poniedziałek, 21 stycznia 2019

Naturativ - Krem na dzień i na noc 360*, olejek rozświetlający oraz masło do ciała

Jeżeli tu zaglądacie, to pewnie wiecie, że już od bardzo wielu miesięcy (jak nie lat) odkrywam Wam zawartość pudełek Shinybox. Czasem nie są one zbyt porywające, innym razem znajduję tam produkty, bez których nie mogę się później obejść. Wszelkie pudełka kosmetyczne lubię właśnie za to, że za ich sprawą mogę poznać całkiem nowe firmy, których pewnie bym nie poznała robiąc zakupy w drogerii. Tak właśnie było z Naturativ. W pudełkach znalazłam dwa produkty tej marki, tj. otulające masło do ciała oraz krem na dzień i na noc 360*. Niespodzianką był dla mnie trzeci produkt, tj. olejek Glamorous Illuminating, który dostałam w prezencie świątecznym razem z życzeniami od firmy. To bardzo miłe, że ktoś się tak stara, bo to dziś rzadkość. Zapraszam Was na recenzje tych produktów.


NATURATIV - KREM DO TWARZY NA DZIEŃ I NA NOC 360* AOX

Ostatnio moja cera płata mi figle, a występująca dodatkowo atopia nie pomaga. Niestety, człowiek nie młodnieje, a skóra twarzy codziennie domaga się sporej dawki nawilżenia. Wiedziałam, że potrzebuję produktu bogatego w naturalne składniki, bo tylko taki na ten moment się u mnie sprawdzi. Postawiłam na krem Naturativ 360* Aox, do stosowania zarówno na dzień i na noc. Pierwsze co zwróciło na mnie swoją uwagę, to skromna szata graficzna. Nie wiem czemu, ale takie skromne opakowania od razu kojarzą mi się z naturalnymi produktami. Krem wyposażony jest w pompkę air less - idealnie, bo wydobywamy krem w sposób higieniczny. Spójrzcie na drugie zdjęcie z poniższego kolażu - chciałam pokazać Wam konsystencję tego kremu i wycisnęłam trochę z opakowania. Jak widzicie, krem jest gesty, bo po wyciśnięciu nawet nie spłynął (musicie sie dobrze przyjrzeć, bo zdjęcie jest dość jasne. To przedłużenie, to nie długi dzióbek z opakowania, a wystający krem). Gęsta konsystencja nie sprawia jednak problemów z aplikacją. dobrze się rozprowadza i sunie po twarzy. Krem ma beżowe zabarwienie i dość specyficzny zapach. Wyczuwam w nim delikatnie cytrynową nutkę, która robi tu tło. Wiodąca woń jest jednak ciężka do określenia. Nie wiem czy każdemu się ona spodoba. Krem składa się z naturalnych składników. Jest oznaczony jako "vegan". Nie znajdziecie tu PEGów, silikonow, SLESów czy sztucznych zapachów i barwników. Tego kremu używam na noc. Treściwa konsystencja dobrze nawilża moją skórę twarzy i szyi. Rano jest ona gładka i przyjemna w dotyku. Zima, to ciężki czas dla naszej skóry - zimna temperatura na zewnątrz i suche powietrze w domu są z tym kremem mi nie straszne.


NATURATIV - OTULAJĄCE MASŁO DO CIAŁA O ZAPACHU KARMELU, WANILII I CYTRYNY

W tym masełku zakochałam się od pierwszego powąchania. W boxie znalazłam jednak wersję mini, nad czym strasznie ubolewałam. Produkt pełnowymiarowy ma 250 ml, moje masełko jedynie 40 ml. Producent zaleca hojnie nakładać masło na ciało, może być wilgotne, po wyjściu z kąpieli. Z uwagi na małą pojemność, nie nakładałam go na całe ciało. Wtedy starczyłby mi za pewne na 3 użycia. Chciałam zdecydowanie dłużej cieszyć się jego piękną wonią. Zapach jest bowiem przytulny, otulający, taki... ciepły. Idealna kompozycja zapachowa na zimę. Ciepło bijące od wanilii i karmelu jest tu fajnie podbite cytrynową nutą, która dodaje zapachowi troszkę powera. Dzięki cytrynie zapach nie jest mdły, a fajnie podkręcony. Długo utrzymuje się na ciele. Masło nanosiłam na dłonie oraz suche miejsca na ciele, takie jak np. łokcie. Świetnie je odżywiło, a także złagodziło podrażnienia. Na pochwałę zasługuje fakt, że masło szybko się wchłania, nie bieli i nie zostawia żadnej nieprzyjemnej warstewki. Skład również świetny. Znajdziemy tam masło shea, które nawilża i zmiękcza, masło kakaowe, które natłuszcza, uelastycznia skórę i łagodzi podrażnienia, masło oliwkowe, które wygładza i koi, olej babassu, który uelastycznia, nawilża, jest naturalnym filtrem UV, squalane (z oleju oliwkowego), które nawilża, ekstrakt z cytryny, który działa ujędrniająco i przeciwzapalnie, a także naturalna witamina E – antyoksydant oraz gliceryna roślinna – nawilża. Jak widzicie, same dobroci. Pełnowymiarowy kosmetyk kosztuje ok. 75 zł, ale biorąc pod uwagę świetny skład, dobre działanie i cudowny zapach, to jest wart swojej ceny.


