegoś manicure przez 3 a czasem nawet i 4 tygodnie bez skazy, a jedynie z jakimś odrostem. Ale jestem kobietą i ciekawią mnie wszystkie nowinki z zakresu stylizacji paznokci. Takim oto sposobem poznałam markę Manirouge, która specjalizuje się w tworzeniu ozdób termicznych na paznokcie. Najpierw chciałabym zaprezentować Wam mój zestaw startowy.


Całość mieści się w pięknym, różowym opakowaniu, które fajnie wszystko odbija. Uprzednio przewiązane były również szarą wstążką. Niby mały detal, a tak cieszy. Rozsuwa się je pociągając z obu stron. W środku wszystko ładnie poukładane i ma swoje miejsce.


W ofercie naklejek termicznych jest mnóstwo wzorów. Całość przeglądałam multum razy i nie mogłam się zdecydować. Chciałoby się wybrać wszystkie. Skusiłam się na 5 wzorów, w tym 3 iście walentynkowe. Mamy różowe naklejki z kupidynem i różami, kolejne różowe we flamingi i serduszka oraz czerwone i białe w geometryczne wzory z sercem. Pozostałe naklejki są bardzo neutralne i będą pasowały na każdą inną okazję. Są to niebiesko-różowe naklejki z trójkątem wychodzącym od skórek, naklejki z kaktusami oraz kolejne różowo-niebieskie z wzorkiem.


W zestawie znalazłam też sporą liczbę akcesoriów. Było tam metalowe kopytko, gumowe kopytko, nożyczki, folia, oraz pilniki. Jeden z nich jest tak delikatny, że ja nazwałabym go polerką. Każdy z tych gadżetów okazał mi się bardzo pomocny przy aplikacji naklejek.


Są też dwa preparaty. Pierwszy, to dobrze znany wszystkim hybrydomaniaczkom cleaner, który przydaje się do odtłuszczenia płytki przed nałożeniem naklejek. Jest również oliwka, która pozwala zmiękczyć skórki. Do tego pięknie pachnie. Jest też rzecz najważniejsza, czyli Mini Heater. Najprościej rzecz ujmując to nagrzewnica, której zadaniem jest rozgrzanie naklejki. Bez tego urządzenia ani rusz. Jak widzicie, wszystko jest takie ładne i kolorystycznie do siebie pasuje. Uwielbiam różowe gadżety, więc cieszę się niezmiernie z całego zestawu. Skoro wybrałam, aż 3 walentynkowe naklejki, to wypadało je zaaplikować na pazurki. Jutro dzień Świętego Walentego, więc myślę, że nie będzie lepszej okazji. Efekt końcowy możecie zobaczyć niżej. Ja jestem zachwycona, jak szybko i sprawnie udało mi się wykonać ten manicure.


Przed aplikacją zajrzałam na YT i obejrzałam kilka tutoriali, jak naklejać te naklejki. Wam również polecam zrobić to samo. Robienie manicure wspólnie z kimś, nawet przez ekran laptopa, to bardzo duże ułatwienie. Ja najpierw odtłuściłam płytkę, potem wybrałam odpowiedni rozmiar naklejki (ucięłam połowę, bo nie było potrzeby marnowania całej), przystawiłam naklejkę przyklejoną do kopytka do Mini Heatera i poczekałam, aż trochę się podgrzeje. Naklejka początkowo sztywna, po kilku sekundach staje się miękka i wygina się. To znak, że można ją zaaplikować na płytkę. Pierwsza naklejka trochę zmarszczyła mi się na bokach, ale potem opracowałam sobie najlepszy sposób na naklejanie i było już super. Najpierw naklejałam naklejkę wzdłuż paznokcia, jego środkiem. Następnie dociskałam po bokach. Podczas aplikacji, naklejka dość szybko stygnie, ale to nie przeszkadza w niczym, ponieważ można ją ponownie podgrzać na płytce i docisnąć gdzie trzeba. Nadmiar naklejki obcięłam nożyczkami, a odstające nadal kawałki naklejki przypiłowałam. Nagrzałam jeszcze raz cały paznokieć i podociskałam dla pewności wszystkie krawędzie. Całą instrukcję krok po kroku znajdziecie również na stronie Manirouge. Wzór jaki wybrałam to Augustine 127 i są to urocze flamingi, serduszka, linie i jakieś krzaczki. Ten wzór składa się z 20 naklejek. Jeżeli macie paznokcie średniej długości, to starczą Wam na dwie aplikacje, jeżeli tak jak ja, będziecie je przecinać na połowy.