NATURATIV - OLEJEK GLAMOROUS ILLUMINATING

Początkowo myślałam, że tego olejku będę używała od święta z uwagi na mnogość świecących drobin. W praktyce okazało się inaczej. Producent opisuje go tak: "Uczta dla skóry. Upiększający olejek do ciała i twarzy skomponowany z najlepszych tłoczonych na zimno olejów oraz naturalnych rozświetlających cząsteczek. Odżywia, regeneruje i chroni skórę. Idealnie i szybko się wchłania, a złote i miedziane drobinki miki dodają skórze słonecznych refleksów. Idealny na letnie dni i wieczorny bankiet". Ja użyłam go po raz pierwszy na Sylwestra. Choć spędziłam go w domu, co miałoby mnie powstrzymać przed ładnym wyglądem? Ano właśnie, nic! Patrząc na opakowanie wydaje się, jakby był to olejek naszpikowany brokatem. Obawiałam się, że po naniesieniu na skórę będę się świeciła, jak choinka. Nic bardziej mylnego! Na mojej skórze pojawiły się subtelne, miedziane drobinki, które pięknie, aczkolwiek w nienachalny sposób roziskrzyły moją skórę, dodały jej blasku i wyrównały koloryt. Zapach jest bardzo ładny,  kobiecy. Pachnie dość intensywnie, niczym ekskluzywne perfumy. To co, najbardziej mnie w nim zaskoczyło to to, jak się szybko wchłania się w skórę. Moja wręcz go wypiła. Olej nie pozostawił żadnej klejącej czy śliskiej warstwy. Spokojnie można nakładać go pod ubrania czy do snu. To właśnie ta szybko wchłaniająca się i subtelna konsystencja zaważyła na tym, ze olejek stoi koło mojego łóżka i niemal codziennie nakładam go na skórę swojego ciała. Nawilżenie na bardzo wysokim poziomie gwarantowane, bo w końcu to mieszanka olejów. W składzie mamy m.in. surowce naturalne i z certyfikatem ekologicznym a także składniki niealergizujące, jak: olej babassu – wzmacnia, nawilża, jest naturalnym filtrem UV, olej z oliwek  – wygładza i koi, olej sezamowy,  - uelastycznia, nawilża, naturalny antyoksydant, olej z pestek winogron  – źródło przeciwutleniaczy, naturalna witamina E – antyoksydant, mika  – rozświetla. Jestem zakochana w tym produkcie i zarazem uzależniona od jego pięknego zapachu. Koniecznie musicie go poznać!



Moja trzykrotne spotkanie z marką Naturativ okazało się za każdym razem strzałem w 10! Z całej tej gromadki, masło i olejek kupiły mnie w całości i po prostu uwiodły. Uwielbiam produkty, które rewelacyjnie nawilżają, a przy tym otulają moje ciało boskim zapachem. Krem do twarzy również spisał się na medal, ale nietuzinkowy zapach każe mi postawić go na drugim, równie zaszczytnym miejscu. Produkty firmy Naturativ nie należą do najtańszych, dlatego sami widzicie, że czasem, kupując box za grosze można trafić tam na rewelacyjne produkty, które swoimi cenami znacznie przewyższają wartość całych pudełek, a przecież to nie jedyne produkty, które się tam znajdują. Dzięki Shinybox poznałam tak fajną markę, za co po prostu dziękuję! Chcę również dodać, że firma ta, jest firmą z Polski, a ja bardzo lubię rodzime marki.

Znacie kosmetyki Naturativ? Który z tej trójki wpadł Wam w oko najbardziej?
Czytaj dalej

Golden Rose - tusze do rzęs Dramatic Lashes i Panoramic Lashes

Od września przestałam być szczęśliwą posiadaczką przedłużanych rzęs. Bardzo lubiłam ten stan, ale dojazdy i czas aplikacji rzęs zajmowały mi niemal cały dzień. Koszty przedłużanych rzęs też nie należą do najniższych. Po 4 miesiącach, muszę przyznać, że trochę się nimi "ucieszyłam". Jako alergik bardzo często miewałam wiosną i latem chwile, że oczy łzawiły lub po prostu mnie swędziały, a ja nie mogłam ich podrapać czy potrzeć żeby nie uszkodzić rzęs. To chyba najbardziej przeważyło za decyzją, by na nowo wrócić do malowania ich tuszem. Pod ręką miałam dwa tusze Golden Rose - Dramatic Lashes oraz Panoramic Lashes.


Oba tusze na pierwszy rzut oka wyglądają tak samo. Mają kształt walca, są w czarnym kolorze z białymi napisami. Użyte czcionki są jednakowe na obu tuszach. Kolejną cechą wspólną jest ich cena, ponieważ oba kosztują jedynie 15,90 zł. Po odkręceniu i wyciągnięciu szczotek dopiero zauważamy różnicę. Tusz Dramatis Lashes ma silikonową szczoteczkę, natomiast tusz Panoramic Lashes włosiastą.


Pierwszą rzeczą, za którą należy pochwalić oba tusze jest fakt, że po wyjęciu szczoteczek z opakowania są one dobrze pozbawione nadmiaru produktu. Ma to pozytywny wpływ na malowanie rzęs, ponieważ lepiej się one wtedy rozczesują, nie sklejają tak bardzo i pozbawione są grudek. To z kolei prowadzi do zmniejszonego czasu malowania. Muszę przyznać, że podczas robienia makijażu (nie jest on na co dzień skomplikowany) malowanie rzęs pochłania najwięcej mojego czasu. Dlatego w chwili kiedy się spieszę możliwość szybszego podkreślenia spojrzenia jest bardzo cenna. Jeżeli chodzi o efekt końcowy, bardziej polubiłam się z tuszem Dramatic Lashes. Jak wiecie, bardzo lubię silikonowe szczoteczki. Kupuję tusze tylko z takimi szczotkami. Włosiastą trochę ciężej mi się operuje. Wydaje mi się, że dzieje się tak ze względu na przyzwyczajenie do silikonowych. Dramatic lepiej też wydłuża i pogrubia rzęsy, więc idealnie sprawdzi się też na większe wyjścia. Tusz Panoramic używać na co dzień, do lekkiego podkreślenia rzęs. Mniej je wydłuża, ale za to mam wrażenie, że lepiej pogrubia. Oba tusze lepiej sprawują się w użyciu gdy odrobinkę podeschną.


Oba tusze radzą sobie z delikatnym podkręceniem moich prostych rzęs, dzięki czemu oko jest bardziej otwarte i wygląda na większe. Tusze się nie osypuje, przez co nie ma efektu pandy pod koniec dnia. Łatwo się zmywają przy demakijażu. Ostatecznie uważam, że oba tusze są dobre, jednak z uwagi na szczoteczkę bardziej skłaniam się ku wersji Dramatic. Cena jest niewysoka, ponieważ to ok. 16 zł, więc polecam wypróbować oba i przekonać się, który będzie się u Was lepiej sprawdzał. Pamiętam, ze już kiedyś używałam jednego tuszu GR. Był on w czerwonym opakowaniu i nazywał się 3D Fantastic Lash - to był prawdziwy sztosik. Chętnie bym do niego wróciła.

Znacie tusze do rzęs Golden Rose? Wolicie silikonowe szczoteczki czy te z włosia?
Czytaj dalej

niedziela, 20 stycznia 2019

Lirene - pastelowe trio do pielęgnacji

Kosmetyki Lirene są ze mną od dawna. Pierwszym produktem tej marki, jaki znalazł się w mojej kosmetyczce był podkład City Matt, który kupiłam sobie chodząc do Technikum. Od tamtej pory kosmetyki tej marki przewijają się u mnie w mniejszej lub większej ilości, ale są. Najczęściej stawiam na pielęgnacje. Ukochałam sobie żele pod prysznic tej marki i z wielką radością testowałam też jesienne nowości. Pora coś o nich napisać.


LIRENE - MIĘTOWY ŻEL PEELINGUJĄCY Z WĘGLEM Z BAMBUSA

Zabierając się za testowanie tego żelu sądziłam, że po otwarciu opakowania uderzy mnie miętowa woń. Zarówno grafika listka mięty, jak i sam kolor opakowania tego produktu bardzo na to wskazywały. I faktycznie, jest tu ona bardzo wyraźnie wyczuwalna, ale ma też coś delikatniejszego w tle, co ciężko jest mi nazwać. Zapach jest jednak bardzo przyjemny, świeży i rześki. Konsystencja jest przezroczysta, o lekko zielonym zabarwieniu. Ma w sobie zatopione mnóstwo drobin w białym i czarnym kolorze. Jest całkiem gęsty, nie przelatuje przez palce. Wydajność zadowalająca. Samo opakowanie poręczne, elastyczne, więc wydobywanie produktu nie stanowi problemu. Zamknięcie na "klik" początkowo ciężko się otwiera. Z czasem jednak bardziej się wyrabia. Bardzo lubię takie produkty 2w1. Podczas codziennej kąpieli mogę zarówno oczyszczać, jak i peelingować swoją skórę sprawiając, że jest ona odświeżona, gładka i pozbawiona martwego naskórka. Oczyszczone są również pory. Drobinek jest wiele, ale nie są one bardzo ostre, dzięki czemu produktu można używać na co dzień.  Peeling kosztuje ok. 15 zł/150 ml, więc uważam, że jest to dobra cena.


LIRENE - PEELING DROBNOZIARNISTY Z OLEJKIEM Z CZARNEJ PORZECZKI

W swojej łazience mam sporo otwartych peelingów. Raz sięgam po jakiś mocniejszy zdzierak, innym razem potrzebuję czegoś delikatniejszego i w tej roli dobrze spisuje się ten peeling z olejkiem z czarnej porzeczki. Z całej trójki jest to najmniejszy produkt. Tubka zgrabna, podłużna, o pojemności 75 ml. Konsystencja dość gęsta. Ma w sobie mnóstwo delikatnych drobin. Co jakiś czas ciemniejsze drobiny. To co najbardziej uwiodło mnie w tym produkcie, to jego piękny i słodki zapach. Po prostu poezja. Subtelne drobiny nie stanowią mocnego zdzieraka, używanie tego produkty da nam delikatny efekt złuszczenia. Na pewno nie zrobi nam on krzywdy. Producent zaleca używać go 2 razy w tygodniu, ale wydaje mi się, że większa liczba użyć również by nam nie zaszkodziła. Produktu tego używam dla podtrzymania efektu po mocniejszym zdzieraku i w tej roli sprawdza się idealnie. Jako jedyny produkt do złuszczania mógłby być za delikatny. Jego cena to ok. 16 zł.


LIRENE - MIGDAŁOWY KREMOWY ŻEL MYJĄCY Z D-PANTENOLEM

Opakowanie tego kremowego żelu jest identyczne, jak w przypadku żelu miętowego - miękka, dość szeroka tuba z zamknięciem na "klik". Kolor opakowania przyjemny dla oka. Zapach bardzo ładny, kwiatowy, delikatny - bardzo przyjemny. Konsystencja jest... Dziwna. Po wyciśnięciu z tuby średnio gęsta, kremowa o różowym zabarwieniu. W kontakcie z twarzą dość lepka, tak jakby stawiała pewien opór. W recenzji koleżanki kiedyś przeczytałam żeby najpierw spienić ten żel na dłoniach i dopiero potem nanieść na twarz - taki sposób użytkowania jest zdecydowanie bardziej przyjemny. Jest ona jednak dość wydajna, a spienianie produktu w dłoniach potęguje jeszcze tę wydajność. Żel dobrze oczyszcza twarz z resztek makijażu i codziennych zabrudzeń. Nie wysusza skóry, nie podrażnia jej. Po jego użyciu nie jest ona napięta, ani ściągnięta. Kosztuje ok 14 zł za 150 ml. Jest warty tej ceny.


Każdy z tych produktów ma kilka wspólnych cech. Pierwszą jest niewątpliwie uroczy wygląd. Opakowania są bowiem utrzymane w pastelowych barwach. Podobny jest również sposób wydobywania kosmetyków. Każdy z nich można postawić na "głowie" dzięki czemu wydobycie kosmetyków do samego końca nie stanowi problemów. Produkty te łączy również fakt, że każdy przeznaczony jest do wszystkich typów cery.

Znacie produkty pielęgnacyjne Lirene? A znacie któryś z tych produktów?
Czytaj dalej

sobota, 19 stycznia 2019

Matte Lipstick Crayon, Longstay oraz Soft & Matte - która seria pomadek Golden Rose jest najlepsza?

Do tej recenzji przymierzałam się od wielu miesięcy. Zdjęcia produktów Golden Rose wykonałam bardzo dawno temu. Jako dekorację do tych zdjęć wykorzystałam mój wianek ze ślubnej sesji plenerowej, która miała miejsce w sierpniu. Miałam konkretną wizję, jak chciałabym, by ten post wyglądał, jednak zawsze pojawiała się jakaś przeszkoda. Dziś w końcu mogę go napisać! Na czym mi zależało? Chciałam porównać 3 najbardziej popularne serie pomadek do ust Golden Rose: Matte Lipstics Crayon, Soft & Matte oraz Longstay. Chciałam je jednak zaprezentować Wam w "akcji" - to okazało się właśnie największą przeszkodą. Teraz, po wielu miesiącach w końcu zebrałam się w sobie i... Udało się. Zapraszam Was na  recenzje oraz prezentację pomadek na ustach, a także opinię, która seria jest według mnie najlepsza.


GOLDEN ROSE - MATTE LIPSTICK CRAYON - MATOWE POMADKI W KREDCE

Ze wszystkich tych trzech serii, to pomadka Crayon była moją pierwszą. Pamiętam, że korzystając z DDD zamówiłam odcień 08 i używałam go przez bardzo długi czas. Te pomadki charakteryzuje bardzo fajna, miękka i kremowa konsystencja, która świetnie pokrywa usta już po pierwszej warstwie. Naostrzona kredka nie zużywa się tak szybko. W takim stopniu zaostrzenia, jak widzicie poniżej, starcza na bardzo wiele użyć. Ciężko mi teraz podać konkretną liczbę, ale wydaje mi się, że na 10 razy spokojnie wystarczy. Im bardziej "gryf" się zużywa, tym ciężej jest nią malować, dlatego polecam od razu zakupić temperówkę (kredka nie jest wykręcana). Podczas aplikacji, najpierw obrysowuję usta, następnie je wypełniam i taki sposób wydaje mi się najłatwiejszy. Usta pokryte są matową warstwą, która nie zasycha na ustach, jak skorupka, dzięki czemu wyjeżdżając np. poza kontur ust, łatwo możemy to skorygować. Kolory na końcówce kredki idealnie odzwierciedlają kolor rzeczywisty pomadek, co też się chwali. Cena jest bardzo przyzwoita. Koszt jednej pomadki w kredce, to 11,90 zł. Kupić ją możemy w 28 odcieniach!