Efekt jaki uzyskałam bardzo mi się podoba. W krótką chwilę moje paznokcie pokryły dwa fajne wzory, których namalowanie ręcznie zajęłoby mi bardzo dużo czasu (w przypadku flaminga całą wieczność, a i efekt ostateczny pewnie byłby przykry). Tu w zaledwie kilka minut mam oryginalne pazurki, które swoim klimatem idealnie wpasowują się w jutrzejsze Walentynki! Jeżeli chodzi o trwałość, to nie wiem, jak wypadną, mam je od wczoraj, ale na pewno zedytuję ten wpis i Was poinformuję, ile wytrzymały na moich paznokciach.

Podobają się Wam moje pazurki? Co sądzicie o takich naklejkach? Chciałybyście spróbować?
Czytaj dalej

poniedziałek, 12 lutego 2018

K jak Kaktus - kaktusowe gadżety z Gamiss

Zapraszam Was na kolejną listę rzeczy z Gamiss. W życiu jest tak, że wszystko ma swój czas. W każdym sezonie jest modny inny kolor, krój (jeżeli chodzi o ubrania) czy wzór. Na produkty tego typu jest wtedy duży popyt. Wielką popularnością w roku 2017 cieszyły się kaktusy i myślę, że moda ta przeciągnie się również i na ten rok. Do tej puli dorzuciłabym również jednorożce. Są to dwa motywy, które możemy spotkać już wszędzie - na ubraniach, dekoracjach do domu czy biżuterii. Dziś przygotowałam dla Was taki luźny post, w którym wybrałam dla Was 6 kaktusowych rzeczy.


WISZĄCE KOLCZYKI KAKTUSY W DONICZCE - KLIK

Te kolczyki po prostu mnie urzekły. Są piękne pod względem kolorystycznym, kształtu oraz tego, że pokryte są kolorami naniesionymi w technice watercolor. Jak pewnie zauważyliście, watercolor również bardzo lubię, dlatego przemycam ten motyw do każdego kolażu. Kolczyki są wiszące i kosztują niewiele, więc myślę, że prędzej czy później się na nie skuszę. 


Przy ostatniej, wiosennej liście pokazywałam Wam bardziej delikatną wersję kaktusowej poduszki. Teraz wybrałam nieco ciemniejszy kolor. Określiłabym go mianem ciemnej butelkowej zieleni. Taka poduszka będzie z pewnością stanowiła nietuzinkową dekorację kanapy.


Tę torbę mam już u siebie od kilku miesięcy i po prostu ją uwielbiam! jest bardzo solidnie wykonana, udźwignie naprawdę sporo ciężkich rzeczy. Nie deformuje się, jest dość twarda. Nadruk jest ładny i nie zdziera się. Po praniu również wygląda nienagannie.


Tę torebkę musi mieć w kolekcji prawdziwy, szanujący się fan kaktusów. Ja bardzo lubię ten motyw, ale chyba nie, aż tak, by chodzić w takiej torebce. Trzeba jej jedno przyznać - robi wrażenie. Ma też fajny łańcuszek na ramię.


Ten komplecik przypinek zamówiłam kilka dni temu. Jeszcze nie wiem do czego ich użyję. Może wepnę w jakąś jeansową koszulę? Jak do mnie dotrą, to się okaże. 


Tego kaktusa również mam - kiedy pisałam, że lubię ten motyw, to nie żartowałam. Kaktusowych dodatków jest u mnie wiele, więc i ten musiał znaleźć się w mojej kolekcji. Zasilany jest on na baterie AA. Daje całkiem przyzwoicie mocne światło. Idealny, jako gadżet do zdjęć.