Tak pomadki prezentują się na ustach. Ustawienie ich na powyższej fotografii odpowiada kolejności swatchy na zdjęciu poniższym. Pierwszy numer, to 01. Jest to ciemny brąz w czystej postaci. Kolejny odcień, to mój ulubieniec, czyli 08. Jest to moja druga pomadka w tym odcieniu. Kolor ten odpowiada barwie brudnego różu w ciemniejszym wydaniu. Trzeci odcień, to numer 19. Jest bardzo podobny do poprzednika, jednak o jakieś 2 tony ciemniejszy. Jest w nim domieszka brązu. Ostatni odcień, to kolor 21. Jest to jaśniejszy brąz wpadający lekko w rude tony.


GOLDEN ROSE SOFT & MATTE - MATOWA POMADKA DO UST

Serię Soft & Matte poznałam najpóźniej z całej trójki i w sumie nie ma się czemu dziwić, bo jest z niej najmłodsza. Linia ta ma wiele wspólnego z serią Longstay. Łączy je nieco podobne opakowanie, sposób aplikacji oraz cena, która wynosi 19,90. Główną różnicą jest tu konsystencja. Pomadki Soft & Matte dają matowe wykończenie, jednak nie zastygają na ustach tak błyskawicznie. Można przez dość spory czas je poprawiać, rozsmarowywać. Ta konsystencja jest bardziej przyjazna do aplikacji, ale ma też swoje minusy, ponieważ jest mniej trwała. Pomadki te nie wysuszają ust, co jest zapewne ważne dla wszystkich fanek matowego wykończenia. Kolory pomadek oraz to, ile jeszcze ich zostało jest widoczne przez opakowanie. W ofercie jest ok. 20 odcieni.


Jak widzicie, odcienie jakie mam są w większości bardzo codzienne, lekkie. Odcień pierwszy (od lewej) czyli numer 102 oraz kolejny, czyli 106, to nic innego, jak typowe nudziaki. Pierwszy jest jaśniejszt, drugi nieco ciemniejszy. Oba mają w sobie jakby karmelową nutę. Pozostałe 2 odcienie są już typowo różowe. Numer 110 to wyrazisty brudny róż. Ten kolor wybrałam jadąc na swoją sesję ślubną plenerową. Pięknie podkreślił moje usta i dodał całemu makijażowi delikatności. Kolor 112, to ciemny, zgaszony róż, który ma w sobie domieszkę czerwieni, choć na zdjęciu wygląda, jakby wpadał w malinkę.


GOLDEN ROSE LONGSTAY - MATOWA POMADKA W PŁYNIE

Serię Longstay poznałam będąc na studiach. W pierwszej chwili nie poznałam jej bezpośrednio, a... Na ustach przyjaciółki. Studia zaoczne słyną często z dni, w których na uczelni spędza się nierzadko 12 godzin. Moją uwagę na te pomadki zwróciło właśnie to, jak długo utrzymują się na ustach przyjaciółki oraz to, jak ładnie prezentują się na nich pomimo spożywanych posiłków oraz wypitych napojów. Serię tę charakteryzuje bardzo wiele ładnych i wyrazistych barw, a odcieni do wyboru mamy, uwaga, aż 30! Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Konsystencja jest początkowo dość śliska. Pocierając o siebie wargi szybko się po nich rozciera, ale równie szybko zasycha, więc ewentualne poprawki trzeba robić naprawdę szybko. Polecałabym w duecie do pomadki kupić również konturówkę (GR ma je w swojej ofercie). O ile przy aplikacji jasnego odcienia różnego rodzaju nierówności nie są tak widoczne, tak przy ciemnych kolorach ciężko jest ładnie zaaplikować pomadkę, co zobaczycie też na moich swatchach. Konturówka powinna rozwiązać ten problem. Pomadki te są jednak najtrwalsze z całej trójki, więc idealnie sprawdzą się na większe wyjścia czy ważne wydarzenia. Na swój ślub miałam pomalowane usta pomadką za naprawdę duże pieniądz, która jednak zniknęła z  moich ust po pierwszym "gorzko". Z odsieczą przybiegła świadkowa, użyczając mi Golden Rose w odcieniu 03 (widocznym poniżej). Pomadka została na moich ustach, aż do rana, co jest dla mnie najlepszym dowodem jej świetnej jakości i trwałości. Warto też dodać, że do tak mocnego krycia i zastygnięcia trzeba mieć ładnie wypielęgnowane usta. Na takich przesuszonych nie będzie to wyglądało ładnie.


Z tej serii mam 3 kolory. Pierwszym (z lewej) jest mój ukochany odcień 03. Jest to odcień różowo-fioletowy, dość jasny. Określiłabym go mianem odcienia lilakowego. Kojarzy mi się z bzem. Pozostałe dwa odcienie są ciemne, bardzo wieczorowe. Środkowy, to kolor 05. Jest to taki burgund ze śliwkową domieszką. Ostatni kolor, czyli 15 jest podobny, bordowy, ale ciemniejszy i z bardziej czerwono-brązowymi tonami.


KTÓRA SERIA POMADEK GOLDEN ROSE JEST NAJLEPSZA: CRAYON, SOFT & MATTE CZY LONGSTAY?

Ciężko jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Dlaczego? Z prostego względu. Wszystko zależy od naszych oczekiwań. Serie Crayon i Soft & Matte są idealna na co dzień. Zapewniają matowe wykończenie, ale konsystencje są kremowe i lekkie. Nie wysuszają ust, więc stosowane nawet codziennie nie szkodzą im. Ładnie prezentują się na ustach przez kilka godzin, potem wymagają poprawki (szczególnie Crayon). Z kolei seria Longstay zdecydowanie nie nadaje się na co dzień (chyba, że przed każdym użyciem naniesiecie na usta bazę lub po każdym demakijażu zafundujecie ustom sporą dawkę nawilżenia). Ja stosuję je na ważne wyjścia, wydarzenia czy imprezy, bo są to pomadki bardzo trwałe, które pokryją nasze usta ładnym kolorem na naprawdę bardzo wiele godzin. Są to tak zwane pomadki do zadań specjalnych. Tak więc sami widzicie. Wedle naszych potrzeb każda seria ma inne zastosowanie i wybrana adekwatnie do okazji - wesele, przyjęcie u siebie gości (czy wyjazd do rodziny) lub nawet wyjście do sklepu, sprawdzi się dobrze. 

Znacie pomadki Golden Rose? Macie swoją ulubioną serię i odcień? Która seria czy kolor z zaprezentowanych podoba Wam się najbardziej?
Czytaj dalej

piątek, 11 stycznia 2019

Demakijaż z Nivea - seria MicellAir oraz Urban Skin Detox - porównanie 3 płynów micelanych

Demakijaż do podstawa mojej pielęgnacji. Praktycznie każdego dnia się maluję. Jednego dnia jest to makeup w stylu no-makeup, a innym razem, np. na większe wyjścia, robię makijaż mocny. Zarówno jeden jak i drugi trzeba odpowiednio usunąć z twarzy, by przystąpić do kolejnych, głównie wieczornych, kroków pielęgnacyjnych. Ostatnio moja skóra jest bardzo wybredna i skłonna do podrażnień. W moim demakijażu pomagają mi produkty Nivea. Jeżeli jesteście ciekawi, który micel z tej trójki przypadł mi do gustu najbardziej, a który rozczarował, to zapraszam do czytania.


NIVEA URBAN SKIN DETOX - PŁYN MICELARNY 3W1

Pierwszym poznanym przeze mnie płynem z tej trójki był właśnie Urban Skin Detox. Czytałam bardzo wiele dobrego o serii kremów z tej linii, dlatego z wielką radością przystąpiłam do testów. Pierwszy co przykuło moją uwagę, to radośnie wyglądająca butelka. Zielono-żółte odcienie na butelce kojarzą się bardzo wiosenne, lekko i przyjaźnie. Opakowanie zamykane jest na "klik", dobrze się otwiera i zamyka. Płyn ma zastosowanie w efektywnym usuwaniu makijażu, łagodnym i skutecznym oczyszczeniu oraz pomóc w matowieniu skóry (3w1). O ile faktycznie świetnie usunął makijaż z moich powiek, ust i twarzy, tak żeby zrobił to łagodnie, to tego już powiedzieć nie mogę. Płyn ma na 3 miejscu w składzie składnik o nazwie alkohol denat. Jak większość z Was pewnie wie, jest do składnik silnie wysuszający, podrażniający, a nawet alergizujący. Jako posiadaczka skóry wrażliwej ze skłonnością do alergii dość mocno przeżyłam spotkanie z tym płynem. Moje oczy były podrażnione i zaczerwienione, skóra powiek strasznie mnie piekła, tak samo, jak policzki. Oczy łzawiły przez kilka godzin. Muszę przyznać, że ten produkt bardzo mnie rozczarował. Nie spodziewałam się tak silnej reakcji i mam nauczę żeby w przyszłości najpierw analizować skład, a nie po fakcie.


NIVEA - MICELLAIR SKIN BREATHE - PROFESJONALNY PŁYN MICELARNY I PŁYN NA CO DZIEŃ

Płyny z serii MicellAir trafiły mnie na początku listopada, więc testuję je już całkiem długo. Najbardziej zaintrygował mnie ten czarny, tj. profesjonalny z uwagi na ładną kolorystykę (taką w moim stylu) oraz fakt, że jest to produkt profesjonalny. Co należy przez to rozumieć? Ano to, że jest to produkt dedykowany do usuwania makijażu wodoodpornego. Wydawać by się mogło, że to ten micel z całej trójki może podrażnić, skoro ma tak mocne działanie. Nic bardziej mylnego. Płyn ten jest dwyfazowy, po wierzchu pływa suchy olejek. Dedykowany każdemu rodzajowi cery, również tej wrażliwej. Rzadko kiedy używam produktów wodoodpornych. Nie mam takiej potrzeby, ale używam tego płynu do zmywania mocniejszych makijaży. Radzi sobie z tym rewelacyjnie i usuwa wszystko, co do joty, przy czym nie podrażnia mojej skóry. Nie wywołuje pieczenia, ani swędzenia. Skóra nie jest po nim wysuszona, a dzięki zawartości suchego olejku nawet nawilżona. Oczy nie łzawią, co bardzo mnie cieszy, bo z tym też miewam problemy. Produkt przed użyciem należy wstrząsnąć i wylać na wacik, następnie przyłożyć do powieki i poczekać, aż makijaż nieco się rozpuści. Potem pociągnąć wacikiem w dół. Większość makijażu, już na nim zostaje. Dość mocno tuszuję rzęsy, więc zazwyczaj ponawiam próbę. Jestem z tego produktu bardzo zadowolona, a jedyny minusik jakiego się dopatrzyłam jest taki, że micel jest zakręcany. Wolałabym opakowanie na "klik", jak w przypadku pozostałych. Możecie go nabyć na Iperfumy.pl.


Poniższy micel nazwałam micelem na co dzień, ponieważ jest łagodny i w sposób delikatny usuwa makijaż i zanieczyszczenia z naszej skóry. Radzi sobie również z mocniejszym makijażem. Nie podrażnia, nie wywołuje niepożądanych reakcji skórnych, tj. uciążliwego pieczenia czy swędzenia. Micel tel kupujemy również w formule 3w1, tzn. ma on za zadanie efektywnie usunąć makijaż, łagodnie i skutecznie oczyścić skórę oraz koić i pozwalać skórze oddychać. Produkt jest bezwonny i dedykowany do skóry wrażliwej i nadwrażliwej, czyli takiej, jak moja. Ten płyn również się u mnie sprawdził, używam go na zmianę z micelem profesjonalnym. Dziś dotarło do mnie kolejne jego opakowanie, więc będę miała zapas.


Jak widzicie, dwa z tych produktów fajnie się u mnie sprawdziły, natomiast jeden bardzo rozczarował. Pociesza mnie fakt, że praktycznie każda marka ma jakieś perełki i produkty gorsze. Wydaje mi się, że w tym przypadku właśnie ta jest. Zielony micel prawdopodobnie wyrzucę, albo przekażę dalej, z kolei płyny z serii MicellAir pozostaną ze mną do końca, a nawet i dłużej, bo chętnie sięgnę po nowe opakowania, kiedy te sięgną dna. 

Znacie płyny micelane Nivea? Macie swój ulubiony?