Na Gamiss trwają obecnie walentynkowe wyprzedaże, więc jak macie chęć coś kupić, to koniecznie zajrzyjcie tu: Gamiss Valentines Gifts, Gamiss Valentines Day 2018 oraz Valentines Day. Znajdziecie tam wiele ciekawych promocji.

Czy macie taki motyw, który szczególnie lubicie?
Czytaj dalej

piątek, 9 lutego 2018

I Heart Makeup - rozświetlacze w serduszku - Dragon's Heart vs. Mermaid'S Heart

Kosmetyki Makeup Revolution królują w mojej kolorówce już od wakacji. Znałam je dużo wcześniej, ale miałam zaledwie kilka produktów. Od jakiegoś czasu mogę poznawać większość nowości i niezmiernie mnie to cieszy. Dziś chciałabym pokazać Wam dwa kolejne serduszka-rozświetlacze I Heart Makeup. Tym razem są to swoje przeciwieństwa, bo mamy tu pojedynek dwóch żywiołów: wody i ognia. Który wygra to starcie? Dowiecie się niżej!


I HEART MAKEUP - SERDUSZKO ROZŚWIETLAJĄCE DRAGON'S HEART

Smocze serduszko ma złote opakowanie i czerwono-pomarańczowe dodatki na wieczku. Jak się przyjrzycie, dostrzeżecie dwie smocze głowy - czy coś lepiej może zobrazować kosmetyk, w którego nazwie widnieje słowo "dragon"? Rozświetlacz jest w równie ognistych kolorach, jak jego opakowanie. Po uchyleniu wieczka naszym oczom ukazuje się 5 pięknych kolorów. Wydaje mi się, że nie muszę ich opisywać, bo zdjęcia idealnie je odzwierciedlają. W każdym razie cała piątka, to ciepłe kolory o bardzo dobrej pigmentacji. Wszystkie kolory tworzą zgraną całość i świetnie do siebie pasują. Możemy je nakładać pojedynczo na kości policzkowe, rób z racji tego dopasowania, używać wszystkich naraz. Poniżej możecie zobaczyć więcej zdjęć tego wariantu oraz swatche.





I HEART MAKEUP - SERDUSZKO ROZŚWIETLAJĄCE - MERMAID HEART

Dla równowagi, mamy również serduszko syrenie. Które przypomina wyglądem syreni ogon, bo jak widzicie, pokryte jest one łuską. Utrzymane w niebieskiej kolorystyce. W środku utrzymane jest w nieco zimniejszej tonacji. Tu mam wrażenie, że kolory nie są do siebie dopasowane, ale to w zasadzie dobrze. Kolor syreni kojarzy mi się z taką niebieską zielenią. Nie chciałabym raczej takiego odcienia nakładać na twarz, więc ocieplenie tych barw różem, złotkiem i pomarańczem to ostatecznie bardzo dobry pomysł. Tu podobnie, jak przy poprzednim wariancie, mamy bardzo dobrą pigmentację.




Oba serduszka mają wiele cech wspólnych, począwszy od ogólnego wyglądu i kształtu poprzez pigmentację. Uprzednio zapakowane są w papierowe kartoniki, równie ładne, jak opakowania główne. Zanim sama miałam okazję przyjrzeć się tym serduszkom na własne oczy, widziałam je gdzieś w sieci i jak na zodiakalną rybkę przystało, do gustu bardziej przypadła mi wersja syrenia. Ale w użyciu, lepiej spisuje się u mnie jednak wersja smocza. Ogólnie ciepłe tony po prostu bardziej do mnie pasują. Ogólnie nie widzę pomiędzy tymi serduszkami żadnych różnic - to na jakie się zdecydujecie zależy tylko do tego, w jakich kolorach czujecie się lepiej. Bez względu na wybór, oba serduszka pięknie rozświetlają twarz, dodają jej blasku i uroku. Sprawiają, że twarz nie wygląda na przemęczoną, a pełną wigoru.

Znacie serduszka I heart Makeup? Który wariant bardziej się Wam podoba?

Czytaj dalej