Czytaj dalej

środa, 9 stycznia 2019

ORIFLAME - ZEGARKI DLA NIEJ I DLA NIEGO

Uwielbiam nosić zegarki i kto śledzi mnie na Instagramie ten wie, że mam ich pokaźną kolekcję. Zegarek noszę na co dzień. Bez niego czuję się po prostu źle. Nie wyobrażam sobie wyjść bez niego z domu, nawet jeżeli godzinę mogę sprawdzić na telefonie. Zegarek, to też fajny detal, który stanowi ładny dodatek do stylizacji. Mój mąż nie zwykł nosić zegarka, ale powiedział, że chętnie się przekona czy jest to dla niego wygodne. Przeglądając katalog Oriflame natknęłam się na męski, czarny zegarek i pomyślałam właśnie o nim. Do kompletu zamówiłam również coś dla siebie.


Zamówiłam męski zegarek Ritzy oraz damski zegarek Oceanica. Czarny jest idealny dla mężczyzny, który ceni styl, elegancję i klasyczne wzornictwo. Jeżeli przyjrzycie się paskowi, to dostrzeżecie imitację skóry. Wygląda troszkę, jak wężowa skórka. Tarcza czarna ze srebrnymi dodatkami. Zamiast cyfr na tarczy są kreski. Mechanizm kwarcowy. Zapakowany w  ładne pudełko.Pokrywa czarno-biała, natomiast dół czerwony. Zegarek założony jest na poduszeczkę.


Damski zegarek jest równie fajny. Ciekawą opcją jest fakt, że ma wymienny pasek. W zestawie mamy granatowy pasek a'la skórka, który jest idealny na co dzień oraz materiałowy, wzorzysty, do zawiązania na nadgarstku do bardziej nietuzinkowych stylizacji. Tarcza jest złota, jak i wszystkie elementy dodatkowe. Podobnie, jak w przypadku męskiego zegarka, nie mamy cyfr, tylko kreski. Ja to takiej opcji się przyzwyczaiłam, bo... Tak naprawdę nie mam zegarka, którego tarcza wyglądałaby inaczej. Są albo kreseczki, albo czysta powierzchnia. 


Materiałowy pasek do zegarka Oceanica jest naprawdę ładny. Ożywi każdą stylizację, której brak tego "czegoś". Idealnie sprawdzi się jako dodatek do jednolitych ubrań. Wydaje mi się świetny na lato, dzięki mnogości kolorów i wzorów. Jak widzicie, tarcze są zabezpieczone foliami ochronnymi. Jeżeli w kupowanych przeze mnie zegarkach pod folią nie mam bąbelków - zostawiam je. W tym przypadku obie zdjęłam.


Oba zegarki są bardzo ładne i fajnie wykonane. Męska tarcza jest dość pokaźna i masywna, dlatego fajne wygląda na dużej, męskiej ręce. Dodaje szyku i elegancji. Mój mąż na tyle polubił noszenie tego zegarka, że założył go na naszą ślubną sesję plenerową.

Lubicie nosić zegarki?
Czytaj dalej

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Oriflame - Giordani Gold - korektor, pomadka i perełki rozświetlające oraz szara torba

Kolorówka Oriflame jest ze mną już od dość dawna. Bardzo polubiłam się z pomadkami tej marki (zarówno tymi w sztyfcie, jak i tymi płynnymi). Moją sympatię zjednały sobie także podkłady, które mimo lekkiej konsystencji zapewniały mi dobre krycie, na które liczyłam. Dziś chciałam pokazać Wam 3 produkt, których używam na co dzień. Są to produkty z linii Giordani Gold i należą do nich: pomadka, korektor oraz perełki rozświetlające.


POMADKA GIORDANI GOLD - ODCIEŃ ROSE BLOSSOM 

Eleganckiego wyglądu nie można jej odmówić. Piękne złote opakowanie z wypustkami na dole i logiem (GG) na górze wygląda naprawdę zacnie. Zamknięcie na zatrzask, co bardzo lubię. Takie pomadki nie otwierają się w torebce, co dla mnie jest bardzo istotne, bo zawsze tam jakąś noszę. Jest to coś na pograniczu brązu i brudnego różu. Pięknie wykańcza usta. .


Nie jest to pomadka matowa, a taka kremowa, która dodatkowo nawilża nasze usta za sprawą olejku z nasion dzikiej róży w składzie. Jej konsystencja jest miękka i ładnie pokrywa usta. Nie daje tak pełnego krycia, jak matowe pomadki, ale jest widoczna na ustach. Dostępna w 10 wariantach kolorystycznych, także jest w czym wybierać. W moim odczuciu jest to idealna pomadka do użytku codziennego.


KOREKTOR GIORDANI GOLD -  ABSOLUTE BLUSH ODCIEŃ LIGHT

Korektora z Ori nie miałam, dlatego kiedy wypatrzyłam go w katalogu, wiedziałam, że chcę go wypróbować, tym bardziej, że ma dla mnie nietypowy sposób aplikacji. Ale od początku. Opakowanie tego korektora jest czarne, podłużne, na zatyczkę, niczym długopis. Po zdjęciu zatyczki mamy widoczny pędzelek. Na końcu przycisk, który naciskany, pozwala na wydobycie się korektora ze środka. Do mojej bladej cery wybrałam najjaśniejszy odcień.


Poniżej możecie zobaczyć jego odcień. Ma żółte tony, więc fajnie się u mnie dopasowuje, bo podkłady też kupuję z żółtymi tonami. Nie mam zbyt wielkich cieni pod oczami, więc jako korektor pod oczy sprawdza się świetnie. Punktowo tez nie jest źle. Dobrze zakrywa wszelkie zaczerwienienia i podrażnienia. Sposób aplikacji jest dla mnie bardzo wygodny. Korektor rozprowadzam tam, gdzie chcę, nawet w najmniejsze zakamarki, jak np. wewnętrzny kącik oka. Potem  delikatnie wklepują palcem. Fajne jest to, że nie zbiera się w załamaniach. Jeżeli wyczujecie przycisk, to zawsze wydobędziecie odpowiednią ilość produktu.


ROZŚWIETLAJĄCY PUDER W PEREŁKACH GIORDANI GOLD 

Do tej pory używałam rozświetlaczy w kamieniu. Te były dla mnie zawsze najwygodniejsze, ale... Pięknie wyglądające perełki zawsze mnie kusiły. Kiedyś miałam takie utrzymane w perłowo-brzoskwiniowej tonacji, jednak to te kolorowe mnie najbardziej ciekawiły. W końcu poznałam je dzięki Oriflame. Perełki mieszczą się w czarnym, okrągłym opakowaniu ze złotymi dodatkami. Po otwarciu, na wierzchu, mamy gąbeczkę. To też fajne zabezpieczenie przed tym, by kulki nie obijały się o ścianki i nie kruszyły. W środku kuleczki o dość sporym rozmiarze. Są one w 5 kolorach: białym, żółtym, zielonym, fioletowym i pomarańczowym. Produkt można stosować zarówno na kości policzkowe, szyję i dekolt, jak i na całą twarz. Efekt glow jest delikatny i subtelny, dlatego nie ma obaw, że będziemy się świecić, jak choinki, co mi odpowiada. Na co dzień preferuję bardzo skromny makijaż, dlatego i rozświetlenie nie może być za duże, a takie, które nas rozpromieni oraz sprawi, że skóra będzie wyglądała na zdrową i wypoczętą. Tu wszystko to mamy! Rozświetlający puder Oriflame możecie nabyć na stronie Iperfumy.pl.


TOREBKA MUDKISS - SZARA Z DODATKAMI ROSEGOLD

Zamówiłam tę torbę ze słabości do koloru szarego i rose gold, tym bardziej, że bardzo rzadko widuje się je razem. Jest to torba fajnie wykonana. Nie ma żadnych odstających nitek. Wszystko ładnie zszyte czy sklejone. Zamki "chodzą" dobrze, nie zacinają się. Na zasuwakach są szare, długie troczki, także wygodnie się ją zapina. W środku wyłożona jest szarą podszewką. Z boku ma materiałową kieszonkę np. na telefon czy klucze.



Torba ma dwie długości. Pasek można ułożyć tak, jak na poniższym zdjęciu. W taki sposób klapa będzie bardziej przylegać do torby, co jest ważne, ponieważ nie ma żadnej napy, magnesu czy rzepu. Można też ten przylegający pasek ustawić na również drugim paskiem i tym samym będzie to torba do ręki. Wydaje mi się, że jest to produkt dla niższych osób. Przy moim wzroście, tj. blisko 180 cm torba jest dla mnie za krótka, dlatego oddałam ją mamie. Ogólnie jest to torba pojemna i wygodna. Z taką długością dla osób wysokich mogłaby posłużyć jako torba dla matek. Mam tu na myśli zastosowanie np. podczas wyjazdów czy spacerów żeby schować tam mokre chusteczki, pieluchy czy jakieś ubranka na przebranie.


Cieszę się, że mogłam poznać te produkty, bo są one godne polecenia. Najczęściej używam pomadki. Jestem oczarowana jej kolorem, który idealne do mnie pasuje. Pozostałym produktom również niczego nie brakuje. Linia kosmetyków Giordani Gold po raz kolejny mnie nie rozczarowała. Żałuję, że nie mogłam Wam pokazać tych produktów akcji, ale niestety miałam ku temu zdrowotne powody.

Znacie kosmetyki Oriflame i linię GG? Który z tych produktów wpadł Wam w oko?
Czytaj dalej

piątek, 4 stycznia 2019

Nowości z Drogerii Jasmin - suche szampony Time Out oraz żele i balsam Shake for body

Już dość dawno temu zawitała do mnie paczka od Drogerii Jasmin. Było to pokaźne pudełko wypełnione po brzegi różnego rodzaju wspaniałościami. Paczka była taka kolorowa, iście wiosenna, że aż miło było ją rozpakowywać. Poza ładnym wyglądem, mamy tu w duecie również boskie zapachy. Niestety nie udało mi się wszystkiego przetestować dlatego dziś przychodzę do Was jedynie z recenzją suchych szamponów Time Out, żeli i balsamu Shake for body.


TIME OUT - SUCHE SZAMPONY - TROPICAL I CHERRY

Do testowania tych szamponów skusiłam się w pierwszej kolejności z uwagi na potrzebę. Nie miałam w domu żadnego tego typu produktu, więc pognałam z wersją tropikalną do łazienki. Ale zacznijmy od wyglądu. Opakowania są metalowe, smukłe i bardzo kolorowe. Na opakowaniach widnieją grafiki typowe dla danego wariantu zapachowego. Trzeba przyznać, że przyciągają wzrok. Zatyczka jest plastikowa.  Przed użyciem należy mocno wstrząsnąć opakowanie i spryskać włosy z odległości 30 cm. Ja przeważnie robię to z bliższej odległości. Włosy zostają pokryte dużą ilością białego proszku. Nie jest to dobra wiadomość dla brunetek i szatynek. Po aplikacji i rozczesaniu/wytarciu włosów pozostaje taka jasna, matowa poświata. Efekt odświeżenia włosów jest jednak bardzo duży. Są one uniesione u nasady, a widok przetłuszczonych włosów odchodzi w zapomnienie. Odświeżone włosy pozostają z nami do końca dnia. Do tej pory nie miałam jeszcze żadnego suchego szamponu, który by tak odświeżał włosy, więc jest idealny na sytuacje awaryjne. Jako szatynka miałam problem z tym białym nalotem na włosach, ale... Zamiast rozczesywać włosy szczotką, biorę ręcznik i delikatnie pocieram nim, jakbym chciała wytrzeć po prysznicu mokre włosy. Wygląda to dużo lepiej. Pozostałości szamponu  można też traktować wodą, tj. zwilżyć dłonie wodą i delikatnie przejechać po włosach. Jeżeli kiedyś spotkałabym te szampony w sklepie, na pewno zrobię zapas.


SHAKE FOR BODY! - OWOCOWE ŻELE POD PRYSZNIC I BALSAM DO CIAŁA

Te produkty, to prawdziwa bomba zapachowa. Żele od razu zabrałam ze sobą pod prysznic, nie mogłam się oprzeć. Wyglądają świetnie, prawda? Mają kremową konsystencję w kolorze odzwierciedlającym opakowania. Truskawkowy jest delikatnie różowy, z kolei waniliowy ma żółte zabawienie. Nie jest ona rzadka, ani bardzo gęsta. Zapachy, to czysta poezja. Są takie... prawdziwe, soczyste. Nie są chemiczne, jak to w przypadku niektórych żeli bywa. Kąpiel z ich użyciem, to naprawdę bardzo przyjemne chwile. Do kąpieli używam myjki. W połączeniu z nią żele dobrze się pienią i oczyszczają skórę. Żele wzbogacone są w ekstrakty oraz kwas mlekowy. Jest on jednak gdzieś w połowie składu. Mimo SLS w składzie nie wysuszają zbytnio skóry. Mając jednak w zanadrzu również balsam kakaowy Shake for body zawsze nanosiłam go po kąpieli.


Jego konsystencja jest gęsta o delikatnie brązowym zabarwieniu. Nie zostawia lepkiego filmu. Zapach jest mocno kakaowy i idealnie sprawdza się na zimowe wieczory. Jest taki otulający i po prostu przyjemny. Na ciele zostaje przez bardzo długi czas, więc miło zasypiać wśród takich aromatów. Aplikuje się go za pomocą dozownika. Niestety w transporcie pękł i dzióbek jest urwany. Jest to małe utrudnienie, ale mimo to i tak można wydobywać za jego pomocą balsam. Na pokrycie całego ciała zużywam ok. 3-4 pompki, więc uważam, to za bardzo dobry wynik pod względem wydajności. Jeżeli chodzi o skład, to jest w nim sporo fajnych składników, m.in. masło shea, ekstrakt z kakaowca, masło kakaowe, ale... Jest też również parafina. Jeżeli chodzi o efekty, to skóra była dobrze nawilżona i pozbawiona suchości, a to zimą jest kluczowe. Nawet moje łokcie stały się mniej suche, a to prawdziwe suchary. Ogólnie jestem zadowolona z duetu żel + balsam.

Znacie te produkty z Drogerii Jasmin? Który przypadł Wam najbardziej do gustu?

Czytaj dalej

środa, 2 stycznia 2019

Shinybox - Shiny Christmas - grudzień 2018

Pod koniec grudnia przywędrowało do mnie pudełko Shinybox. Można je było nabyć pod hasłem: Shiny Christmas. Zarówno pudełko, jak i nazwa idealnie wpasowały się w klimat oczekiwania na Święta. Mam nadzieję, że Shinybox na nowo wróci do takich pudełek, tj. różnych na każdy miesiąc. Zawsze mi się to podobało. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam Was do oglądania zawartości pudełka z dodatkami Ambasadorskimi.


LA VIE CLAIRE - MYDŁO MARSYLSKIE Z 72 % OLIWY Z OLIWEK

Francuski, tradycyjny kosmetyk naturalny, hipoalergiczny. Odżywia i wygładza skórę, łagodzi podrażnienia i regeneruje komórki. Nie uczula i jest odpowiedni do wszystkich typów skóry. 

ALLVERNUM - WANILIOWO-CYNAMONOWE MYDŁO

Zawiera w sobie wyjątkowe aromaty: cynamonu, imbiru, białego pieprzu, gałki muszkatołowej, wanilii w połączeniu z bergamotką, pomarańczą, karmelem i cukrem trzcinowym. Ta mieszanka tworzy ciepły, zmysłowy zapach, pobudza wyobraźnię i poprawia nastrój. 


 NATURA RECEPTURA - NATURALNY OLEJEK LAWENDOWY

Niezwykłe dobrodziejstwo matki natury, które już od wieków jest wykorzystywane w kosmetyce i medycynie naturalnej. Olejek stanowi najwyższej jakości źródło roślinnych związków aktywnych, idealnych dla zdrowia i urody. Ma zastosowanie w aromaterapii, m.in. do masażu, inhalacji, kąpieli oraz do pielęgnacji skóry, włosów i paznokci. Mix rodzajów.

VERA NORD - MIĘTOWY OLEJEK ETERYCZNY

Niezwykłe dobrodziejstwo matki natury, które już od wieków jest wykorzystywane w kosmetyce i medycynie naturalnej. Olejek stanowi najwyższej jakości źródło roślinnych związków aktywnych, idealnych dla zdrowia i urody. Ma zastosowanie w aromaterapii, m.in. do masażu, inhalacji, kąpieli oraz do pielęgnacji skóry, włosów i paznokci. Mix rodzajów.

DR.GRANDEL KREM HYALURON REFILL

Hyaluron Refill Cream to jeden z bestsellerów marki DR.GRANDEL. Doceniany za multiaktywne działanie, widoczne obiecane efekty oraz zapadający w pamieć, świeży zapach.


BLANX - PASTA DO MYCIA ZĘBÓW

Zadbaj o piękny i zdrowy uśmiech! Wybielająco-ochronne, bardzo bezpieczne dla szkliwa pasty BlanX to designerski włoski produkt, który swoją moc czerpie z natury – składnikiem czynnym jest posiadający unikatowe właściwości wyciąg z porostu islandzkiego. Mix rodzajów.  

DEMAGLIN - MASECZKA DO CERY TRĄDZIKOWEJ

Bogata w cenne dla zdrowia skóry minerały, oczyszcza skórę z zanieczyszczeń. Bioaktywny kompleks glinkowo – ziołowy odżywia i regeneruje. Złuszcza martwy naskórek, zwęża pory, łagodzi i koi podrażnienia. Maseczka na bazie zielonej glinki kambryjskiej. 

DELIA COSMETICS - CIEŃ DO POWIEK

Miękkie i mocno napigmentowane cienie do powiek, wyjątkowo łatwe w aplikacji i bardzo trwałe. Mix kolorów.


MEDIQSKIN - ŻEL PUNKTOWY

Działa ochronnie, złuszczająco i przeciwbakteryjnie. Usuwa martwe komórki naskórka i ułatwia oczyszczanie porów skóry. Produkt w innowacyjnej butelce AIRLESS z dozownikiem, w formie lekkiego żelu nie obciąża skóry.

DELIA COSMETICS - TONIZUJĄCA MGIEŁKA

Gwarantuje szybkie odświeżenie, przywraca naturalne pH skóry i przygotowuje ją do przyjęcia składników aktywnych. Odpowiednia dla każdego typu cery. Nie zawiera alkoholu, silikonów i parabenów.  

KERASYS - SZAMPON DO WŁOSÓW 

Intensywnie regeneruje i głęboko odżywia zniszczone, suche, pozbawione blasku i osłabione włosy. Odbudowuje i zapewnia trwałą ochronę powierzchni włosów. Zapobiega ich elektryzowaniu. 1 z 5.


Pudełko wygląda całkiem zacnie. Z dodatkami ambasadorskimi jest naprawdę przyzwoite. Wersja podstawowa jest jednak dość uboga. Do pudełka VIP dokładane były również bransoletki z kryształkami Swarovskiego, więc po otwarciu pudełka żałowałam, że nie jestem vipem. W grudniowym pudełku znalazłam kilka fajnych kosmetyków, które z chęcią przetestuję. Jest to m.in. szampon Kerasys czy olejki eteryczne.

Co sądzicie o grudniowej zawartości Shinybox?


Czytaj dalej